Wywiady

ALDONA JANKOWSKA

AUTOR: Alicja Cembrowska FOT.: Alicja Cembrowska
05.12.2016


15388559 1494451860582692 793295674 o

Nadzieja zawsze powraca wraz z drugim człowiekiem

Czy aby zagrać spektakl po angielsku wystarczy przetłumaczyć tekst i się go nauczyć? Nie. Wiem, że nie, chociaż nie jestem aktorką. Miałam przyjemność uczestniczyć w żmudnym procesie tworzenia spektaklu po angielsku jako asystentka Aldony Jankowskiej. Pół roku zajęła nam walka nie tylko z językowymi różnicami, ale z rytmem, melodyką, dramaturgią, a w konsekwencji z nami samymi. Przekroczyłyśmy naszą kolejną granicę.

Z Aldoną Jankowską, aktorką Teatru Kwadrat, rozmawia Alicja Cembrowska

Co było przed angielską wersją Krystyny?

Spektakl „Lataj z Krystyną” premierę miał w 2012 roku. Sam proces tworzenia był bardzo nietypowy. Najpierw oczywiście pojawił się pomysł. Pracowałam wtedy z moją asystentką Elżbietą Deptą, która obecnie kończy wydział reżyserii w Krakowie. Ela znalazła film o terrorystce irańskiej, która porwała samolot, by ten przeleciał nad jej domem.

To był film fabularny czy dokumentalny?

Dokumentalny. Zastanawiałyśmy się wtedy, co by musiało się stać w życiu dojrzałej Polki, w jakim punkcie musiałaby się znaleźć, żeby porwała samolot w myśl tak absurdalnej idei. Pod wpływem tej historii zaczęłyśmy szkicować portret psychologiczny indywidualnego terrorysty. Szukałyśmy cech osobowościowych, analizowałyśmy syndrom sztokholmski, środowisko w którym taka osoba się znajduje. Równocześnie szukałyśmy sposobu, by widzowie polubili swojego oprawcę – tytułową Krystynę.

Ile Aldony Jankowskiej jest w Krystynie?

Myślałam o sobie jak o prototypie tej postaci, o moim losie. Należało stworzyć taką postać, która urodziłaby się w 1964 roku, w czasach komuny, podboju kosmosu przez radzieckich kosmonautów. Tak pojawili się rodzice: matka katoliczka i ojciec zakochany w radzieckiej myśli technicznej. Co się dzieje z dzieckiem, które wyrasta w takim konflikcie? Potem pojawiają się oczywiście pierwsze miłości, pasje. Krystyna doświadcza również przemian po ‘89. Następuje rozwój gospodarczy, a co za tym idzie powstają korporacje – pojawia się postać przyjaciela Oskara. No i oczywiście głęboka strata. Ten spektakl w ogóle jest takim przekrojem społecznym, spowiedzią zagubionego człowieka.

Ile osób pracowało przy polskiej wersji spektaklu?

Reżyserią zajął się Andrzej Sadowski, improwizowane teksty spisała i nadała im kształt Agnieszka Kasprzyk. Od początku byłyśmy pewne, ja i Elżbieta Depta, że będzie to tragikomedia – losy Krystyny są zabawne, ale podskórnie odczuwamy, że siedzimy na jakiejś bombie. Producentem został Henryk Pasiut, a muzykę skomponował Helge Iberg.

Muzykę stworzył Norweg. W roku 2012. Przypadek?

Na pewno nie zachęciliśmy go wysokością honorarium, a samym tematem. Było to świeżo po zamachu Andersa Breivika, więc strach przed indywidualnym terroryzmem jeszcze nie opadł. A właściwie dopiero się zaczynał. Z początku pokazywaliśmy spektakl za darmo, a później dyskutowaliśmy z widzami. Już wtedy zaskoczyła nas wielorakość interpretacji.

I w końcu premiera.

Krótko po niej dostaliśmy nagrodę publiczności na Katowickim Karnawale Komedii i byłam zszokowana. To niezwykle skromny spektakl - jedna aktorka na pustej scenie. Pomyślałam wtedy, że ta historia ma w sobie jakiś ładunek, jakąś siłę…

Pamiętam, jak pierwszy raz oglądałam „Lataj z Krystyną”. Odniosłam wrażenie, że przyszłam na indywidualne spotkanie z bohaterką. I oczywiście zwróciłam uwagę na retorykę tej skromnej księgowej…

To jest kolejny element, który wzięłyśmy pod uwagę przy tworzeniu spektaklu. Poważnie zajęłyśmy się narzędziami retorycznymi, oglądałyśmy nagrania. Metody manipulacji są trochę ukryte, widzowie za tym podążają. Budujemy wspólnotę, ludzie się świetnie bawią, a przy okazji bezwiednie łykają wizje bohaterki.

Tym bardziej, że Krystyna ma przecież niepodważalne dowody.

Krystyna jest trochę obłąkana, owładnięta ideą. Nie zezwala na dyskusję, doskonale wie, co chce usłyszeć, ona również jest zmanipulowana.

Znając te wszystkie zasady, chwyty, metody, napotkałaś na jakieś trudności?

Problem jest poważny i wcale nie tak rzadki – coraz częściej słyszy się o osobach, które samodzielnie przygotowują ataki i produkują materiały wybuchowe. W rzeczywistości ludzie często mówią o swoich zamiarach, ale my ich nie słuchamy, nie wierzymy im. Nie można lekceważyć takich sygnałów.

Sporym wyzwaniem, już podczas pracy nad wersją angielską okazały się improwizacje, które nawet po polsku są loterią. Najpierw trzeba ludzi rozbawić, a potem im ten uśmiech zdjąć.

Wspomniałaś o samotnych wilkach, ludziach, którzy w zaciszu własnych mieszkań konstruują bomby. Polacy jeszcze kilka lat temu żyli pięknym snem. Przecież terroryzm jest tam daleko, ale nie u nas. To była abstrakcja, którą oglądaliśmy w telewizji.

4 lata temu jeszcze tak było, teraz ten problem jest coraz bliżej.

Myślisz, że jest to już problem globalny? Dlatego tak zależało ci na przetłumaczeniu sztuki na angielski?

Od początku chciałam, by spektakl był po angielsku. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że wspierali mnie przyjaciele z Norwegii. Bardzo podobała im się forma, ale również taka zwyczajnie ludzka siła, rodzaj lustra, w którym każdy może się przejrzeć. Poza tym już wtedy czułam, że to nie jest tylko historia kobiety, która mieszka w Polsce. To mogłoby wydarzyć się wszędzie.

Kiedy ostatecznie, na poważnie rozpoczęłaś pracę nad wersją angielską?

Długo nie mogłam sobie poradzić z tym spektaklem. Każdy, kto pracował w teatralnym offie, wie o czym mówię. A poza tym ten spektakl nie należy do łatwych. Tym bardziej dla mnie, osoby kojarzonej z komediami. Dopiero, kiedy poczułam, że rolę mam osadzoną w wersji polskiej, zdecydowałam, że jestem gotowa nauczyć się jej po angielsku.

A potem dołączyłam ja.

To, że dołączyłaś z zewnątrz było bardzo fajne. Sporo zmieniałam w polskiej wersji i myślałam, że więcej się nie da. Gdy zaczęłyśmy pracować razem, okazało się, że to dopiero kropla w morzu. Widziałaś to najpierw jako widz, a potem połączyła nas praca. Zaczęłaś zadawać pytania, które były dla mnie szokujące. I jeszcze wykreślałyśmy… Chociaż wydawało mi się to niemożliwe.

Nasza praca z początku ograniczała się to ingerencji w warstwę językową. I nagle zaczęły pojawiać się nowe sensy. Okazuje się, że nie wszystko w spektaklu jest zrozumiałe dla obcokrajowców.

Jeśli opowiadasz historię ludzką i próbujesz nakreślić tło historyczne, to normalne. Ale ja nie boję się budowania sensów. Pewne rzeczy się nie zmieniają: osamotnienie, zagubienie, niezrozumienie, potrzeba przyjaźni i miłości są ponadczasowe.

Problemy pojawiły się na zupełnie nieprzewidzianych płaszczyznach, okazało się, że nie wszystko jest przetłumaczalne, a nawet jak jest, to widz niekoniecznie zrozumie sens. Na przykład pani ze Stanów Zjednoczonych nie wiedziała, co to kebab. Przecież u nich jest szaszłyk!

O to mi chodziło. Jak cudzoziemcom pokazać okres PRL-u, jak przetłumaczyć, opowiedzieć o specyficznym klimacie, historii naszego kraju?

To chyba była najtrudniejsza część dla tłumaczki Kamili Jansen. Wciąż podrzucałyśmy jej kukułcze jaja. Jak powiedzieć „psia krew”, „tu jest pies pogrzebany”, jak opisać walonki czy aeroklub? Nie da się tego zrobić dosłownie. Jak sama wiesz, z pewnych rzeczy trzeba było zrezygnować, inne zmodyfikować. Polacy odbierają pewne sygnały automatycznie. Cudzoziemcom trzeba o tym opowiedzieć innym sposobem.

Nie obawiasz się, że przez takie zmiany coś umknie z tej historii?

Nie, dlatego szukam kluczy, chcę by słowa płynące ze sceny działały. Nie pokazuje zdjęć, projekcji. Skupiam się na rozwoju postaci. Na tym, co kreowało charakter Krystyny, co decydowało o jej dzieciństwie, rodzinie, młodzieńczych miłościach i traumach.

Przepiękne jest jednak to, że jest w tym wszystkim absurd, coś poza językiem – idea, idea larw. Poza tym każdemu wcieleniu towarzyszy specyficzny styl bycia, sposób mówienia – geje po angielsku wyrażają się inaczej, katoliczka musi być w kilku słowach jasna, domówiona. A problem jest taki, że języki mają inną rytmikę, słowa brzmią inaczej.

Jak się czujesz po pierwszych występach po angielsku? Jesteś pewna, osadzona w roli?

Nie, to, że mówi się dobrze w jakimś języku w ogóle nie ułatwia pracy. Zaskoczyło mnie to, że mówiąc po angielsku coś, co znam doskonale po polsku, musiałam być pewna tempa, rytmu, brzmienia każdego słowa.

Czułam to. Gdy podczas prób nie pasowało ci jedno słowo, nie mogłaś skupić się na tym, co mówisz.

To było bardzo ważne. Mam wrażenie, że w moim mózgu wytworzyły się nowe połączenia. Po próbach głowa bolała mnie w innych miejscach niż gdy mówiłam po polsku. I to wcale nie jest śmieszne!

I nauka szła z początku jak po grudzie. Pamiętam, że nieraz po godzinie byłyśmy tak zmęczone, że trzeba było przerwać pracę. Chociaż im dalej w las, tym więcej drzew…

Widziałam zarówno po sobie, jak i po tobie, że coraz bardziej nas to wkręcało. Nawet ciebie, chociaż nie miałaś w perspektywie stanąć na scenie. Szukałaś innych słówek, bo zaczynałaś czuć, które nie są sceniczne.

Nie rozumiałam jeszcze wtedy powagi sytuacji.

Przyszedł jeden taki moment, że nauczyłaś się, że każde słowo wypowiedziane na scenie ma swoją wagę, musi być przemyślane i mieć swoje tempo, jesteś za nie odpowiedzialna.

Mnie fascynowała Twoja relacja z Kamilą Jansen, tłumaczką. Byłaś takim buforem, łącznikiem, który przekazywał, że „słowo w ustach nie leży”.

Byłam gołębiem pocztowym…

Który ściągał napięcie i musiał dyplomatycznie łagodzić frustracje.

Dla mnie było to ciekawe połączenie pracy dziennikarskiej, tego, czego uczyłam się na studiach, również kulturoznawczych, z praktyką, czymś zupełnie nowym.

Musiałaś dowiedzieć się, że słowa angielskie muszą mieć dla mnie podobną melodię, co te użyte w wersji polskiej, bo ja już mam to w nogach i w ciele. Na początku patrzyłaś na mnie wielkimi oczyma, a później sama proponowałaś słowa, które zgadzałyby się z moim temporytmem. Kiedy ciało aktora nie rozumie tekstu, to go odrzuca. Nie ma nic gorszego na scenie niż nieprawda.

Ale było chyba coś znacznie trudniejszego. Piosenki i ich tłumaczenie.

Fenomenalny okazał się Adam Hadi, który wykonał niewiarygodną pracę. Jest nie tylko świetnym aktorem Teatru Pijana Sypialnia i tłumaczem, ale jak się okazało również poetą.

Równie ważne były wskazówki Andrzeja Nejmana, dyrektora Teatru Kwadrat.

To świetny dowód, jak ważne są uwagi z zewnątrz. Tym bardziej od człowieka tak profesjonalnego, a dodatkowo perfekcyjnie znającego język angielski. Wystarczyło jego jedno pytanie: „Dlaczego Krystyna mówi po angielski?”. To okazało się kluczem, nową jakością. Utwierdził nas w przekonaniu, że nie wolno udawać.

Dlaczego to robisz?

Nie, nie dla pieniędzy. Podobnie jak ty. Artysta ma obowiązek się rozwijać. Jeżeli wychodzisz na scenę i nie chcesz zrobić czegoś dla innych, to zmień zawód. Fajnie jest fascynować się swoją pracą. Pamiętasz przecież nasze ulubione zdanie z „Lataj z Krystyną”: Nadzieja zawsze powraca wraz z drugim człowiekiem.

A co dalej?

Może jakiś festiwal? Brazylia? Rosja? Trzeba polecieć z Krystyną i mieć nadzieję, że spadochron się otworzy.

I tym kończymy.

No i chyba robimy sobie kawę, co?