Artykuły

Wielkie role gwiazd opery

AUTOR: Anna Czajkowska FOT.: Wydawnictwo BOSZ
18.04.2017


Wielkie role gwiazd opery

Gwiazdy, sławy, soliści. Tak o nich piszą media, mówią wielbiciele i krytycy operowi. Co wiemy o ich pracy nad każdą rolą, każdą kreacją? O uporze, nieustannych próbach, które stoją za wielką karierą. Często niewiele. Gdy gasną światła, rozbrzmiewa wspaniale zagrana uwertura, podnosi się kurtyna i na scenie pojawia się królowa mezzosopranów lub książę tenorów, po prostu ulegamy ich czarowi. Czy wystarczy talent, by za życia stać się legendą? Agnieszka Okońska przybliża czytelnikom – melomanom i nie tylko – sylwetki wybitnych polskich śpiewaków operowych, wielkich artystów, których podziwia publiczność najsłynniejszych teatrów i sal koncertowych świata.

Każdemu artyście poświęca autorka trzydziestostronicowy esej, przeplatany z wywiadem. Motywem przewodnim jest rola operowa, którą artysta uznaje za najważniejszą, a poszczególne rozdziały rozpoczyna szczegółowy opis danej postaci, bohatera opery. Mariusz Kwiecień opowiada o Don Giovannim, Piotr Beczała o Fauście, Małgorzata Walewska o Carmen, Ewa Podleś mówi o Izabeli, a Aleksandra Kurzak o Violetcie. Najczęściej są to bardzo osobiste zwierzenia, bowiem sposób, w jaki artyści określają swoje podejście do danej kreacji, mówią o pracy nad konkretną rolą, o trudnościach i doświadczeniach, a także radości z osiąganego sukcesu, pozwala bliżej poznać ich charakter, zrozumieć dlaczego ten a nie inny bohater czy bohaterka stał się bliski sercu. Dlaczego łączy ich tajemnicza więź z konkretną postacią? Czy to kwestia losów bohatera i zrozumienia jego postępowania, dogłębnego poznania natury? A może ważniejsze jest wokalne wyzwanie?

Arcydzieło Mozarta, „Don Giovanni” i partia solowa, z którą mierzyli się najwięksi artyści operowi, wymaga wielkiego kunsztu, energii i zrozumienia zarówno warstwy muzycznej, jak i osobowości samego Don Juana. Anna Okońska pyta Mariusza Kwietnia o jego doświadczenia związane z rolą Don Giovanniego, w którą artysta wcielał się już ponad sto razy, podbijając serca publiczności w najwspanialszych teatrach świata. Udało mu się zachować świeżość spojrzenia na postać, z którą identyfikuje się na scenie, ale podkreśla też, jak bardzo je pogłębił, dostrzegł coś więcej niż zewnętrzne przejawy zdegenerowanej natury. Mówi coś, co być może zaskoczy niejednego czytelnika - „dzięki postaciom operowym poznałem siebie. Te wszystkie postaci nauczyły mnie człowieczeństwa, nauczyły jak daleko sam mogę pójść w moim życiu, na ile mnie stać. Jednym słowem wzbogaciły mnie”. Do tego dochodzi osiąganie ekstremum możliwości w śpiewie, oczywiście z upływem lat i ćwiczeń. Teraz nikogo nie dziwi fakt, iż czując postać, wiedząc kim ona jest, uruchamiając wyobraźnię, taki wybitny baryton jak Mariusz Kwiecień zawsze ją obroni, nawet, gdy reżyseria i inscenizacja szwankują. A to się niestety zdarza. I to nie rzadko.

Piotr Beczała debiutował jako Faust w operze Gounoda w Covent Garden, w słynnej produkcji Davida McVicara. I wciąż pozostaje blisko związany z tym bohaterem, ze swoim pierwszym wykonaniem z 2004 roku. Przepiękna muzyka sama się broni, ale to za mało, by zadowolić wielbicieli zarówno Goethego, jak i Gounoda. Piotr Beczała podkreśla, że „Faust” z Covent Garden przywoływał filozoficznego ducha pierwszej części dzieła Goethego. Z Faustem spotkał się też w „Potępieniu Fausta” Berlioza. Jak widać przygoda z tym, który poszukuje spełnienia w świecie doczesnym, studium jego pragnień i próba przekonującego pokazania go, jest bardzo bliska artystycznej duszy Piotra Beczały. Ale oprócz głębokich przemyśleń dotyczących historii Fausta, jego spotkania z Mefistem i ostatecznej porażki, Piotr Beczała bardzo wnikliwie przygląda się i analizuje reżyserskie pomysły i interpretacje, podkreślając prymat wokalnej części operowego dzieła. Zawsze i wszędzie. W przypadku „Fausta”, opery wokalnie trudnej, wysokiej i lirycznej, trzeba pamiętać o kolorze głosu, jego zmianach, by stary Faust był inny niż młody. Zdaniem artysty opery nie można traktować jak filmu, to inna forma, napisana w określony sposób. Są współcześni, bardzo dobrzy reżyserzy, zajmujący się wcześniej filmem lub musicalem, gdzie artyści śpiewają z mikroportami, którzy nie potrafią zrozumieć specyfiki sztuki operowej, zbytnio eksperymentują, zapominając, że są tylko interpretatorami. Twórcą jest kompozytor i librecista, nigdy – reżyser, „Ludzi można przyciągnąć do opery tylko jakością śpiewu i prawdą gry aktorskiej” – mówi nasz wspaniały tenor liryczny. Nie jest bynajmniej przeciwnikiem nowych pomysłów czy świeżego spojrzenia, ale przypomina, iż reżyser musi trzymać się pewnej konwencji, a nie zmuszać śpiewaków, by radzili sobie z absurdalnymi czy zbyt abstrakcyjnymi inscenizacjami.

Carmen, która nie daje się okiełznać, kobieta wyzwolona ze społecznych reguł, ceniąca wolność ponad wszystko, jak przystało na Cygankę. Swoista femme fatale, której urokowi i nieprzeniknionemu czarowi nie oprze się żaden mężczyzna. Jak taką kobietę pokazać na scenie? Małgorzata Walewska, w repertuarze której rola w dziele Bizeta jest chyba najważniejszą przypomina, iż to jedna z najczęściej wystawianych oper na świecie. Dużym wyzwaniem, ale i – jak się wkrótce okazało – dużym sukcesem, był dla artystki występ w produkcji Franca Zeffirellego, na prestiżowej scenie wiedeńskiej Staatsoper. Wspaniała śpiewaczka, urocza kobieta, wielka dama polskiej opery, już dawno zdefiniowała swoją Carmen, jako kobietę zmysłową, nieodgadnioną, żyjącą chwilą obecną, a w miłości zaborczą. Carmen Małgorzaty Walewskiej jest spontaniczna, działa pod wpływem różnych impulsów. Niełatwo to przekazać głosem… . „Kiedy mam już rolę w duszy, to zastawiam się nad uczuciami. Nie myślę o tym, co mam dalej śpiewać, tylko w jakim momencie jestem, kim jestem[…]. To jest dla mnie fascynujące w byciu śpiewakiem operowym, byciu aktorem, bo uważam się także za aktorkę”. Jej podejście do Carmen łączy profesjonalizm wokalny z aktorstwem i dynamicznym podejściem do postaci, która po wielu, wielu latach wciąż jeszcze ją zaskakuje, pozwala odkrywać kolejne tajemnice swego złożonego charakteru. Im bardziej skomplikowana postać, tym większa przyjemność grania i śpiewania. Występ na scenie, to dla artystki rodzaj psychoterapii, możliwość spojrzenia na własne problemy z dystansu. A Carmen ułatwia odreagowanie wielu złych emocji. Oczywiście z wyczuciem. Wielki profesjonalizm pozwala śpiewaczce na ujawnianie uczuć, nawet silnych, na prowokowanie partnera, co czyni przedstawienie żywym, niepowtarzalnym, za każdym razem innym. Fani operowi to uwielbiają! Ale wymaga to nieprawdopodobnej techniki i wypracowanego warsztatu. W operze wszystko jest na żywo, nie można potencjometrem wyciszyć jednego, podgłośnić drugiego, żeby osiągnąć lepsze brzmienie. W tym tkwi siła tej sztuki i to daje jej gwarancję przetrwania. Aby uczynić kogoś miłośnikiem opery, trzeba zaatakować go najlepszą jakością wokalną. Tak uważa nasza wspaniała sopranistka.

Tytułowa bohaterka „Włoszki w Algierze” Gioacchino Rossiniego, Izabela, to postać pełna wdzięku, o niezwykłej sile charakteru, która od pierwszych chwil robi na wszystkich, z widzami włącznie, piorunujące wrażenie. Ewie Podleś, czwartej bohaterce „Wielkich ról gwiazd opery”, przychodzi to bez trudu. Potrafi ściągnąć na siebie całą uwagę, nawet niewielkim epizodem. Jej artystyczna finezja, rzadki, obejmujący ponad trzy oktawy kontralt pozwala budować siłę arii i całych scen, stawiając artystkę wśród najznamienitszych śpiewaków świata. Izabela jest jedną z jej ulubionych ról, chociaż, jak podkreśla, kocha wszystkie swoje postaci, w które się wciela. Włoszka, to kobieta z charakterem, zdolna do brawury, silna i przebiegła, która nadaje ton całej akcji i nie da sobą kierować. A na końcu wygrywa. Takie bohaterki artystka uwielbia! W dodatku opera Rossiniego ma swe korzenie w commedii dell’arte, dzięki temu jest tu sporo miejsca na komediowe elementy i Ewa Podleś, ze swym temperamentem, mogła puścić wodze fantazji, wykraczając poza utarte na scenie schematy. Ponieważ zawsze silnie utożsamia się ze swą bohaterką, gra i śpiewa tak, by pokazać prawdziwe oblicze postaci. Ale nie jest szczególnie przywiązana do którejkolwiek z ról. Niezwykle szczerze opowiada o konstruowaniu roli – „muzykę traktuję jako bazę, na której dopiero zaczynam coś tworzyć. […]szukam rytmu w tekście, w dramacie – z jemu właściwym czasem. Niejeden zaśpiewa tak, jak jest to zapisane, a tymczasem ludzie nie przychodzą do teatru po to, by słuchać jak artysta śpiewa wprawki. Widz chce coś przeżyć.” Mówi też o wadze dobrego porozumienia z reżyserem i jeszcze ważniejszym elemencie – jedności z dyrygentem, jego rytmem. Wzajemnie zrozumienie i dopełnienie w muzyce jest tu kluczem do sukcesu. Jeśli dyrygent nie współpracuje z solistą, to go wykończy. Śpiew, odpowiednie wydobywanie dźwięku jest przecież najważniejsze. Wraca też do podstaw, do nauki śpiewu. Doradza młodym, by ostrożnie podchodzili do uwag pedagogów. Gdy czują, że jest im niewygodnie, duszą się słuchając ich wskazówek, powinni się sprzeciwić. Zły nauczyciel może zniszczyć studentowi Akademii Muzycznej głos. Ewa Podleś nie pozwoliła na to. Jej kariera wciąż rozkwita, podobnie jak głos, barwny i dojrzały. Począwszy od roli w „Cyruliku Sewilskim” Rossiniego, z jej koloraturowym klejnotem, czyli słynną arią Rozyny, zatrzymując się na chwilę przy roli hrabiny w „Damie Pikowej” Czajkowskiego, artystka przeszła przez wiele etapów, bowiem jej talent i potencjał nie znoszą stagnacji.

Dwie Violetty – ta stworzona przez Giuseppe Verdiego w operze „La Traviata” i jej literacki pierwowzór z „Damy kameliowej” Dumasa – podobne czy różne? Cyniczna kurtyzana czy wrażliwa, zdolna w imię miłości do największego poświęcenia kobieta, która pozornie wydaje się być chłodną i wyrachowaną? A może dwa oblicza tej samej osoby? Która wydaje się bliższa Aleksandrze Kurzak, zwanej przez niektórych krytyków królową sopranów? Aleksandra Kurzak wymienia jeszcze nieco inną koncepcję: Violetta pod wpływem miłości nie zmienia się, tylko zrzuca maskę, po dopuszczeniu do głosu swego najgłębszego „ja”. Jedyna przemiana, jakiej podlega w operze, to przemiana pod względem wokalnym. Partię Violetty sama wykonuje od 2010 roku, ale zna ją od dawna. Wszystko za sprawą profesji rodziców – mamy sopranistki Jolanty Żmurko, która aż tysiąc razy wcielała się w postać Violetty i ojca Ryszarda Kurzaka - waltornisty. Aleksandra Kurzak, urodzona primadonna, od początku mierzyła wysoko, po prostu nie znosiła małych ról. Violetta z Traviaty jest i pozostanie jedną z jej ulubionych. I nie żałuje, że zamiast kariery instrumentalistki wybrała inną drogę, ryzykowną, ale jakże owocną – nieetatową prace solistki operowej. Jej świetnie wyszkolony głos spokojnie radzi sobie z wszelkimi, również szybszymi frazami w partii Violetty, z których każda jest starannie przemyślana. Niuanse, moc w głosie, modulowanie barw, z cieplejszymi odcieniami, z głębią przyszły nie od razu. To po prostu wymaga czasu i o tym mówi Aleksandra Kurzak. Artystka ogromną wagę przywiązuje do przygotowania od strony technicznej. Opowiada też o tym, iż partię Violetty śpiewać mogą różne głosy – i lżejsze, i cięższe. Zmienia to nieco charakter postaci, psychologicznie złożonej i tragicznie prawdziwej, a dodatkowo stawia przed artystą inne zadanie – aktorskie. Violetta krucha, ładna, wiotka i pełna gracji. A może ostrzejsza w rysach, złamana chorobą? Kurzak znajduje w sobie ruch i gest naturalnie. Wychodzi na scenę i gra - to wystarcza. Ale – o czym mówią wszyscy wybitni śpiewacy – w operze są zdecydowane granice, inaczej niż w teatrze dramatycznym. Nie można zmieniać intencji kompozytora, zawartych w jego oznaczeniach muzycznych. A wracając do scenicznej drogi Aleksandry Kurzak, warto podkreślić, iż nie znosi ona monotonii, więc zawód wybrała sobie idealny.

Warto sięgnąć po ciekawe i wnikliwe opowieści o tajnikach pracy warsztatowej, sztuki operowania głosem, o aktorskim kunszcie, który coraz częściej służy scenicznej ekspresji. Doświadczenie i utrwalona pozycja w operowym świecie, pozwala pięciu artystom na swego rodzaju podsumowanie, refleksję nad sceniczną drogą do odkrywania postaci bohatera. Jego losy, charakter, ale i sam kształt przedstawienia, dekoracje, kostiumy, reżyseria i – rzecz jasna – to, co w nutach zawarł kompozytor, co zapisał librecista, pozwala operowym gwiazdom spełniać się w swych rolach, dostarczając nam wielu niezapomnianych wzruszeń.

Tytuł: Wielkie role gwiazd opery

Autor: Agnieszka Okońska

Wydawnictwo BOSZ

Data premiery: 6 października