Wywiady

KRZYSZTOF WNUK

AUTOR: Marta Witek FOT.: Teatr Witkacego w Zakopanem
13.08.2017


Krzysztof wnuk

Tam gdzie kończą się tory

Sztajgerowy Cajtung: Zakopane to „pępek świata”, „wyrostek robaczkowy" polskiego organizmu. Tak pisał Witkacy w 1919 roku w „Echu Tatrzańskim”. Na czym polega demonizm tego miejsca?

Krzysztof Wnuk: Demonizm Zakopanego to specyfika tego miejsca, która wymaga od artysty demonicznej wręcz siły. W Zakopanem trzeba walczyć o siebie, o sztukę, o to, żeby nie osiąść tutaj, nie wpaść do metafizycznej dziury i nie zatracić się w samozadowoleniu, samozachwycie bycia artystą.

Sz. C.: Tymczasem Pan jest aktorem Witkacego od 1998 roku. Dlaczego akurat to miejsce, tak „niebezpieczne”?

K. W.: Bo to fantastyczne miejsce dla artysty, gdzie można się rozwijać, wielorako i wielokierunkowo. W Teatrze Witkacego jest szczególna atmosfera Sztuki, sposób jej tworzenia. Nie bardzo oglądamy się na obowiązujące „trendy”. Na warsztat trafiają tematy, które nas interesują, bolą czy intrygują. Gramy i tworzymy z pasją. Bo naprawdę trzeba mieć pasję, żeby przyjechać do tego miejsca, gdzie kończą się tory (śmiech), gdzie wszystko jest zupełnie inne.

Sz. C.: Jest Pan też aktorem filmowym. Ucieka Pan czasami z tej „ślepej kiszki”?

K. W.: Nie mówiłbym o ucieczce. To raczej okazja doświadczania innych miejsc i spotkania z innymi ludźmi. Ale zawsze z wielką radością wracam do, jak pisał Witkacy, „wyrostka robaczkowego kiszki ślepej, jakim jest Zakopane”. Dziewiętnaście lat na scenie Teatru Witkacego zobowiązuje i o czymś świadczy. Zadomowiłem się tu. To moje miejsce.

Sz. C.: W jednym z wywiadów wspominał Pan, że w zasadzie to nawet nie miejsce, nie budynek, ale ludzie i atmosfera są najważniejsi.

K. W.: To prawda. Ludzie są najważniejsi. Bo to oni tworzą atmosferę. Przyjeżdżają do nas ludzie z różnych części Polski. Nasz teatr jeździ po kraju i to, co jest niezwykłe, spotykamy często „naszych” widzów w innych miastach. Teatr tworzą ludzie, dlatego tak chętnie wyjeżdżamy: dla ludzi. Teatr jest spotkaniem dwóch stron. Aktora i Widza. Jeśli chcą się spotkać, to zawsze będzie to spotkanie udane. Nie trzeba wielkiej sceny, żeby sztuki doświadczać i czerpać z niej przyjemność.

Sz. C.: Jest Pan z Krakowa, mieszka w Zakopanem, jestem ciekawa, czy ma Pan jakieś malutkie powiązania ze Śląskiem (śmiech)?

K. W.: Oj i to całkiem spore. Po pierwsze mam na Śląsku rodzinę. W dzieciństwie często jeździliśmy odwiedzać dziadków w Katowicach. W katowickiej szkole aktorskiej Art Play Doroty Pomykały i Danuty Owczarek miałem przyjemność reżyserować trzy spektakle dyplomowe. Z Witkacym natomiast byliśmy w Tychach, Zabrzu. Graliśmy też całkiem sporo przedstawień na Gliwickich Spotkaniach Teatralnych. Na Gliwice czekaliśmy zawsze z tęsknotą. Przyjeżdżaliśmy tam na wiosnę, kiedy tu, w Zakopanem, często jeszcze padał śnieg i było zimno. Gliwice kojarzą mi się z ciepłem, miejscem, gdzie można odtajać (śmiech). Teraz mamy okazję odwiedzić Chorzów i pokazać chorzowskiej publiczności, czym jest demonizm zakopiański. Cóż, wygląda, że Śląsk nie jest dla mnie terra incognita…

Sz. C.: Właśnie, dlaczego akurat ten spektakl na Śląsku?

K. W.: To promocja Witkacego, któremu to się po prostu należy. To spektakl o specyfice tego miejsca, na końcu Polski. Pokazuje, jak się w Zakopanem żyje, z jakimi przeciwnościami człowiek się tam zmaga, osobiście i artystycznie. Niech wszyscy wiedzą jak niebezpiecznym miastem jest Zakopane!!!

rozmawiała Marta Witek

Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”