Wywiady

KRZYSZTOF PASTOR

AUTOR: Wojciech Giczkowski FOT.: Materiał promocyjny TW-ON
22.11.2016


Burza proby img 9766

Balet dla człowieka myślącego

Krzysztof Pastor – wywiad rocznicowy

Specjalnie dla portalu Teatr dla Was rozmowę przeprowadził Wojciech Giczkowski

Rok 2016 jest dla Pana bogaty w osiągnięcia. Nie tylko przyniósł Panu – jako dyrektorowi Polskiego Baletu Narodowego – nagrodę ZAiKS-u za twórczość choreograficzną, ale też obfituje w liczne prezentacje Pana baletów w Polsce i za granicą. Rok to szczególny dla Pana także dlatego, że obchodzi Pan sześćdziesiąte urodziny, 40-lecie pracy artystycznej i 30-lecie twórczości choreograficznej. Jak czuje się Pan w roli solenizanta i jubilata?

Pyta Pan o moje jubileusze i rocznice, a ja Panu powiem, że wcale z ich powodu tak bardzo się nie cieszę. Przypominają mi, że mam już 60 lat i że już tak długo trwam w tym zawodzie. W związku z tym coraz częściej myślę o przemijającym czasie. A przecież my, ludzie świata baletu, jesteśmy jak motyle. Nasze życie zawodowe jest tak krótkie właśnie – jak motyli. Tancerze są piękni, wspaniali, ulotni i eteryczni, jednak taki stan trwa jakby tylko chwilę. To fakt, że pięćdziesiąt lat temu rozpocząłem naukę w szkole baletowej we Wrzeszczu. Miałem wtedy dziewięć lat. Jako dziesięcioletni chłopiec debiutowałem w Operze i Filharmonii Bałtyckiej w roli małego błazna w „Jeziorze łabędzim”, w tradycyjnej wersji Natalii Konius. Już dziewięć lat później pracowałem, a po następnych dziesięciu latach zacząłem mierzyć się z choreografią. Rzeczywiście, jubileusz jest faktem. Gdy dziś myślę o tym zawodzie, czym on jest dla mnie (pomijam, że każdemu przydarzają się w nim wzloty i upadki), mam pewność, że jest on realizacją moich chłopięcych marzeń. Jako dziecko miałem w swoim pokoju, nad pianinem, zawieszoną mapę Europy z zaznaczonymi miastami, które chciałbym zobaczyć. W tamtych czasach wydawało się to nierealne. A jednak… Marzenia małego chłopca o podróżach mogłem zrealizować najpierw jako tancerz, a później jako choreograf. Odwiedziłem różne wspaniałe i piękne zakątki. Do dziś, jeżeli mam czas, staram się zobaczyć coś interesującego w miejscu, w którym się znalazłem. Ważne jest dla mnie także obcowanie z muzyką i z innymi ludźmi, artystami, którzy nierzadko są dla mnie inspiracją. Mam wielkie szczęście, że mogę prowadzić Polski Balet Narodowy. Jednocześnie współpracuję ze świetnymi zespołami na całym świecie – mam więc wszelkie powody, żeby czuć się szczęśliwy.

Jest Pan absolwentem Szkoły Baletowej w Gdańsku, wieloletnim tancerzem Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu, w którym szlifował Pan swój talent pod okiem legendarnego Conrada Drzewieckiego. Od 1983 roku był Pan solistą Le Ballet de l’Opéra de Lyon we Francji, z którym tańczył m.in. w baletach Graya Veredona, Hansa van Manena i Kurta Joossa. Czy te lata ukształtowały Pana jako choreografa?

Moje dotychczasowe życie, także okres przed rozpoczęciem nauki baletu, rodzina, edukacja zostawiły we mnie jakiś ślad. Lektury, dyskusje, rozmowy – to wszystko ma znaczenie w kształtowaniu osobowości, wpływa na wrażliwość i kierunek przemyśleń, na własny język ruchowy. To oczywiste, że wielcy twórcy baletu, z którymi się zetknąłem, wpłynęli na mój warsztat choreograficzny.

Czy można być dobrym choreografem, jeśli się wcześniej nie tańczyło? Na przykład Wayne McGregor, którego balet „Chroma” będziemy za kilka dni oglądać w wykonaniu PBN, nigdy nie był tancerzem!

Wayne studiował taniec współczesny, ale naukę rozpoczął dosyć późno i w zasadzie nigdy nie tańczył. Nie jest jedyny. Édouard Lock, który nigdy nie tańczył, przyszedł do baletu z kinematografii. Trzeba być jednak mocno zdeterminowanym, aby móc poszerzać nasze horyzonty, tworzyć rzeczy niekonwencjonalne. A oni nie są obciążeni tradycją, zasadami obowiązującymi w balecie. Nie zastanawiają się, czy tak można, czy nie. Po prostu ma być tak, jak to sobie wymyślili. Wayne obchodził kilka dni temu dziesiątą rocznicę swojej rezydencji w Royal Ballet. Przy tej okazji Kevin O'Hare, dyrektor tego baletu, powiedział, że kiedy oglądamy balety Wayne’a, to konstatujemy, że wcześniej po prostu nie wiedzieliśmy, że balet może tak wyglądać. Wayne pracując z doskonałymi technicznie tancerzami wykorzystuje technikę tańca klasycznego w sposób niekonwencjonalny. Zdarza się, że niektórzy twórcy tańca współczesnego mówią, że technika tańca klasycznego ich ogranicza, cóż, myślę, że jest to bardzo indywidualna sprawa, często kwestia wyobraźni. Dla Wayne’a klasyka jest dodatkowym środkiem wyrazu, a w połączeniu z jego rozpoznawalnym językiem tańca i jego estetyką stanowi jego specyficzny styl. „Chroma” jest szybka i dynamiczna, ale bardzo wiele jej elementów pochodzi z tańca klasycznego.

Polski Balet Narodowy ma obecnie tak silny zespół, że podczas jednego wieczoru może zadośćuczynić tradycji, sprostać wymaganiom światowej awangardy choreograficznej, a także wykonać słynne dzieło w zupełnie nowym opracowaniu swojego dyrektora. Czy oznacza to, że nasz zespół radzi sobie z każdą stylistyką?

Zespół zrobił duże postępy. W naszym środowisku przytacza się wypowiedź Barysznikowa: perfekcja w balecie jest tylko teorią. Musimy ciągle do niej dążyć, ciągle się szkolić – indywidualnie i zespołowo. Nasz zespół cały czas się zmienia i gdy nań patrzę, jestem ogromnie dumny. Mamy dużą grupę tancerzy naprawdę bardzo dobrych. Ci, którzy przychodzą teraz do zespołu, doskonale się rozwijają. W pewnym momencie powinni do tych najlepszych dołączać. Zdarza się jednak, że część z nich odchodzi. Takie jest właśnie owo życie baletowego motyla. Przy czym uważam taką kolej rzeczy za naturalny, zdrowy objaw. Tancerz to jest piękny zawód i zachęcam 100-procentowych mężczyzn, aby spróbowali, bo to jest świetne męskie zajęcie. Tyle, że wybór takiej kariery musi nastąpić bardzo wcześnie. Na początku drogi powinna być szkoła baletowa. Musi o tym zadecydować rodzina, albo miłość do tańca, jeśli jest wcześnie rozbudzona. Dla dziewczynek taki wybór wydaje się bardziej oczywisty. Moim marzeniem jest, aby współpraca PBN ze szkołą układała się jeszcze lepiej niż do tej pory. Żeby naszą współpracę jeszcze zacieśnić. Czasami korzystamy z uczniów w naszych przedstawieniach i to jest bardzo cenne. Ta współpraca z nami pomaga im w rozwoju, ale może im również pomoc w uzyskaniu u nas kontraktu. Muszą jednak reprezentować taki poziom, który pozwoli ich zaangażować. Co roku urządzamy audycje, a tylko w tym roku mieliśmy ponad sześćset zgłoszeń. Wśród nich tylko kilka osób z Polski. Na kwietniowe audycje przyjechało ponad osiemdziesiąt osób. Robię wszystko, aby osoby z Polski, które się nadają, były angażowane. W tym roku do zespołu doszły dwie takie osoby, a w sumie było wolnych siedem etatów. Dziwię się czasem, że z naszych pięciu państwowych szkół na audycje zgłasza sie bardzo niewielka ilość polskich tancerzy. A przecież mamy bardzo dobry zespół, z solidnym finansowaniem, dobrymi warunkami pracy i ciekawym repertuarem. A do tego mamy dużo spektakli.

25 listopada na dużej scenie Teatru Wielkiego odbędzie się polska premiera „Bolera” Krzysztofa Pastora w trzyczęściowym wieczorze baletowym Chopiniana/Bolero/Chroma. A przecież nigdy nie chciał Pan tworzyć choreografii do „Bolera”! I nagle – zmiana decyzji. Co się stało? Czym ten balet różni się od znanych wersji autorstwa Bronisławy Niżyńskiej czy Maurice’a Béjarta?

Bronisława Niżyńska stworzyła wbrew intencjom kompozytora balet wokół stołu. Podobnie postąpił Maurice Béjart, a jego „Bolero” stało się baletem kultowym, ikoną. Na jego przedstawienia – organizowane często na dużych przestrzeniach, na stadionach – przychodziły tłumy. Gdy dyrektor Holenderskiego Baletu Narodowego, gdzie ciągle jestem rezydentem, zaproponował mi zrobienie „Bolera”, to początkowo odmówiłem. Ale szef się uparł, więc trzeba było działać. Wiedziałem, że Ravel wyobrażał sobie, że akcja tego baletu toczy się na placu przed fabryką. Był zainspirowany maszynami i ich motoryką. Sukces tego utworu zaskoczył kompozytora. Skomponował dzieło repetytywne, z narastającym finałem. W utworze tym tempo od pierwszej frazy aż do ostatniej pozostaje takie samo. Wiedziałem, że nie chcę kopiować Béjarta i tworzyć choreografii na planie koła, a już na pewno nie z centralnie ustawionym stołem. Pomyślałem sobie – stworzę układ na planie kwadratu na placu przed fabryką. Ravel zaczyna swój utwór perkusyjnym rytmem i jednym instrumentem, a ja postanowiłem, że zacznę dużą grupą tancerzy. Bolero w mojej choreografii powstało w 2012 roku, w międzyczasie wystawione było przez kilka innych zespołów. Przyjmowane jest dobrze a jak będzie w Warszawie – zobaczymy.

Na jakim etapie jest przedsięwzięcie związane z „Jeziorem łabędzim”? Czy wciąż trwają prace koncepcyjne?

Libretto Pawła Chynowskiego nie będzie już zmieniane. Projekty kostiumów i scenografii Luisy Spinatelli są przekazane do wykonania, scenariusz muzyczny Alexeia Baklana jest dopięty. W styczniu zaczynam pracę z solistami.

Zamierza Pan z Pawłem Chynowskim wpisać w muzykę Czajkowskiego zupełnie nowe treści historyczne. Czy – podobnie jak w „Casanovie w Warszawie” – możemy się spodziewać zastrzyku informacji pogłębiających wiedzę historyczną współczesnego widza, np. o Matyldzie Krzesińskiej jako nowej Pani Walewskiej?

Nowe libretto to autorski pomysł Pawła Chynowskiego. Rozmawialiśmy o tym pomyśle już kilka lat temu podczas pobytu w Petersburgu, gdy oglądaliśmy willę Matyldy Krzesińskiej. Dom ten otrzymała w prezencie od Mikołaja II. Nasze przedstawienie opiera się na prawdziwych wydarzeniach. Opowiada o miłości cara Mikołaja II do księżniczki heskiej Alicji i o jego romansie z wybitną polską tancerką Matyldą Krzesińską. Uważam, że libretto jest spójne i atrakcyjne. Bez zmian pozostanie drugi tak zwany biały akt, który jako jedyny przetrwał do naszych czasów w prawie niezmienionej formie. Dodaliśmy tylko krótkie wprowadzenie z Mikołajem śniącym o Alicji Heskiej, która w tym przedstawieniu będzie teatralną Odettą.

Libretto Pawła Chynowskiego to pomysł rodem z amerykańskiego filmu. Scena Teatru Wielkiego pozwala na realizację takich wielkich widowisk, których nie można powtórzyć w innych teatrach. Czy spodziewa się Pan zainteresowania zagranicznych zespołów baletowych nową wersją „Jeziora łabędziego”, czy raczej będzie ona do obejrzenia tylko w Polsce?

Takie zmiany libretta to nic nowego. John Neumeier wystawiał swoją wersję, zrobił to także American Ballet. W Polsce mieliśmy np. autorską wersję Ewy Wycichowskiej w Poznaniu. Matthew Bourne stworzył swoją wersję dla tańczących mężczyzn. Nowe ujęcie klasycznego baletu nie jest niczym niezwykłym. Tym razem zrealizujemy balet oparty na faktach. Mikołaj II poślubił przecież Alicję Heską, ku niezadowoleniu ojca, cara Aleksandra. Sam Mikołaj II jest dziś różnie oceniany, raz jako reformator, raz jako nieudacznik zamordowany przez komunistów i uznany za świętego.

Na amerykańskim portalu teatralnym „Perform.ink” autorka recenzji pisze wprost: „Joffrey Ballet rozpoczął swój 21. sezon baletem „Romeo i Julia” w choreografii Krzysztofa Pastora – być może najlepszym spektaklem, jaki widziałam w wykonaniu tego zespołu podczas piętnastu lat mojej obecności w Chicago. Następne przedstawienia na przełomie marca i kwietnia w Nowym Jorku”. Jak Pan ocenia poziom amerykańskiego baletu i jak na jego tle wypada Polski Balet Narodowy?

Joffrey Ballet podobnie jak PBN wystawia także takie balety jak „Dziadek do orzechów” czy „Śpiąca królewna”. Mimo to jest zespołem absolutnie innym niż nasz. Bierze to się być może z tego, że ten amerykański zespół, w którym większość stanowią obcokrajowcy, zatrudnia tancerzy na dziesięciomiesięczne kontrakty. Zatem przez dwa miesiące roku muszą oni robić coś innego, np. pracować w musicalach czy też brać w udział w innych tanecznych projektach. W naturalny sposób przyswajają sobie różne style tańca. Potrafią posługiwać się wieloma stylami, technikami tańca. W USA zespoły zazwyczaj wynajmują teatry na swoje próby i występy. Jest to bardzo kosztowne. Joffrey Ballet występuje w Chicago w Audytorium Theatre, który ma bardzo dużą sceną, dużą widownię, ale za każdy dzień trzeba płacić. Nie mają wiec takiego luksusu, jaki my mamy, kiedy spędzamy dziesięć dni przed premierą na dużej scenie. W Audytorium Theatre próby mieliśmy we wtorek i środę, a w czwartek już była premiera. Ćwiczyły cztery obsady głównych ról i podczas ostatnich prób, jeszcze w Sali baletowej, całe przedstawienie włącznie z aktorskim aspektem wykonywanych ról robione było na sto procent. W Nowym Jorku, w Koch Theatre, być może na najbardziej prestiżowej scenie baletowej w Ameryce, Joffrey Ballet zaprezentuje siedem przedstawień mojego Romea i Julii. Ponieważ jest to zespół mniejszy niż nasz warszawski, tancerze bezustannie zamieniają się rolami. Jednego dnia ktoś tańczy Romea, aby dnia następnego wcielić się w rolę Ojca Laurentego. Podobnie zresztą jest u nas. Chcemy, aby tancerze jak najczęściej wychodzili na scenę, bo to jest esencja naszej pracy

Amerykanie moje balety tańczą inaczej. Powiedziałbym, że oni tańczą bardziej jazzowo, są w pewnym sensie bardzo „wyluzowani.” Choć muszę powiedzieć, ze nasz zespół tańczy też bardzo pięknie. Ostatnio wystawiałem "Romea i Julię" w Wilnie i tam również interpretacja tego baletu jest trochę inna. Przy powtarzaniu baletu w kolejnych teatrach zawsze żyje życiem artystów, którzy go wykonują. Uważam, że osiągnęliśmy już tam naturalność – tak potrzebną we współczesnym balecie. Jeżeli chcemy opowiadać historię, taką jak „Romeo i Julia”, to należy to zrobić tak, aby widzowie mogli się identyfikować z tymi postaciami. Ta historia nie powinna według mnie pozostawać gdzieś w sferze legendy, ale powinna być historią, która dzieje się tu i teraz. Romeo to ktoś, kim może być każdy z nas... Uważam ze w sztuce tańca nie chodzi tylko o to, aby było ładnie. Mnie to nie interesuje. W repertuarze trzeba szukać równowagi. Powinno tam być miejsce zarówno dla baletów lżejszych, ale również część repertuaru powinna zajmować się problemami poważnymi, czy tez szukać nowych oryginalnych środków wyrazu. Jeżeli ma być tylko ładnie, to jest to nieporozumienie i niedocenienie naszych widzów, którzy często szukają w naszych przedstawieniach głębszej refleksji.


Z okazji 60-lecia urodzin Krzysztofa Pastora i 40-lecia jego pracy artystycznej oraz 30-lecia twórczości choreograficznej Litewski Narodowy Teatr Opery i Baletu w Wilnie przygotowuje Tydzień Baletowy Krzysztofa Pastora. Polski artysta pełni w tym teatrze funkcję dyrektora artystycznego baletu.

Od 14 do 18 grudnia br. przegląd wileńskich inscenizacji naszego choreografa wypełnią: Tristan i Izolda, Romeo i Julia, Dziadek do orzechów, Bolero, a także międzynarodowa gala w choreografii K. Pastora z gościnnym udziałem Polskiego Baletu Narodowego.

„Adagio&Scherzo” i „Moving Rooms” powrócą w grudniu do warszawskiego repertuaru w popularnym wieczorze zatytułowanym „Obsesje”. „Adagio&Scherzo” Pastora wystawi również premierowo 10 grudnia bawarski Theater Augsburg, a jego Bolero będzie pokazywane jesienią w wykonaniu baletu Łotewskiej Opery Narodowej w Rydze. Sam Krzysztof Pastor rozpocznie natomiast pod koniec roku pracę nad nową wersją choreograficzną „Jeziora łabędziego”, którego premiera zaplanowana jest na 20 maja 2017 roku.

.