Wywiady

MAŁGORZATA GOROL

AUTOR: Grzegorz Ćwiertniewicz FOT.: Natalia Kabanow
02.11.2017


Z19248939ier malgorzata gorol w spektaklu  smierc i dziewczyna

„Muszę czuć adrenalinę…”

Grzegorz Ćwiertniewicz: Pani kariera aktorska rozpoczęła się dosyć wcześnie. Już w 2007 roku wystąpiła Pani w „Balladynie” w reżyserii Jerzego Głybina w Studium Aktorskim przy Teatrze Śląskim w Katowicach…

Małgorzata Gorol: Dużo czasu zajęło mi dostanie się do szkoły teatralnej. Szybko się na nią zdecydowałam, ale droga okazała się kręta…Do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, do której chciałam się dostać najbardziej, zdałam cztery lata po maturze…

Czy właśnie w tym studium przygotowywała się Pani do egzaminów do szkoły teatralnej?

W sumie miałam dwanaście egzaminów wstępnych. Zależało mi, by w międzyczasie mieć kontakt z teatrem, aby przygotować się do nich jak najlepiej. Dlatego poszłam do wspomnianego studium aktorskiego. Mieliśmy możliwość statystowania w spektaklach, ale również brać udział w dyplomach starszych roczników.

W 2008 roku pojawiła się Pani jako Julia w „Mateczce” Władysława Terleckiego w reżyserii Andrzeja Majczaka, przedstawieniu, które wystawiane było na deskach Teatru Śląskiego w Katowicach…

Byłam wtedy na drugim roku studium…Majczak reżyserował dyplom ówczesnego trzeciego roku. Ról było więcej niż osób, więc musiał kogoś dobrać. Przyszedł na nasze egzaminy ze scen, a następnie zaproponował udział w „Mateczce” mnie i mojemu koledze - Kubie Krawczykowi. To była fantastyczna przygoda. Okazało się, że spektakl spodobał się na tyle, że grany był jeszcze przez następny sezon, a ja już wtedy dostałam się do szkoły teatralnej. Grałam więc w Teatrze Śląskim, będąc na pierwszym roku studiów.

Kolejne pytanie może wydać się trywialne, ale w gruncie rzeczy jest bardzo istotne. Dlaczego zapragnęła Pani studiować aktorstwo?

To pytanie wcale nie jest trywialne. To pytanie jest trudne…Dość wcześnie wiedziałam, że chcę zostać aktorką. Pracowałam na to przez cały czas. W dzieciństwie trenowałam wyczynowo gimnastykę artystyczną - przez cały tydzień. Od najmłodszych lat byłam wciąż w jakimś rytmie. W momencie, kiedy przestałam, zaczęłam odczuwać ogromną pustkę. Tak - pustkę! Chciałam mieć gdzie wyładować energię, mieć jakieś inne życie poza tym właściwym, codziennym. Zaczęłam chodzić na wszystkie możliwe zajęcia dodatkowe: teatralne, capoeira, karate, plastyczne. Część z nich wyeliminowała się sama. Zostały teatralne. Od jedenastego roku życia, bez przerwy, jestem związana z różnego rodzaju tzw. działalnością teatralną.

A dlaczego zdecydowała się Pani na aktorstwo dramatyczne?

A dlaczego nie?! Zdawałam na wydział teatru tańca, na który się nie dostałam, a z wokalistami nie było sensu rywalizować. Tak poważnie - tego pragnęłam najbardziej. Uprawiając aktorstwo dramatyczne, czerpię z ciała. Cały czas kreuję się na wysportowaną aktorkę. Oczywiście ze szczyptą dystansu!

W międzyczasie występowała Pani również w przedstawieniach krakowskiej PWST. Jakie doświadczenia wyniosła Pani z przygotowywania się do uczelnianych spektakli?

Szkoła teatralna może nauczyć warsztatu, jakiegoś rzemiosła, ale raczej nie kieruje młodym człowiekiem. Zawodu aktorskiego uczymy się już po opuszczeniu murów szkoły. W szkole teatralnej nauczyłam się naprawdę wiele. Wszystko zależy jednak od pedagogów. Można mieć pecha i trafić na tych złych. Ja miałam szczęście do świetnych wykładowców. Nie pamiętam zajęć, na których marnowalibyśmy czas. Dzięki temu, że studiowałam w Krakowie, miałam kontakt z młodymi reżyserami (w PWST mieści się też wydział reżyserii). Graliśmy więc bardzo dużo, poza swoją sesją, w sesji reżyserów. Wynikały z tego bardzo ciekawe spotkania.

A którzy pedagodzy z PWST wpłynęli przede wszystkim na Pani rozwój i świadomość aktorską?

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ musiałabym przywołać bardzo wiele nazwisk, a nie chciałabym nikogo pominąć. Kiedy studiowałam już na trzecim roku i kiedy mogłam już mówić o pewnym etapie świadomości, najważniejszym pedagogiem był dla mnie Roman Gancarczyk. Robiliśmy razem „Sallingera” Koltèsa. To była praca chyba najbardziej świadoma. To jest wyjątkowy pedagog. Wspaniale rozmawiało się z nim o aktorstwie. To pedagog, który nie oceniał nas, nie mówił czy zagraliśmy dobrze, czy źle. Takiej rozmowy w ogóle nie było. Dawał nam dużo wolności! Wzięłam od niego najwięcej. Ogromne wrażenie robiły na mnie warsztaty z Krystianem Lupą.

Pierwsze sceniczne kroki stawiała Pani w Katowicach i Krakowie. Dlaczego więc nie związała się Pani z jakimś miejscowym teatrem i przyjechała do Wrocławia?

Stało się szczęśliwe! Inną rzeczą jest, czego młody aktor chce, a inną - jakie ma możliwości po skończeniu szkoły. Ja miałam i szczęście, i możliwość! Marzyłam o Teatrze Polskim we Wrocławiu. W Katowicach mam dużo znajomości i dużo miłości, więc bardzo chętnie gościnnie mogłabym tam coś zagrać. To się w ogóle nie wyklucza. Wrocławskiego Teatru Polskiego wcale aż tak dobrze nie znałam. To teatr, o którym się dużo słyszy, który się ceni. Kraków ma podobną sytuację do Wrocławia. Również dysponuje swoją uczelnią i świetnym teatrem. Na początku szkoły większość krakowskich studentów chce się dostać do Teatru Starego, a analogicznie - studenci wrocławscy chcą pracować w Teatrze Polskim. Do drugiego roku studiów marzyłam o tym, żeby dostać się do Starego, ale mniej więcej od trzeciego roku wiedziałam, że trzeba zostawić to miasto, szkołę i podążyć inną drogą. Zacząć pracować na własny rachunek.

A czy dzisiaj chciałaby Pani współpracować z Teatrem Starym, z Janem Klatą?

Oczywiście! Chętnie bym spróbowała.

Wróćmy do naszego Wrocławia. W Teatrze Polskim zaczęła Pani od razu występować u boku znakomitych aktorów: Haliny Rasiakówny, Wojciecha Ziemiańskiego, Krzesisławy Dubielówny… Jak odnalazła się Pani w tym zespole?

Muszę przyznać, że miałam dość gładkie wejście. Tak bym to określiła. Pierwszą premierą był spektakl „Mitologie”, w którym wystąpił skromny zespół. Były nas cztery kobiety, dwóch mężczyzn. W przedstawieniu występowała Janka Woźnicka - moja koleżanka ze studiów, a realizatorami byli moi przyjaciele. Pierwsze próby były bardzo stresujące. Kiedy słuchałam opowieści kolegów o tym, jak są traktowani przez zespół aktorski, włos jeżył mi się na głowie. Mnie tutaj nie spotkały żadne przykrości. Mam wielkie szczęście, że mogę pracować w tym zespole.

Prawdę mówiąc, dołączyła Pani do Teatru Polskiego, kiedy dyrektor Mieszkowski toczył bój z Urzędem Marszałkowskim, choć wypadałoby powiedzieć odwrotnie: Urząd Marszałkowski toczył bój z dyrektorem Mieszkowskim. Jak postrzegała Pani tę sytuację?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ jesteśmy świeżo po kolejnej wojnie. Tych sytuacji było już przynajmniej kilka i nie pamiętam…Już wiem! Zastanawiałam się wtedy, czy dostanę etat, bo skoro Mieszkowski ma przestać być dyrektorem, to różnie może się zadziać. To moja perspektywa. Pisałam wtedy pracę magisterską, robiłam debiut. Nałożyło się tyle rzeczy, że nie docierały do mnie te bieżące sprawy. Na początku konflikt na linii Mieszkowski - Urząd Marszałkowski mnie nie dotyczył, ale zaczął dość szybko. Pierwsza premiera z moim udziałem odbyła się w lutym 2013 roku, a więc dokładnie dwa lata temu. Na początku marca zaczęliśmy pracę z Michałem Borczuchem nad „Zachodnim wybrzeżem”. Dostałam więc możliwość wystąpienia w kolejnym spektaklu. Przeprowadziłam się do Wrocławia. Wydawało się, że wszystko świetnie się ułoży. Za chwilę okazuje się, że premiera nie dojdzie do skutku, ponieważ nie ma pieniędzy i zostaje przeniesiona na kolejny sezon, że nie gramy dotychczasowych spektakli, ponieważ trzeba ciąć budżet. Dla mnie była to sytuacja dość tragiczna! Przede wszystkim finansowa. Wynajęłam we Wrocławiu mieszkanie, a nie miałam na czynsz. Zaczęłam więc pracować w biurze nieruchomości. Takie były moje wrocławskie początki.

Nie oburzało Panią, że urzędnicy blokują działalność tak dobrego teatru?

Oburza, oburza mnie wiele rzeczy! Najbardziej oburzyła mnie sytuacja, która miała miejsce w dniu pokazu zapisu spektaklu „Golgota Picnic”. W chwili gdy przeprowadzałam od portierni moich przyjaciół, którzy chcieli wziąć udział w tym wydarzeniu, ludzie modlili się za nas przed teatrem. Na widowni była świetna atmosfera. Śmialiśmy się, słuchaliśmy koncertu. W pewnym momencie podeszłam do okna i usłyszałam, że tłum odmawia za mnie koronki. Oburzyłam się też, kiedy ludzie zbojkotowali spektakl „Do Damaszku” w reżyserii Jana Klaty, wystawiany w Teatrze Starym, i zaatakowali słownie Globisza i Segdę… Przeraża i oburza mnie również auto, które jeździ w okolicy wrocławskiego Rynku, z którego przez megafon ktoś wygłasza apokaliptyczną przepowiednię, bluźni, rzuca na nas przekleństwo…To jednocześnie obraża moje uczucia religijne!

Dotychczas wystąpiła Pani w czterech spektaklach Teatru Polskiego: w „Mitologiach” w reż. Pawła Świątka, „Zachodnim wybrzeżu. Powrocie na pustynię” w reż. Michała Borczucha, „Kronosie” w reż. Krzysztofa Garbaczewskiego i „Podróży zimowej” Pawła Miśkiewicza. Wszystkie te przedstawienia wciąż znajdują się w repertuarze teatru. Czy zdążyła się Pani zżyć jakoś szczególnie z którąś z kreowanych postaci?

Każda postać, którą musiałam stworzyć, była jakimś zadaniem do wykonania. Zadania te mogą być dla mniej bardziej lub mniej atrakcyjne. Niosą ze sobą kolejne doświadczenia. Moje dotychczasowe kreacje nie były rolami, biorąc pod uwagę znaczenie pojęcia „roli”, jakiego używało się kiedyś. „Mitologie” to była przygoda, ale i debiut. Abad Borczucha jest dość niewdzięcznym zadaniem: tu się moczę, tu się mażę. W pracy jednak staram się rezygnować ze swojego aktorskiego „ego”. Jeżeli reżyser chce, żebym mazała ręką przez trzy godziny, no to mogę tak robić. W każdym razie wciąż czekam na rolę, która będzie dla mnie tą szczególną.

Można powiedzieć, że za te wszystkie kreacje została Pani nominowana do Nagrody dla Młodych Twórców Kultury - „Warto 2015”….

Dostałam od znajomego SMS-a, w którym napisał mi, że oddał na mnie głos w plebiscycie „Warto”. Na początku myślałam, że stroi sobie żarty, ale później rzeczywiście okazało się, że zostałam do tej nagrody nominowana, razem z Bartkiem Porczykiem. Nominacja jest dla mnie wielką radością. Nie wiem czy uda się tym razem, ale chciałabym w przyszłości takie nagrody otrzymywać. Cieszę się, że są przyznawane, ponieważ motywują do działania.

W jaki sposób przygotowuje się Pani do stworzenia scenicznej postaci?

Jestem chwilę przed premierą i myślę o tym zadaniu, które mam do wykonania…Pierwsze czytanie tekstu w zespole jest dla mnie czymś magicznym, od tego momentu zaczyna się coś wydarzać, już zaczynam funkcjonować w jakimś takim trybie wyjątkowym, w którym samo się wydarza.. Zaczynam zauważać aspekty, które mogę wykorzystać przy budowaniu postaci, czerpać inspiracje z filmów. Są role, które wymagają szczególnych umiejętności. Trzeba się do nich przygotować, wypracować kondycję, nauczyć się czegoś nowego. To również bardzo lubię. Jedno jest pewne - muszę czuć adrenalinę. Kiedy stresuję się tak bardzo, że nie wiem, co się dzieje, jestem w stanie najbardziej się otworzyć.

Po premierze „Podróży zimowej” już nikt nie powinien mieć wątpliwości, że jest Pani utalentowana i że za jakiś czas stanie się fundamentalną aktorką Teatru Polskiego. Pisałem już o tym w popremierowej recenzji. Pozytywnych opinii dostała Pani zresztą sporo…

Cóż mogłabym dodać?

W „Podróży zimowej” wystąpiła Pani w „nagiej” scenie. Długo Miśkiewicz Panią do niej namawiał?

Nie. Powiedział, że zaopiekuję się mną pewien magik. Zadziałało. Paweł zobaczył kiedyś performance Ursuli Martinez „Hanky Panky”, tzw. Magic Striptease. Chciał już kiedyś tego użyć. Puścił nam to na początku pracy. Praca ta, co ważne, była przesuwana przez wiele miesięcy, więc i przekładana była premiera. Na początku września zadzwonił do mnie Paweł i powiedział, że musi trochę zdekonstruować ten spektakl i zapytał czy nie zgodziłabym się na ten performance, ponieważ zależy mu, aby jednak znalazł się on w przedstawieniu. My to widzieliśmy kilka miesięcy wcześniej, więc musiałam się nad tym zastanowić. Obejrzałam raz jeszcze i doszłam do wniosku, że to jest jednak ostre... Najpierw się zgodziłam, później ten temat znowu uciekał. Tak naprawdę zrobiłam to dopiero na drugiej próbie generalnej, ale wahałam się do samego końca…

Nie jestem przeciwnikiem nagości w teatrze, ale uważam, że eksponowanie jej na scenie powinno mieć swoje uzasadnienie…To nie może być wabik!

Co ciekawe, ja również jestem zmęczona nagością w teatrze. Raczej mnie ona nie interesuje. To zależy od reżyserów. Niektórzy uważają, że jest potrzebna.

W najbliższą sobotę będziemy mogli podziwiać Panią w najnowszym spektaklu Teatru Polskiego „Burza” w reż. Krzysztofa Garbaczewskiego. Wcieli się Pani w postać Mirandy. Jaka ona będzie?

Nie mam pojęcia! Bardzo jestem jej ciekawa. Dzisiaj na porannej próbie doszło do pewnego rodzaju dekonstrukcji. Wszyscy wyszliśmy na tę przerwę z takim wielkim pytajnikiem. Prawdopodobnie w ciągu najbliższych dni zmieni się ten spektakl o sto osiemdziesiąt stopni. Niezależnie od efektu wiem, że to jest dla mnie ważna praca. W pewnym sensie to praca nad rolą, czego dawno nie robiłam.

Jest Pani przede wszystkim aktorką teatralną. Nie myśli Pani o tym, żeby od czasu do czasu pojawić się w jakimś filmie?

Chciałabym bardzo wystąpić w jakimś filmie! Wrocław jest niestety daleko od Warszawy, a castingi odbywają się przede wszystkim w stolicy. Okazało się, że po „Burzy” dostałam skromne zadanie w „Dziadach”, za chwilę muszę zacząć pracę nad „Antygoną”…Ale jestem otwarta na filmowe propozycje, choć będę musiała pewnie sama o nie zadbać.

No właśnie, poza aktorstwem zajmuje się Pani także reżyserią i przygotowuje uczniowską „Antygonę”. Jak postrzega Pani swoją rolę w tym przedsięwzięciu?

Jestem po jednym spotkaniu z młodzieżą. Dopiero zaczynamy tę przygodę. Jestem nią podekscytowana. Mam nadzieję, że oni również. Poznałam gimnazjalistów i uważam, że są wspaniali. Chciałabym stworzyć z nimi „nie szkolne” przedstawienie. Omawiali już „Antygonę”. Uważają, że tragedia Sofoklesa jest nudna. Starałam się im powiedzieć, że wcale nie…Prowadziłam już kiedyś warsztaty z młodzieżą licealną i bardzo tę pracę lubię. Znajdę sposób i na nich!

Zapis rozmowy Grzegorza Ćwiertniewicza z byłą już dzisiaj aktorką Teatru Polskiego we Wrocławiu pochodzi z 2 lutego 2015 roku.

Zdjęcie pochodzi ze spektaklu "Śmierć i dziewczyna" w reż. Eweliny Marciniak zrealizowanego w Teatrze Polskim we Wrocławiu.

Grzegorz Ćwiertniewicz - doktor nauk humanistycznych (historia filmu i teatru polskiego po 1945 roku), polonista, wykładowca akademicki, pedagog, autor wydanej pod koniec 2015 roku biografii Krystyny Sienkiewicz - "Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko"; jego teksty można przeczytać w „Polonistyce”, „Teatrze”, „Dyrektorze Szkoły”, „Kwartalniku Edukacyjnym” i "Edukacji i Dialogu"; współpracował jako recenzent z Nową Siłą Krytyczną Instytutu Teatralnego im. Z. Raszewskiego w Warszawie, wortalami: „Dziennik Teatralny”; od 2013 recenzent wortalu „Teatr dla Was”.