Wywiady

Wojciech Faruga

AUTOR: Wiesław Kowalski FOT.: Materiał prasowy
08.04.2017


14449897 10208948871371561 4732742753486079619 n

Melancholia, komizm, skrajne wyczerpanie...

Z Wojciechem Farugą, reżyserem "Mewy" w Teatrze Powszechnym w Warszawie, rozmawia Wiesław Kowalski

Czechow w „Mewie”, która pojawiła się w Twojej reżyserii na Małej Scenie Teatru Powszechnego, najprościej rzecz ujmując portretuje ludzkie postawy, dążenia i tęsknoty. Pokazuje ludzi, którzy przechodzą obojętnie obok siebie, choć tak naprawdę pragną bliskości. Mnóstwo w tym dramacie niespełnionych aspiracji, nieszczęść z powodu zawiedzionych miłości, wiele egzystencjalnego smutku, cierpienia, bólu. Czy rzeczywiście w świecie bohaterów Czechowa niemożliwa jest jakakolwiek harmonia? Czy bezbronność i udręka są naprawdę nieuchronne?

Wgląd jakiego Czechow dokonuje w naszą emocjonalność jest bezwzględny. Każda z postaci “Mewy” napędzana jest własnymi frustracjami i pragnieniami. Tak doskonale skupiona na nich, że nie jest w stanie zobaczyć tego, co wydarza się obok. Ci ludzie kochają się w swoim niespełnieniu i w swojej żenadzie. Pławią się i mimo, że doprowadzeni do granic wytrzymałości nie robią nic. Jest takie przysłowie, które trafnie ocenia ich stan “jeżeli nie zmieniasz nic w swoim życiu to znaczy, że nie jest ci aż tak źle”. A bohaterowie Czechowa chodzą, płaczą, nieszczęśliwie kochają się w sobie nawzajem i cały czas tkwią w miejscu.

Andrzej Wanat napisał recenzując jeden ze spektakli „Mewy”, że „dramaty Czechowa łatwo skracać, ale nie ma potrzeby i nie należy. Te utwory są jak równania matematyczne”. Ty korzystasz z przekładu Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej. Jak dalece posuwasz swoje ingerencje w tekst dramatu?

Tekst Czechowa mnie absolutnie obezwładnił od pierwszej próby. Najpierw bezwzględnością wglądu w człowieka i w artystę, potem precyzją konstrukcji dramatu. Po raz pierwszy w życiu nie naruszam struktury tekstu, przesunięcia są minimalne. W ostatecznym scenariuszu pojawiają się jednak dodane fragmenty tekstu. Przede wszystkim są to spisane rozmowy z prób o kondycji sztuki i artysty w dzisiejszej Polsce, improwizacje a nawet fragmenty jednej awantury… Od początku chciałem tak pracować, żeby zobaczyć jak tekst Czechowa rezonuje z dzisiejszą rzeczywistością i dzisiejszym teatrem. Zakładałem, że pojawi się metapoziom, który będzie czymś dodanym od nas - czyli ode mnie jako reżysera, od Agaty Skwarczyńskiej, która stworzyła przestrzeń do naszego spektaklu, ale przede wszystkim od niezwykłych aktorów Teatru Powszechnego. Bardzo pomagał w pracy nad scenami przekład Agnieszki, dowcipny, lekki i przejmujący. Świetnie brzmi ze sceny i daje aktorom wielkie możliwości. Agnieszka była dla mnie też niezastąpionym partnerem do rozmów o Czechowie, moje nudnawe dywagacje była w stanie sprowadzić do jednego celnego zdania. Dlatego bardzo ciekawy będę jej zdania.

U Czechowa rytm działań i toczonych rozmów jest różnicowany bardzo delikatnie, wszystko się dzieje można powiedzieć w tempie raczej umiarkowanym. Dominuje smutek, melancholia niczym w szlachetnym melodramacie. Z tą formą narracji próbowałeś się mierzyć w „Trędowatej” zrealizowanej w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, gdzie znalazłeś jednak miejsce na pojawienie się jakichś, że tak powiem, zgrzytów, przeciwieństw czy nawet śmiechu. Czy u Czechowa jest to też możliwe? Na przykład za sprawą erotyki, obyczajów czy sposobów na spędzanie czasu…

Ze świata Czechowa nie da się usunąć ani melancholii, ani komizmu tych sytuacji, ani skrajnego wyczerpania bohaterów. W tych rejestrach będzie funkcjonował nasz spektakl. “Mewa” to komedia. I to, że Czechow widzi nas śmiesznymi i małymi jest dużo bardziej dotkliwe niż gdyby była tragedią. W pracy nie było łatwo przyznać się do tego wszystkiego, co w nas mizerne i ludzkie. Czechow wymaga absolutnej szczerości i radykalności patrzenia na siebie. “Mewa” opowiada o artystach - więc dla nas ludzi “z teatru” jest tym trudniejsza. Na przykład Arkadina to jest rola marzenie, ale jednocześnie niewyobrażalna pułapka. Praktycznie w każdej jej kwestii Czechow miażdży ją jako postać, a aktorce, która ją gra trudno się od tego odciąć. Jak na scenie powiedzieć szczerze: “bez problemu mogłabym zagrać jeszcze piętnastkę?”? Można próbować jedno albo drugie słowo ominąć, ale wgląd Czechowa w kondycję starzejącej się gwiazdy, która erotyzmem stara się pokryć lęk przed zbliżającą się śmiercią jest porażający. To rola dla niezwykle świadomej i mądrej aktorki. I dlatego bardzo się cieszę, że w naszej "Mewie" gra ją Marysia Robaszkiewicz, która wiele wniosła do tego spektaklu. Nie gramy Czechowa w realiach epoki w jakiej została napisana “Mewa”, więc obyczajowość i stosunek do erotyki jest nasz dzisiejszy, a nie jakichś antykwaryczny. Nie ma też pasteli i samowarów. Prawdę mówiąc jest dość ciemno i czarno.

Mówi się, że „Mewa” Czechowa to materiał na aktorski koncert. Jak dobierałeś obsadę do tego spektaklu? I czy w Twojej inscenizacji, by osiągnąć koncertową płynność i dokładność wystarczy tylko prawda scenicznych zachowań?

W większości obsada "Mewy" to aktorzy, z którymi już pracowałem wcześniej i bardzo chciałem się z nimi spotkać w pracy ponownie. Bardzo cieszę się, że dołączył do nas Grzesiek Artman i Oskar Stoczyński. To była chyba najtrudniejsza obsada do zrobienia z jaką się do tej pory spotkałem. Do pierwszej próby w głowie przerabiałem niezwykłą ilość konfiguracji “kto kogo”. Czechow pisał na teatr z zespołem, w którym reprezentowane były wszystkie typy aktorskie i to w każdym wieku. Dziś struktura zespołów teatralnych jest inna, więc trzeba szukać odmiennego klucza obsadowego niż realistyczny. Do Czechowa potrzeba wyjątkowego zespołu aktorskiego, świetnych aktorów i mądrych ludzi, którzy dają sobie poczucie bezpieczeństwa i razem napędzają pozytywnie do pracy i poszukiwań. Taki zespół ma Powszechny. Czechow wymaga ludzkiego i aktorskiej ryzyka.

Arkadinę przedstawia się przeważnie jako egoistkę, czasami nawet kabotynkę, często też jako osobę raczej przeciętną. Jak sam patrzysz na tę postać i co dla Ciebie i Marii Robaszkiewicz jest w niej najważniejsze i najciekawsze?

Kluczem dla zrozumienia Arkadiny było to, że Marysia jest praktycznie rówieśniczką Jima Morrisona. Ironiczne nawiązanie do tego faktu znalazło miejsce w samym spektaklu. Nie chodziło nam w budowaniu tej roli o chimeryczną skostniałą gwiazdę, która zna jedyny przepis na teatr - stary teatr, ale o postać, która z wiekiem wytraciła pierwotny impet i nieświadomie sprzedała swoje ideały. Nasza Arkadina jest opowieścią o drodze jaką pokonują buntownicy, by stać się “nażartą”, odseparowaną od reszty społeczeństwa elitą. Oczywiście czują ciągle misję społeczną i swoją odpowiedzialność, ale wybudowana jest ona na pogardzie i zapatrzeniu w siebie.

W roli Maszy obsadziłeś Karolinę Adamczyk. To ciekawe zważywszy na fakt ekspresji jaką ta aktorka dysponuje. Tymczasem Masza jawi się jako kobieta raczej pogodzona już ze swoim losem, która uczucie do Trieplewa bardziej skrywa pod maską zaściankowej dekadentki niż je w jakiś wyraźny sposób eksponuje.

Karolinie nie da się odebrać jej ekspresji to fakt, ale ona sama w spektaklu dość dosadnie to komentuje mówiąc: “Ja nie krzyczę i nigdy się nie rozbieram”. Na pewno natomiast będzie to Masza nie pogodzona ze swoim losem, spalająca się każdego dnia i w każdej chwili. W przebiegu "Mewy", jak to u Czechowa, bardzo mało zostaje podjętych decyzji i przeprowadzonych działań. Dlatego też Masza, doprowadzająca do ślubu z Miedwiedienką, jako jedna z niewielu czegoś dokonuje. W konstruowaniu Maszy bardzo ważna była też jej relacja z Miedwiedienką. W naszym spektaklu gra go Oskar Stoczyński, który ma wszystkie atuty, by stać się kochającym mężem i ojcem dzieci Maszy, ale jakiś pierwiastek destrukcji, którą ona nosi w sobie nie pozwala jej go pokochać i być szczęśliwą.

Bardzo trafne natomiast wydaje się być powierzenie Julii Wyszyńskiej roli Niny Zariecznej, bo to aktorka o ogromnym potencjale wrażliwości i takiej ujmującej, naturalnej, ale też niecodziennej subtelności. Wiem, że to nie do końca może wystarczyć, ale punkt wyjścia do pracy nad rolą rozpostartą między naiwnością a swego rodzaju heroizmem znakomity. Czy według Ciebie w tej postaci wystarczy pokazać stan wewnętrzny bohaterki, czy też należy w niej rozwijać i kontrolować tematy, które są budulcem tej postaci?

W roli Niny kluczowe jest to, co wydarza się z nią między trzecim a czwartym aktem, kiedy mijają dwa lata, a teatr z młodej, ufnej i otwartej dziewczyny robi żywego upiora. Julia ma ogromną skalę aktorską. W tym spektaklu gra także część roli Arkadiny, obie są wariantami swoje możliwej przeszłości albo przyszłości. Czechow, tak jak ja go rozumiem, zapisuje w scenach określone stany. Jego tekst jest partyturą stanów, którą trzeba zrozumieć i której trzeba się oddać. Moim zdaniem ze zredukowania się do tych stanów wynika więcej niż z budowania procesu psychologicznego i przemiany postaci. Zawsze wtedy aktor stara się być mądrzejszy od tekstu i stara mu się coś narzucić, wysunąć się przed autora, a tu wydaje mi się, że temu tekstowi trzeba dać się prowadzić. Oczywiście nie bez znaczenia jest tu osobowość aktora, bez niej, na styku tego co osobiste i sceniczne, nie da się w moim odczuciu powołać do życia bohaterów “Mewy” z krwi i kości.

W roli Sorina, najczęściej przedstawianego jako człowieka pełnego ciepła, niezaradności, melancholijnego smutku czy zrzędliwości, obsadziłeś Aleksandrę Bożek. Ta zmiana płci jest dość zastanawiająca w całej obsadzie.

Ola gra umierającą siostrę Arkadiny, która od wielu lat opiekuje się Kosntantinem, przejmuje obowiązki nieobecnej Matki. Sorin u Czechowa jest bliskością śmierci, wizualizacją lęków Arkadiny, które tym dobitniej artykułują się gdy gra tę rolę młoda kobieta. Od początku chciałem robić "Mewę" kameralną, więc połączenie pewnych postaci było oczywiste. U nas, jako że Sorina gra kobieta, ta postać została wzmocniona fragmentami scen Poliny, dzięki temu wybudowała się kluczowa relacja z doktorem Dornem.

Muszę powiedzieć, że najbardziej czekałem na role Trieplewa w interpretacji Grzegorza Artmana. To chyba w tej chwili jeden z najciekawszych aktorów w naszym teatrze. Poza tym dla reżyserów ta postać, która walczy przecież o „nowe formy” też bywa bardzo intrygująca. W jaki sposób w swoim spektaklu znajdujesz wytłumaczenie dla przyczyny jego samobójstwa. Czy chodzi bardziej o absurd i brak celu istnienia, czy też tylko o rozczarowanie w miłosnym doświadczeniu?

Nie wiadomo czy Kostia jest geniuszem czy grafomanem, ale jest artystą totalnym. Całe swoje życie poświęca sztuce. Jest nią opętany; przez to, że Grzesiek jest dwadzieścia lat starszy od czechowowskiego Konstantina, ta postać nabiera radykalności. Jego praca artystyczna i czas spędzony na wsi staje się dłuższy. To było inspiracją dla przestrzeni Agaty - jest ona próbą stworzenia domu Kostii, który jednocześnie staje się jego dziełem i przestrzenią jego sztuki. Samobójstwo Kostii jest wynikiem drogi jaką Kostia obiera w sztuce, jest ostateczną niezgodą na jakikolwiek kompromis. Grzegorz jest niezwykle wymagającym partnerem w pracy, chce uczestniczyć w całości procesu, niezwykle się angażuje. Jest w tej pracy bardzo wartościowym partnerem dla mnie. W tym spektaklu, ale generalnie w moim rozumieniu nie ma miejsca na większe i mniejsze role. Każdy z aktorów reprezentuje inny rodzaj postawy, w której pod innym kątem widoczna jest myśl dramatu Czechowa. Dla naszego spektaklu tak samo ważne są role pisarza - kabotyna Trigorina, który uwięziony jest we własnym poczuciu niespełnienia i wygodzie, jak i doznającego nagłego katharsis wiejskiego lekarza doktora Dorna. W tych rolach wspaniali aktorzy Jacek Beler i Mateusz Łasowski - z którym w pracy spotykam się po raz pierwszy od czasu mojego bydgoskiego debiutu.

Jaką funkcję w Twoim spektaklu będzie spełniała napisana przez Trieplewa sztuka o duszy wszechświata, którą sam Czechow poddaje łagodnej parodii? Nie da się jednak ukryć, że w tej kalekiej formie też kryją się wartości i prawdy dość istotne, wychodzące poza proste podziały na zasadzie czarno-białej.

A to zapraszam na rozmowę po spektaklu. Nie będę nic zdradzać.