Wywiady

praMONTOWNIA

AUTOR: Iza Mikrut, Anka Miozga FOT.: Materiał prasowy
13.08.2017


Z22213924q  zabawa  teatru pramontownia

Humor, urok osobisty i legitymacja Akademii Teatralnej

rozmowa z praMontownią

Sztajgerowy Cajtung: Przenieśmy się w czasie o dwadzieścia lat wstecz. Kim będziecie za dwadzieścia lat?

Adam Krawczuk: Oj…

Maciej Wierzbicki: Ale tak króciusieńko odpowiadać?

Sz. C.: Nie no, jak najdłużej…

M. W.: Bo u mnie będzie krótko. Nie miałem planu awaryjnego. Wóz albo przewóz.

Rafał Rutkowski: Ja planu awaryjnego też nie miałem. Na tyle byłem naiwny i crazy, jak mówi młodzież.

A. K.: Ja podobnie jak koledzy, chciałem powiedzieć.

Sz. C.: A my liczyliśmy na długi wywiad… Czyli za dwadzieścia lat się widzicie gdzie? Na scenie? W aktorstwie?

R. R.: Ale jesteśmy dwadzieścia lat temu? Tak. Powiem ci, że przed szkołą teatralną, w liceum, w ogóle nie spodziewałem się, że mogę być aktorem. Więc kiedy już skończyłem szkołę teatralną i zrobiliśmy spektakl "Zabawa"… stwierdziłem, że skoro już tak poszło, to trzeba to kontynuować…

A. K.: Iść dalej…

R. R.: Iść dalej, nie ma co się cofać.

M. W.: Powiem więcej: rzadko który młody człowiek po szkole, po dyplomie myśli sobie, że zostanie taksówkarzem. Zdarzają się pewnie wyjątki. Ale każdy chce aktorstwem zarabiać na chleb. Przynajmniej próbują, potem czas weryfikuje…

A. K.: Ale nie da się myśleć o planie awaryjnym.

R. R.: Szkoła teatralna jest tak wąską specjalizacją zawodowo, że po niej się nie umie nic innego, tylko grać, więc jeśli człowiek się chce przebranżowić, musi iść do następnej szkoły. I to dodatkowa motywacja, żeby się jednak utrzymać w fachu.

Sz. C.: A nie było na roku ciekawszych kolegów? Jak się dobraliście?

M. W. i R. R.: Nie było!

A. K.: My byliśmy najciekawsi.

R. R.: Tak… to był przypadek. Ale najczęściej przypadki sprawiają, że potem takie przypadkowe trupy funkcjonują.

Sz. C.: Jaki macie plan na podbój aktorskiego świata?

M. W.: Aha! To my cały czas dwadzieścia lat temu jesteśmy!

R. R.: To jest myślenie drużynowe, że w kupie raźniej i że w pojedynkę możemy osiągnąć mniej niż jako grupa. Takie może niepolskie, ale myślenie o teatrze.

M. W.: Ale podbudowane pierwszymi sukcesami "Zabawy" właśnie, na festiwalach i w różnych innych miejscach świata, nie tylko w szkole teatralnej.

Sz. C.: Których wykładowców najbardziej lubicie, a którym robicie kawały?

M. W.: Opiekunem roku była pani profesor Górska…

R. R.: Tak, ale dopiero po dziesięciu latach ją doceniliśmy, już po szkole.

M. W.: Czekaj, jesteśmy dwadzieścia lat temu!

R. R.: To prawdopodobnie docenimy ją za jakieś dziesięć lat.

A. K.: Na razie robimy żarty…

R. R.: Jest wtedy Jan Englert… wtedy już nie był rektorem. Jak zaczynaliśmy, to był, ale jak kończyliśmy, to już nie. Jarosław Gajewski, który był takim spiritus movens Teatru Montownia, jego wtedy ceniliśmy…

A. K.: On właśnie podjął się opieki artystycznej nad "Zabawą".

M. W.: Zofia Kucówna, która poza nauką wiersza uczyła nas teatru przez duże T…

Sz. C.: A jak to wyglądało z Jarosławem Gajewskim? Powiedział „o, wy jesteście dobrzy, wy możecie zagrać”?

R. R.: Nie, mieliśmy do niego zaufanie. Był taką osobą, która bezinteresownie i po godzinach nam pomagała.

M. W.: Z tym, że to my przyszliśmy do niego, a nie on do nas.

R. R.: Był opiekunem artystycznym naszej… naszej…

M. W.: Trupy.

A. K.: Mimo że mieszkał daleko.

Sz. C.: Narzekacie czasami na studia?

M. W.: Na studia? Nie, chyba. Ja nie.

A. K.: Ja nie.

Sz. C.: Wszystko wam się podoba?

R. R.: Po latach będziemy narzekać na studia. Ale będąc na studiach, nie narzekamy.

Sz. C.: W takim razie co planujecie grać, kiedy już skończycie studiowanie?

R. R.: Jak najwięcej!

A. K.: Tak, dobrze powiedziane.

M. W.: I jak najróżniej.

R. R.: Jak najwięcej ról, w miarę możliwości nie zamykać się na epizodach i trzymaniu halabardy, tylko grać, jak najwięcej być na scenie. W porównaniu do piłki nożnej, żeby nie grzać ławy, tylko wychodzić w pierwszym składzie i grać przed dziewięćdziesiąt minut…

A. K.: … Bez kontuzji.

Sz. C.: Kto w studenckiej Montowni jest najważniejszy?

A. K.: Prowadzi to teraz Rafał…

R. R.: Ale dwadzieścia lat temu…

M. W.: Adam, bo on miał pierwszy komórkę!

R. R.: Na studiach jeszcze nie, ale zaraz po…

M. W.: Kupił sobie komórkę, bo wtedy były już komórki… Za tysiąc osiemset złotych. Panasonic.

A. K.: Z funkcją wibrującej baterii, jedyny na rynku, albo jeden z dwóch. Dzięki temu mogłem na planie zdjęciowym dostawać powiadomienia…

M. W.: Co wtedy nie było częste.

Sz. C.: Myślicie, że kiedyś będziecie grać poza teatrem? W reklamach, stand-upach?

R. R.: Nie, nie dopuszczaliśmy takiej myśli. To był zakon.

A. K. Kiedy byliśmy na studiach, granie w reklamach czy nawet serialach było…

R. R.: …zbrodnią.

A. K.: Tak. Nie pozwalano za bardzo w szkole.

M. W.: W reklamach i serialach grali chałturnicy. Mówiło się, że kto wziął udział w reklamie, to jest skończony dla zawodu aktora.

R. R.: Taki był czas, początek lat 90.

Sz. C.: Jaki jest sposób Montowni na podryw? Jestem aktorem, jestem z Montowni?

A. K.: Po prostu: jestem z Montowni.

M. W.: Jestem z Montowni, przypomnę tytuły.

R. R.: Wtedy nie bicepsy i nie pieniądze. Wszystko inne: humor, urok osobisty i legitymacja Akademii Teatralnej.

Sz. C.: Jak trafiliście na tekst "Zabawy"?

A. K.: Profesor Skotnicki nam to podrzucił. Polecił nam…

M. W.: Dwadzieścia lat później już niestety…

R. R.: …świętej pamięci. Ale wtedy żył! Umówmy się, że żyje…

M. W.: A być może za dwadzieścia lat nie żył będzie. Dwadzieścia lat temu żył i po naszym pierwszym sukcesie szkolnym, kiedy na drugim roku zrobiliśmy "Dziewictwo" Gombrowicza, mieliśmy pomysł, ja z Adamem, żeby zaangażować jeszcze Rafała. Chcieliśmy znaleźć coś na trzech i on nam poradził. Zapytaliśmy go wprost: panie profesorze, nie zna pan jakiegoś tekstu na trzech? A on powiedział: przeczytajcie "Zabawę".

A. K.: … na to się dobrze podrywa później.

R. R.: Uczył nas piosenki na pierwszym roku.

Sz. C.: Stworzyliście "Zabawę" i co się stało?

R. R.: Wyszło na tyle, że spodobało się i gawiedzi szkolnej, i profesorom. Pozwolono nam to grać w szkole dla publiczności warszawskiej, przychodzili na to ludzie z miasta. To było na trzecim roku, jeszcze nie graliśmy dyplomów, zanim zagraliśmy dyplomy, już zdobywaliśmy nagrody na festiwalach, na przykład na Kontrapunkcie w Szczecinie.

M. W.: Na międzynarodowych Zderzeniach, w Kłodzku.

A. K.: A bardzo krótki czas potem, byliśmy na czwartym roku, przyszło zaproszenie do Stanów. Pojechaliśmy do Ameryki…

R. R.: Tam Maciek widział pierwszy raz czarnoskórego, zachwycił się…

M. W.: I powiedziałem: Chłopaki! Ja bym chciał częściej oglądać takie cuda! Może załóżmy grupę.

A. K.: I wtedy była już Korea…

M. W.: Dalej to już poszło…

R. R.: I to upewniło nas, że w grupie siła i że działajmy razem.

Sz. C.: Zostaliście zaproszeni z "Zabawą" do repertuaru Teatru Powszechnego, prawda?

R. R.: Tak.

A. K.: Sami się wprosiliśmy.

Sz. C.: A były jakieś sugestie, że tego nie grajcie tak, to zróbcie inaczej?

R. R.: Nie, jedyną sugestią było, że to jednoaktówka, to za krótkie, że trzeba coś dopisać. I wtedy nasz idol z dzieciństwa, Stanisław Tym, specjalnie dla nas dopisał jednoaktówkę "Skarb".

A. K.: Wystawianą później z powodzeniem w więzieniach… ja to wystawiłem.

R. R.: "Zabawa. Skarb" nazywał się wieczór teatralny. Tym i Mrożek w Teatrze Powszechnym w Warszawie.

Sz. C.: Zagraliście "Zabawę", jesteśmy dwadzieścia lat temu, i co teraz?

A. K.: Mieliśmy następny pomysł.

M. W.: Następny krok: dell’arte.

R. R.: Zakładamy Teatr Montownia. I pierwszym przedstawieniem Teatru Montownia są "Szelmostwa Skapena" Moliera, dobieramy do tego czwartego osobnika, niejakiego Marcina Perchucia i w Teatrze Powszechnym to już nasz drugi spektakl.

A. K.: W niedługi czas potem przyszło kolejne zaproszenie do Stanów.

M. W.: Czyli spełniło się moje marzenie… I tam znowu zobaczyłem czarnoskórego człowieka.

Sz. C.: To był ten sam człowiek?

M. W.: Możliwe, że ten sam. I powiedziałem: widzicie, chłopcy? Jednak można!

A. K.: To był ten sam człowiek, tylko o rok starszy…

R. R.: Słuchajcie, już jest dziesięć po, a my mamy mordy pomalować szuwaksem…

rozmawiały Iza Mikrut i Anka Miozga

Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”