Artykuły

Ciała industrialne

AUTOR: Julianna Błaszczyk FOT.: Materiał organizatora
06.09.2017


9db3ebf1f7ba9395cace036d5dd29be2

Od minimalizmu do wybuchu, od ciszy po okrzyki protestujących. Zaprezentowane w ramach programu Teatr Tańca Studio dwie choreografie Anny Konjetzky - „A….b” oraz „Lightning” - to spektakle o wzajemnym oddziaływaniu. Wystawione zostały razem, jeden po drugim. Tancerze poruszający się do muzyki skonstruowanej z industrialnych dźwięko-szumów na pustej scenie tworzyli między sobą oraz między sceną a widownią napięcie, które wydaje się osią obydwu choreografii.

„A…b” to taneczna relacja pomiędzy dwojgiem ludzi, dwoma płciami. Romans, poznawanie, naśladowanie, obserwowanie. Z ruchu Karoliny Garbacik oraz Eryka Makohona można wyczytać kilka historii, jednak tym, co wysuwa się na pierwszy plan, jest wzajemność i zależność. Tancerze początkowo tańczą jeden za drugim, naśladując ruchy osoby stojącej z przodu i co jakiś czas odwracając role. Już od tego momentu, aż do końca występu zwraca uwagę dominacja mężczyzny - naśladuje ruchy mniej dokładnie i szybciej niż kobieta, tak jakby chciał je wyprzedzić. Jest bardziej dynamiczny, tańczy dłużej, a spektrum jego ruchów jest większe. Para tańczy w kilku konfiguracjach - za sobą, twarzami do siebie, wspólnie i na zmianę. Ich ruchy często są niepełne, ograniczone, nie do końca zsynchronizowanie z muzyką i ze sobą nawzajem. Jeśli traktować to jako metaforę relacji mężczyzny z kobietą, można by założyć, że jest ona nieidealna w żadnym stadium, zawsze następuje rozjechanie, niedogranie.

Taniec wyraźnie przypominał grę, przekazywanie sobie pałeczki, mówienie: „teraz ty decydujesz o tym, co się wydarzy”. Momentami wzajemne oddziaływanie aktorów dawało wrażenie obopólnej zgody na tę „zabawę”, innym razem przypominało zawody lub rytuał. Zmiany atmosfery między tancerzami szły w parze ze zmianami w muzyce, co czyniło odbiór ciekawszym, brakowało jednak elementu nieprzewidywalnego. Choreografię można nazwać oszczędną, co budziło pewien niedosyt, zwłaszcza w kontekście relacji damsko-męskiej, która nierzadko jest dynamiczna i obfituje w silne emocje.

Zainspirowane ogólnoświatowym zjawiskiem protestów „Lightning” jest znacznie ciekawsze choreograficznie, muzycznie i wizualnie. Dziewięcioro tancerzy tworzy grupę, której członkowie przekazują sobie energię, impulsy, „zapalają” siebie nawzajem. Poruszają się wszyscy w podobny sposób, jednak prawie zawsze na zmianę - podczas gdy jedni gwałtownie się zginają, inni lekko podskakują, jedni udają, że czymś rzucają, inni imitują tiki nerwowe, niekontrolowane spięcia mięśni. Ta wspólna dynamiczność, a niepełna synchroniczność jest przerywana krótkimi partiami wspólnego dla wszystkich ruchu. Masa, którą przedstawiła Anna Konjetzky sprawia wrażenie, jakby sama nie do końca nad sobą panowała. Tym, co decyduje o ruchach wszystkich jej członków jest jednak muzyka przerywana przytłumionymi okrzykami, skandowaniem i wyciem syren.

Tancerze prezentują szerokie spektrum ruchów, od zwyczajnych gestów i chodu po dziwaczne wyrzuty, od ruchów niskich, przez postawę wyprostowaną, po wyskoki. Często powtarzanym ruchem jest trzęsienie i drżenie rąk - w dole, jakby ze strachu, w górze, jakby miały zwracać czyjąś uwagę oraz w geście machania, niezdarnego pozdrowienia lub pożegnania. Poszczególne fragmenty choreografii można wyobrazić sobie jako uliczne rozruchy, jako konspiracyjne działania w piwnicy lub jako chaos, szukanie lidera i obalanie go, bunt. Niewątpliwą zaletą spektaklu, który od początku przykuwa uwagę, jest sposób oświetlania ciał tancerzy. Najpierw widoczne są tylko ich korpusy, reszta pozostaje w cieniu. W kontekście tematu choreografii sugeruje to pewną anonimowość, może bezwolność masy. W dalszej części oświetla się to stopy, to znów korpusy, to całe sylwetki, jednak wówczas światło jest na tyle słabe, że nawet z pierwszych rzędów twarze pozostają mało widoczne. Pokazują się wyraźnie dopiero w końcowej części choreografii, kiedy tancerze zamierają na chwilę z przodu sceny, a światło pozwala wyraźnie przyjrzeć się ich rysom, oczom. Jednak zaraz potem znów tańczą, prawie się nie zatrzymują. Są poza tym, co kontrolowane, spokojne, przewidywalne.

Choć „A…b” oraz „Lightning” to dwie osobne choreografie, zestawione ze sobą na scenie niejako stoją do siebie w opozycji. Obecna w obu spektaklach specyficzna muzyka, złożona z dźwięków raczej mechanicznych niż naturalnych, oddala je od tego co ludzkie, doświadczalne na co dzień. Choć przedstawiają zachowania i sytuacje obecne w świecie, muzyka i nienaturalne ruchy ukazują zarówno „A…b” jak i „Lightning” w przestrzeni niejako laboratoryjnej, hipotetycznej. Z tym, że pierwsza choreografia, nawet w takim kontekście, nie wydaje się niczego odkrywać, podczas gdy druga wywołuje niepokój i budzi myśl, że choć wszyscy poruszają się po swojemu, w grupie są prawie nierozróżnialni.

Julianna Błaszczyk - studentka Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim

A...B / LIGHTING

choreografia: Anna Konjetzky

Maszyna choreograficzna, Cricoteka

w ramach: Scena Tańca Studio

RÓBMY MIŁOŚĆ, A NIE WOJNĘ (edycja 2-4 września)