Artykuły

„Nowy Jork za katedrą”. Kreda na tablicy

AUTOR: Jarosław Klebaniuk FOT.: Zofia Garncarek
05.04.2017


Ekipa stefana

Teatry amatorskie ad hoc pod względem rozpoznawalności umieścić należałoby najwcześniej na piątym miejscu w hierarchii, jeśli o takiej może być mowa. Przodują oczywiście teatry repertuarowe, zazwyczaj duże, dysponujące więcej niż jedną sceną, dyrektorem, dramaturgiem, działem marketingu, obsługą garderobianą i techniczną, no i oczywiście zespołem aktorów otrzymujących pensje bez względu na to, czy grają czy nie. Obok tych ambitniejszych, finansowanych przez podatników, zaliczyłbym tu także teatry prywatne, sprzedające drogie bilety masowej widowni. Są to placówki zazwyczaj komediowe, lecz nie tylko, bo niekiedy klasycznie dramatyczne, przyciągające odbiorców, jak co najmniej ze dwa w Warszawie, nazwiskami sławnych aktorów filmowych. Tuż za nimi plasują się teatry niszowe, bez stałej dotacji, zależne od hojności widzów i sponsorów, na przykład w postaci władz miasta. I one mają oczywiście repertuar, często ambitny i swoisty, jednak rozmach inscenizacji jest ograniczony ubogością środków, podkręcany zaś fantazją i pomysłowością twórców.

Trzecie miejsce pod względem popularności przypada scenom uczelni teatralnych, wystawiającym dyplomy: nieodpłatnie i wprawdzie w otwartej formule, jednak w praktyce – głównie dla krewnych i znajomych. Jako czwarte wskazałbym teatry amatorskie, których aktywność wyznaczana jest i ograniczana możliwościami łączenia przez ich twórców pracy czy studiów ze sceniczną pasją, znalezieniem miejsca do występów czy pozyskaniem środków na scenografię i kostiumy. Zazwyczaj grają przez jakiś czas, z przerwami, może i przez parę lat, aby ostatecznie rozpaść się lub – rzadziej – przekształcić w teatr zawodowy. Tak czy inaczej pozostanie po nich co najmniej nazwa.

Przedstawienia organizowane przez grupę zapaleńców z pewnością nie mogą być zakwalifikowane do żadnej z powyższych kategorii. Teatry amatorskie ad hoc wolne są od formalnych wymogów, które spełniać muszą teatry wymienione powyżej. Grają okazjonalnie, a scena i widownia wynikają ze środowiska, z którego wywodzą się sami twórcy. Pretekstem może być nadchodzący Nowy Rok, a przed nim Święta, innym zaś jeszcze powodem wystawiania – nieodparty pociąg do witania wiosny. Taka właśnie okoliczność towarzyszyła 5 kwietnia spektaklowi „Stefan. Wiosenne porządki” w reżyserii Mateusza Fryszera. Akcja tej wystawionej w Auli Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego komedii rozegrała się współcześnie. Tytułowy bohater, bloger multimedialny, „youtuber”, jak sam o sobie mówił, prawdopodobnie specjalizował się w przetwarzaniu żywności (obok mody i doradztwa życiowego gotowanie jest chyba najczęstszym tematem), o czym świadczyć mogłyby rekwizyty na stoliku w centralnym miejscu sceny: sałata, rzodkiewka, szczypiorek, pomidor i kubek w groszki. Laptop umożliwił mu projekcję na żywo na ekranie, na którym zazwyczaj prezentowane bywają treści wykładowe. Sztuczny entuzjazm i podrasowana energetyczność zostały dobrze uchwycone w tej roli przez Michała Węgrzyna. W relacji ze swoją spektaklową dziewczyną – Anną (Katarzyna Sławińska) ujawnił różnice w tym czego oczekiwał od spotkania. Uporządkowanie bałaganu panującego z tyłu sceny nie było dla niego bynajmniej priorytetem. Nie po to przecież dwudziestoletni mężczyźni zapraszają do domu dwudziestoletnie kobiety.

Sentymentalne traktowanie nieprzydatnych przedmiotów („Kabel zerwany? Ale przez kogo!”) i nieadaptacyjne przywiązanie do atrybutów pojedynczej męskości (pisemko erotyczne „wyrzuci później”, a tymczasem chowa za pazuchę) miało ustąpić przyspieszonemu dojrzewaniu zafundowanemu, zgodnie z psychoanalityczną manierą, przez „pracę marzenia sennego”. Zanim jednak do niego doszło, parę niezapowiedzianie odwiedził brat – Albert (gra słów?), wprowadzając elementy slangu miejskiego („Dobra foczka ci na kwadrat wpadła”) i pierwsze sugestie progenituralne, rzekomo niezrozumiane przez Stefana (niemowlęce ubranko uznał za nieprzydatne, bo za małe na siebie). Te ostatnie powróciły potem we śnie, w marze sennej.

Wprowadzenie rzeczywistości onirycznej do fabuły umożliwiło przeniesienie w przestrzeni – przez ocean. Scenograficznie rozwiązane zostało to w ten sposób, że na szkolnej tablicy zostały narysowane nowojorskie drapacze chmur. Jedynym miejscem na scenie, gdzie tablica mogła stanąć, nie powodując komplikacji w przemieszczaniu się, było to za katedrą (uniwersytecką, nie – biskupią). Wielkie Jabłko pozostało więc nieco przysłonięte przez ten charakterystyczny uczelniany artefakt.

Zanim Stefan, za sprawą snu, przeniósł się z Anną do „ciotki w Ameryce” uczestniczył w trzech scenach niepotrzebnych może dla fabuły, lecz dodających spektaklowi widowiskowości. Pierwsza wiązała się z próbą oglądania telewizji. Po raz pierwszy pojawiły się tu w nie najwyższego lotu teleturnieju z zakresu wiedzy ogólnej aktorki grające owe oniryczne ciotki. Nawiasem mówiąc ta „telewizja na żywo”, to znaczy grana przez aktorów, jest pomysłem zasługującym na szerszą eksploatację. Teatry repertuarowe w trakcie przedstawień filmują na żywo i pokazują na wielkich ekranach projekcyjnych aktorów, którzy niekiedy nawet nie są bezpośrednio widoczni. A tutaj mielibyśmy sytuację odwrotną: żywych ludzi zamiast ich wizerunków na ekranie telewizora.

W kolejnych, sennych już, scenach zobaczyliśmy seksownie zakładającą czarne podkolanówki „Śnieżynkę” w stroju świętego Mikołaja (ach, te sny młodych mężczyzn!), śmiertelny (?) upadek innej kobiety, a wreszcie wizytę u ciotek, zapewne sióstr. O ile, pozostałe role grały studentki i studenci psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego (do tegoż grona należy i reżyser), o tyle ciotki zagrały pracownice naukowo-dydaktyczne Instytutu Psychologii. Ich pojawienie się na scenie jednak nie tylko z uwagi na kontekst zawodowy wprowadziło duże ożywienie. Przede wszystkim, bardziej niż pozostali (za wyjątkiem Śnieżynki) postarały się o wymyślne kostiumy: pierwsza (Dagmara Łupicka-Szczęśnik) – dziwaczno-archaiczny, nawiązujący do stylistyki przedwojennej, druga (Dorota Chmielewska) – szlafrok i nieodłączne jedzenie upodabniające ją nieco do „murzyńskiej mamy”. W niezwykle dynamicznej i najzabawniejszej w spektaklu scenie doszło do wymiany, zapewne od lat, jeśli nie dziesięcioleci ćwiczonej, między siostrami, w której wzajemnie wyrzucały sobie życiowe niespełnienia (odpowiednio: brak edukacji i brak dzieci). Stefan, jak to w sennym koszmarze, został postawiony w żenującej sytuacji kogoś, kto wprawdzie dorósł, ale ciocie pamiętają go, jak był „taki mały” („nie, taaaki mały!”). Nie zabrakło w tej scenie błyskotliwych kwestii („Youtuberem? A to jest legalne?”; „A ty się dalej moczysz? W USA jest taka terapia: ludzie się moczą, ale są z tego dumni”) wyśmiewających utarte przekonania (a może i świat leżący u ich podstaw). Ciotki okazały się zabawne – kalecząc polszczyznę, skąpiąc (ciasto gościom podane zostało w folii, „żeby dłużej poleżało”) i kłócąc się ze sobą. Nie wszystkie zabiegi komediowe były wszakże jednakowo udane. Stereotyp Polaków na Zachodzie oszczędzających na wszystkim („z buta będzie taniej”, w knajpie lepiej mieć własne kanapki) nie wydaje się tak aktualny teraz, jak był wtedy, gdy przez dwie godziny sprzątania tam zarabiało się odpowiednik uniwersyteckiej pensji tu. Nie wiemy wprawdzie, z którego roku był sen, ale trudno wymagać takich poprawek w percepcji od widzów w trakcie półgodzinnego spektaklu.

Wspomniana wcześniej praca marzenia sennego doprowadziła do tego, że – wprawdzie wciąż we śnie – Stefan zechciał pozbyć się zbędnego balastu. Okazał się gotowy na wyrzucenie zabawek z dzieciństwa. Anna, także we śnie, mogłaby być z niego zadowolona, może nawet dumna. Jeżeli uruchomimy skojarzenia, jakie imiona bohaterów budzą u psychologów z nazwiskami słynnych teoretyków lub imionami ich osób badanych, to oczywiście możemy dopisywać sensy, które poruszyłyby to, co pozostało po pannie Freud, panu Bandurze, a może po dziecku straszonym przez pana Watsona. Ale czy taki był główny zamysł twórców przedstawienia?

Spektakl, zwłaszcza jeśli uwzględnimy jego amatorski charakter, został bardzo dobrze zagrany i sprawnie zrealizowany. Aktorsko wyróżnił się moim zdaniem Michał Węgrzyn. Fabuła, choć skomponowana jakby nieco mozolnie, pozszywana z kawałków, została spięta klamrą tytułowych porządków – w domu i w psychice. Na uwagę zasłużyła pomysłowa scenografia i rekwizyty (tytułowej wiosenności warzyw trudno było nie zauważyć). Muzyka dopełniała całości i szkoda tylko, że zabrakło jej przy zmianie miejsca akcji, gdy nieco porządkowano scenę. Ogólnie wypadło to jednak nieźle, a studenci i pracownicy Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego, do których przedstawienie było kierowane mogli być zadowoleni. Nie każdemu jest dane być adresatem spektaklu teatralnego granego raz jeden i nigdy więcej.

Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski