Wywiady

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA

AUTOR: Maciej Łukomski FOT.: Weronika Kosińska
15.12.2016


15577703 10207650492242244 156408167 n

Moja miłość do zawodu narodziła się w teatrze

Z Martą Żmudą Trzebiatowską, aktorką Teatru Kwadrat, rozmawia Maciej Łukomski

Kiedy pojawił się u Ciebie pomysł, by zostać aktorką?

Marzyłam o tym, by zostać aktorką już jako mała dziewczynka. Później, gdy byłam starsza i dojrzalsza zrozumiałam, że ważnym elementem tego zawodu jest szczęście. I zaczęłam na wszelki wypadek szukać planu B. Postanowiłam więc w liceum pójść do klasy o profilu matematyczno-fizycznym. Marzenie z dzieciństwa było jednak na tyle silne, że postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej.

Jak wspominasz studia na Akademii Teatralnej w Warszawie?

To był dla mnie i wspaniały i trudny czas. Przeprowadzka do Warszawy dla człowieka z małego miasta jest dużym przeżyciem. Pierwszy rok na wydziale aktorskim jest rokiem selekcyjnym i czuć wtedy oddech konkurencji. Jestem osobą, która nie lubi rywalizować. Kiedy po pierwszym roku okazało się, że nikogo z nas nie wyrzucono, staliśmy się dla siebie bardziej otwarci. Zrobiło się przyjemniej. Od drugiego roku zaczęłam już pracować, zagrałam w pierwszym serialu, więc studia przeżyłam trochę "w biegu". Ostatnio jednak mam okazję wrócić do wspomnień, bo do zespołu Teatru Kwadrat dołączył mój kolega z roku, Paweł Domagała, który mi przypomina różne sytuacje z czasów, kiedy studiowaliśmy w Akademii Teatralnej.

Po studiach szybko zaistniałaś w zawodzie. Czym Cię zaskoczył show-biznes?

Show-biznes to jest ta część pracy, która mnie najmniej interesuje. Będąc w tym zawodzie wiem, że w czasach mediów społecznościowych aktor musi w tym uczestniczyć. Bardzo długo nie miałam facebooka, profilu na instagramie i swojego fanpage'a. Moja miłość do zawodu narodziła się w teatrze, w czasach kiedy nie było ścianek i portali plotkarskich. Jako mała dziewczynka jeździłam z rodzicami do teatru. Oglądanie spektakli bardzo mnie fascynowało. Interesowało mnie nie tylko to, co widzę na scenie, ale także to, co dzieje się w kulisach. Chodziłam wtedy na zajęcia teatralne, czytałam "Teatr", "Dialog". To był czas, kiedy nie było zbyt dużo seriali. Nie chciało się wtedy być aktorem po to, żeby być popularnym. Czasem prowadzę warsztaty teatralne. Trafia na nie część osób, która jest szczerze zainteresowana teatrem, ale są też i tacy, którzy przychodzą po to, żeby dowiedzieć się, jak zostać "gwiazdą". Przyznam, że nie umiem im odpowiedzieć na to pytanie. Dziś teatrem interesuje się mała garstka ludzi. O premierach teatralnych pisze się w kontekście, kto był na widowni i w co był ubrany. To mnie trochę smuci. To naturalne, że są fotoreporterzy na premierach, to dziś nieodłączny element promocji spektaklu, ale chciałabym, żeby dziennikarze dostrzegali i szanowali również naszą ciężką pracę nad spektaklem.

U kogo najwięcej zdobyłaś wiedzy na temat zawodu aktora?

W szkole teatralnej taką osobą był Jerzy Radziwiłowicz. Na pierwszych zajęciach powiedział nam ważną rzecz, że "aktor jest tylko człowiekiem, może mieć spadek formy, ale nigdy nie może zejść poniżej pewnego poziomu wobec widza". Uczył techniki zawodu, nauczył nas jak pracować nad wierszem. Do dziś mam z tych zajęć notatki. Rozmawialiśmy dużo na temat kontekstu historycznego sztuki. Na zajęciach z nim zrozumiałam, do czego nam ta cała wiedza z historii sztuki czy teatru jest potrzebna. Często studenci wydziału aktorskiego się buntują, bo uważają, że praktyka jest najważniejsza, a zajęcia teoretyczne to strata czasu. Ale mając dziewiętnaście lat, skąd mamy wiedzieć, jak zagrać np. Czechowa, z tymi wszystkimi emocjami, które w dramacie są zawarte. Zatem trzeba się rozwijać, korzystać z odpowiednich lektur czy filmów. Budować wewnętrzną wrażliwość. Lepszym aktorem stajemy się wraz z doświadczeniem jakie zdobywamy. W tym przypadku wiek działa na naszą korzyść. Im więcej mamy przeżyć, doświadczeń, tym role, które gramy możemy wyposażyć w cały wachlarz emocji i bogactwo psychologii. Kiedy dziś oglądam np. Janusza Gajosa to widzę jaka siła od niego bije, u niego każde słowo ma swoją wagę – czuje się, że każda jego rola jest poparta doświadczeniem zdobywanym w życiu. Nie zapomnę spektaklu "Udręka życia", w reżyserii Iwony Kempy, granego na scenie Miniatura w Krakowie ze wspaniałą Anią Tomaszewską. To był bardzo minimalistyczny spektakl, ale naładowany bagażem doświadczeń dojrzałych aktorów, którzy grali w przedstawieniu.

Co sprawiało Ci największą trudność w pracy nad spektaklem "Czego nie widać"?

To była intensywna praca zespołowa. Były takie próby, że posuwaliśmy się o pół strony z egzemplarza do przodu, przez co długo nie było widać żadnego efektu. To było szalenie frustrujące. Trudność polegała na tym, że w spektaklu występuje dziewięć osób, które przez dwie i pół godziny są nieustannie na scenie. Niedawno oglądałam w Londynie spektakl "Peter Pan Goes Wrong" i byłam pod ogromnym wrażeniem tego, jak wspaniale może być zgrany zespół aktorski. To mi zaimponowało i moim marzeniem było, aby i nam udało się stworzyć na scenie "jeden organizm", aby widzowie wychodzili po spektaklu i mówili - ale tu jest świetny zespół, nie tylko artystyczny, ale i techniczny, bo do ukłonów po spektaklu "Czego nie widać" wychodzi też obsługa sceny. Dzięki niej my aktorzy możemy spokojnie pracować. Myśląc o swoim miejscu w teatrze, zawsze chciałam być w zespole, który będzie kolektywem, gdzie nie ma gwiazd. Gdzie zawsze wspólnie pracujemy na sukces spektaklu.

Farsa "Czego nie widać" oparta jest na matematycznej niemal precyzyjności sytuacyjnej. Wymaga od aktorów opanowania do perfekcji kulminacyjnych momentów - np. otwierania/zamykania drzwi - w których nie ma możliwości na spontaniczność. Jak aktor radzi sobie z zapamiętaniem tego wszystkiego?

To jest właśnie to, co jest najtrudniejsze w farsie, czyli ta matematyczna precyzja. Tutaj nie ma miejsca na improwizację. Kiedy jedna osoba popełni błąd, nie powie kwestii, albo nie otworzy drzwi, wszystko zaczyna się sypać jak kostki w domino. Przyznam się, że jest to gatunek, który szanuję i cenię, niemniej moje serce cieplej bije dla tego typu tekstów, jak np. moja przedostania premiera ("Kłamstewka" Di Pietro - przyp. red.).

Który moment pracy nad przedstawieniem lubisz najbardziej: próby, premierę czy codzienne spektakle?

Uwielbiam po raz pierwszy otwierać scenariusz, kiedy nie jest jeszcze nagryzmolony moimi notatkami. To jest najfajniejszy moment. Próby też są ciekawe, ale w pracy nad komediowym spektaklem zawsze jest taki moment, że chciałoby się już wyjść na scenę do widzów. Premierom najczęściej towarzyszy stres, choć cieszę się z faktu, że możemy efekty naszej wspólnej pracy pokazać i skonfrontować je z widzem. Najbardziej jednak cenię nasze codzienne spektakle i obserwowanie reakcji publiczności.

Wielu krytyków i widzów niekoniecznie lubi bywać w teatrach komediowych, uważając to za stratę czasu. Wolą ten wieczór spędzić na ambitniejszym przedstawieniu. Co Ty, jako aktorka teatru komediowego powiedziałabyś takim osobom?

Wydaje mi się, że wiele osób powiela zasłyszane opinie. Komedia to nie jest mniej ambitny repertuar, czy „gorszy” gatunek teatru. Chciałabym, żeby recenzenci do nas zaglądali. Nie boję się krytyki. Chciałabym czytać konstruktywne recenzje na temat moich przedstawień.

Czym różni się technicznie aktorstwo komediowe od grania w poważnym repertuarze?

Po szkole teatralnej nie miałam w sumie okazji grać w innym repertuarze niż komediowym. Jedynym takim miejscem jest Teatr Polskiego Radia. Zagrałam tam np. Reganę w "Królu Learze". Zresztą za debiut aktorski w tym słuchowisku dostałam nagrodę Arete. Spotkania w Teatrze Polskiego Radia są dla mnie cenne, bo dają mi szansę obcowania z klasyką, literaturą, za którą bardzo tęsknie, grając na co dzień w teatrze komediowym. Niemniej jednak lubię grać lekki repertuar i patrzeć jak publiczność spontanicznie reaguje. To nam aktorom dodaje skrzydeł.

Za co lubisz występy w Teatrze Kwadrat?

Wychodząc do ukłonów po spektaklu, gdy widzę uśmiechnięte twarze publiczności czuję ogromną radość. Kiedyś Profesor Anna Seniuk na zajęciach w szkole teatralnej powiedziała nam, że trudno jest grać komedię, ale z drugiej strony jest to bardzo satysfakcjonujące, bo masz recenzję od razu, tu i teraz. Widzowie głośno reagują i wiesz, że spektakl im się podoba.

W sztuce „Czego nie widać” oglądamy teatr od kulis i wpadki, które mają wpływ na przebieg spektaklu. Pamiętasz swoje najzabawniejsze wpadki na scenie?

Chyba nie mam jeszcze takich spektakularnych wpadek na swoim koncie. Czasami zdarza się zapomnieć tekstu, albo ktoś nie wniesie rekwizytu na scenę, ale nigdy nie przeżyłam takiego koszmaru jaki rozgrywa się w trzecim akcie „Czego nie widać” - taki koszmar może się jedynie przyśnić aktorowi przed premierą.

Jak myślisz, na czym polega fenomen Teatru Kwadrat, sceny, którą pokochała warszawska publiczność ?

Myślę, że ludzie chcą się dziś śmiać, a u nas dostają rozrywkę na wysokim poziomie. Poza tym Teatr Kwadrat, zakładany przez Edwarda Dziewońskiego, był teatrem, który powstał przy telewizji i tym samym składał się z gwiazd znanych ze srebrnego ekranu. Wydaje mi się, że ta tradycja, którą kolejni dyrektorzy podtrzymywali, też przyciąga widza.

Grasz w tej chwili w kilku sztukach, które są w repertuarze Teatru Kwadrat. W którym spektaklu najbardziej lubisz grać?

Ciężko wyróżnić jeden… Jednak moje serce najcieplej bije dla Jane z „Kłamstewek” oraz dla Corie z komedii „Przez park na bosaka”.

**MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA – absolwentka wydziału aktorskiego Akademii Teatralnej w Warszawie (2007). Aktorka warszawskiego Teatru Kwadrat. Współpracuje także ze stołecznym Teatrem Scena Prezentacje, gdzie obecnie możemy ją oglądać w sztuce „Sexbomba” w reż. Romualda Szejda. Ma na swoim koncie role w wielu produkcjach filmowych i telewizyjnych (m.in: „Magda. M”, „Teraz albo nigdy” „Nie kłam, kochanie”, „Chichot losu”, „Śluby Panieńskie”, „Och, Karol 2” czy „Listy do M.2”) . Wystąpiła w teledyskach m.in. zespołu Coma i Natalii Kukulskiej.