Artykuły

Z tej ponurej ziemi wzrok kierujemy prosto w niebo

AUTOR: Aram Stern FOT.: Materiał organizatora
09.08.2017


Xxy

„Żelazną ręką uciskać nas może, kogo chce może łaskami obsypać,

bez miłosierdzia kogo chce katować, ale się zawsze zowie: Sprawiedliwość.”

/William Shakespeare, „Miarka za miarkę”/

Szekspirowska „Miarka za miarkę” – koprodukcja legendarnej brytyjskiej grupy Cheek by Jowl przygotowana w Teatrze Puszkina w Moskwie - urzekła widzów 21. edycji Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku. Jak do tego doszło, skoro w spektaklu ciemne chmury „londyńskiego” nieba mocno spowiły to bezchmurne nad stolicą Rosji?

Rosyjsko-brytyjskie przedstawienie otwiera niemy przemarsz postaci dramatu po scenie, jednorako senny pochód, który z czasem „podrzuca” kolejnego bohatera, by niepostrzeżenie pozostawić go w miejscu akcji. Ten zabieg zapowiada już inercję inscenizacyjną następujących po prologu scen w sekwencjach niezwykle realnych. Reżyser „Miarki za miarkę” – Declan Donnellan – nie tylko umieszcza akcję w przestrzeni współczesnej, ale w trzech czwartych przedstawienia kreuje rzeczywistość sceniczną za pomocą dość skromnych środków teatralnych, bez rozrzutu obrazów czy polifonicznej gry różnymi elementami. W niespiesznej składance sekwencji odrażającego świata średniowiecznego Wiednia, za starotestamentową „miarką za miarkę” władza książęca przywróciła prawo oddawania pod topór kata każdego, kto odbierze dziewictwo bez uprzedniej ceremonii ślubnej. Taki los spotyka Claudio (Petr Rykov) – „nowoczesnego” chłopaka, niespecjalnie zdającego sobie sprawę z powagi sytuacji…

Na scenie triumfuje wyłącznie teatr sztywny, konwencjonalny, w którym nie ma miejsca na żywiołowe pojedynki, spontaniczne reakcje – wydawałoby się z pozoru teatr pseudoprzeżyć i pseudoproblemów. To następujące po sobie kolejne sceny uciążliwych dialogów, ukazujących w bardzo powolnej agonii wszelkich zasad moralnych, nikczemność świata obserwowanego. W nim kręci się rozpaczliwe perpetuum: „głowa za głowę, wianek za głowę i jeszcze głowa za głowę, wianek za wianek”. Tylko gdzie ten szekspirowski ogień pożądania, gdzie wstyd, rozkosz, rajfur, nadmiar aktu fizycznego i niedostatku prawa? Wszystko takie letnie, tak anemicznie poukładane. Podobne wrażenie robi również skromna scenografia autorstwa Nicka Ormerod’a składająca się z kilkunastu industrialnych lamp i pięciu dużych czerwonych kubików, stołu oraz krzeseł. W zestawieniu z nienatarczywym tempem akcji i dość skąpym oświetleniem (reżyseria światła Sergei Skornetsky) w tej części spektaklu wszystkie te elementy mogą powodować u widzów postępujące znużenie.

Elżbietański dramatopisarz byłby raczej średnio zadowolony. A publiczność? (Kilkoro widzów opuszcza widownię). Kiedy jednak na scenie pojawia się siostra Claudia, Isabella, w jej grze szybko zauważamy zarys slapstickowy. W mimice Anny Khaliluliny, reagującej na faryzejską propozycję hrabiego Angela (Andrei Kuzichev), jest wiele z niemego kina, co początkowo może drażnić, niemniej jednak szybko potrafi zachwycić! Swą świętą niewinność niedoszłej mniszki aktorka broni z wielką namiętnością, równocześnie przeciwstawiając ją nieuchronnej śmierci brata i koegzystując z nią niebanalnymi środkami. Zaskoczona, bezradna, co chwila wybucha gniewem, lecz natychmiast cofa się do swej bezgrzeszności, idealnie okazując swoją jakże szekspirowską celność. W grze Khaliluliny, jak i kreacji Alexandra Arsentyeva – Książę (role najciekawiej ustawione i zagrane), tkwi wielka siła tej tragicznej komedii i wreszcie nadaje inscenizacji Donnellana pewną moc.

Po z górą godzinie przedstawienia (niech żałują widzowie, którzy nie doczekali finału) Declan Donnellan uwalnia akcję od brytyjskiej oględności i z siłą nurtu wód Wołgi przenosi je w rosyjską żywiołowość! Nagle przepięknym walczykiem zaintonowanym na kontrabasie przez uratowanego fortelem od topora kata Claudia, wokół którego tworzy się krąg postaci (choreografia Irina Kashuba, muzyka Paul Akimin), aktorzy ruszają w tan. Nie jest to wszakże wbrew pozorom pląs namiętności i pożądań, lecz skondensowany taniec życia, płynny korowód jego afirmacji podkreślony tak oczekiwaną zmianą scenografii (obrotem kubików, które okażą się żywymi migawkami z więzienia czy domu uciech). Już nie jesteśmy w mrocznym Wiedniu, ale we współczesnej bezkresnej Rosji nasyconej światłem, pełnej „sprawiedliwej” władzy. W „Miarce za miarkę” realizatorem przemiany tragicznej w tak komediową jest Książę przebrany wcześniej za zakonnika, teraz w garniturze, przed mikrofonem, w pełnym „telewizyjnym” świetle i na czerwonym dywanie. Rozdziela pochwały i nagany, momentami „oświeca” go wręcz boska inspiracja, a samą postać otacza enigmatyczna tajemnica. Władza jest przecież brudna i skorumpowana tylko na niższych szczeblach, Książę zaś, jak car, czuwa nad „szczęśliwym” życiem swych poddanych.

Po obejrzeniu festiwalowej „Miarki za miarkę” przychodzi na myśl szereg aluzji związanych ze współczesną Rosją, obecną sytuacją polityczną w Polsce, ale przede wszystkim powraca ciągłe pragnienie człowieka, by jakiś „książę z bajki” wprowadził na świecie uniwersalną sprawiedliwość i ludzkość uczynił szczęśliwą. Tylko czy tak mityczne pożądanie nie uczyniłoby z nas istot w równym stopniu tragicznych co komicznych? Ale marzyć nikt nam jeszcze nie zabrania. Ważne przynajmniej, byśmy czasami spoglądali w niebo, choćby tak piękne sierpniowe, które oglądaliśmy w czasie owacji na stojąco, kiedy powoli rozkładał się dach Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego.


William Shakespeare, „Miarka za miarkę”

reż. Declan Donnellan

Cheek by Jowl w Londynie i Teatr Puszkina w Moskwie

spektakl pokazany w Nurcie Głównym 21. Festiwalu Szekspirowskiego

Gdańsk, 4 sierpnia 2017