Wywiady

ARLETA GODZISZEWSKA

AUTOR: Rafał Górski FOT.: Bartek Warzecha
08.12.2017


B.warzecha

Teatr to chimeryczny kochanek – nigdy się nie nudzi

O aktorstwie, teatrze i życiu poza sceną z Arletą Godziszewską – aktorką Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku – rozmawia Rafał Górski

Wychowała się pani w Jeleniej Górze. W niej się wszystko zaczęło? Jako dziewczynka chciała zostać pani aktorką, czy może były zupełnie inne plany?

Jeżeli pewien etap wychowania można zamknąć przysłowiowo do osiemnastego roku życia, to wychowałam się w Jeleniej Górze i Złotoryi. Ciepło domu rodzinnego – Jelenia Góra, a pierwsze kroki, jak mi się wtedy wydawało, do samodzielnych decyzji – Złotoryja. Faktycznie, odkąd pamiętam, chciałam zostać aktorką, aczkolwiek to marzenie przez kilka dziecięcych lat odrzucałam ze strachu. A strach był ogromny! Bo gdyby pierwsza rola kończyła się śmiercią, jak to tak? Dzieci mają szalone pomysły i ja też takie miałam.Więc zanim zrozumiałam, że film to iluzja, nie wiedziałam, co ze sobą dalej robić.

Dlaczego akurat ten zawód?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. A może nie chcę się nad tym zastanawiać. W Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, chyba studentka psychologii, przeprowadzała na nas – przyszłych aktorach – jakieś testy. Było to jej potrzebne do pracy magisterskiej. W każdym razie, wynik testów był taki, że mało kto z nas mieścił się w normach przystosowania społecznego. Może to jest odpowiedni trop?

Więc aktor to „wariat” wyróżniający się z tłumu, mający wiele pomysłów, często surrealistycznych?

„Wariat”? Zależy, co umieścić pod tym pojęciem. Jeśli pewnego rodzaju szaleństwo, to tak. Jednakże bardziej miałam na myśli rozbudowaną wrażliwość, ufność, nagość duszy, otwartość. W moim odczuciu to człowiek, którego bardzo łatwo zranić, przynajmniej na początku drogi, dopóki „tyłek” nie stwardnieje. Kiedy jest już wystarczająco twardy, nie oznacza, że jest się odpornym na kuksańce, ale człowiek potrafi te siniaki maskować.

Aktorstwo ma swoje dobre strony, które sprawiają radość, dają uznanie, ale posiada też inne oblicze. To trudna i niewdzięczna profesja, jest to często walka. Potrzeba odporności i determinacji, aby udźwignąć sporo przeszkód i nieprzyjemności, które za sobą niesie?

Jest to walka. Pewna przyjazna osoba powiedziała mi, że muszę mieć „twarde dupsko i silne łokcie”. I rzeczywiście „dupsko” od kopniaków się utwardza, ale łokcie nadal mam miękkie. Pewnie dlatego, że od zawsze uważałam, i to się nie zmieniło, iż w tym zawodzie najważniejsza jest pokora.

Wielu ludziom wydaje się, że aktorstwo to lekki zawód, zabawa, a aktor jest dorosłym dzieckiem. A przecież tak nie jest. Widz ogląda finał realizacji, ale zanim ten finał w postaci przedstawienia nastąpi, trzeba się sporo natrudzić.

Każdy zawód, jeżeli jest wymarzony i ulubiony, jest przyjemny, a przez to łatwy. To nie znaczy, że nic nie kosztuje. Wymaga sporo, ale daje satysfakcję. Raczej nie jestem dorosłym dzieckiem, tylko raz dorosłym, a raz dzieckiem. Sam proces tworzenia roli jest za każdym razem inny. Mniej czy bardziej skomplikowany. W ogromnej mierze zależy to od reżysera.

Czy wybór Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku był podyktowany zainteresowaniami, chciała zostać pani aktorem-lalkarzem? A może to zwykły przypadek?

Nie, nie był przypadkiem, raczej koniecznością i ostatnią szansą. Byłam już po roku pracy w teatrze, po roku szkolenia w studium aktorskim i po roku studiów na geologii. Akurat w tamtym czasie tutaj miałam najbliżej, a dla studenciaka z dziurawymi kieszeniami, to argument nie do odrzucenia.

Geologia? Ta nauka nie ma nic wspólnego z aktorstwem, choć sięgając do historii, Anna German też studiowała geologię, a ostatecznie wybrała artystyczną drogę.

Zbyt dużo czasu zajęłaby opowieść o geologii. Po pierwszym półroczu studiów odpadło około ośmiuset osób. Tak, był to eksperyment! Co chwila kolokwia i odsiewanie studentów. Wytrwałam i zaczęłam rozkochiwać się w paleontologii. Ze względu na niskie zainteresowanie pozostałych studentów, na drugim roku, kiedy obierało się już specjalizację, miała zostać zlikwidowana katedra paleontologii, co trochę ułatwiło mi zmianę kierunku. Oczywiście myślałam o „ciągnięciu” w Białymstoku dwóch kierunków, lecz tutaj paleontologii też nie było. Po roku dowiedziałam się, że jednak Uniwersytet Warszawski katedrę utrzymał. I serce trochę zabolało, ale tylko trochę. W każdym razie, dzięki temu rokowi na UW, zdałam część egzaminów teoretycznych do PWST w Białymstoku.

Łatwiej grać będąc schowaną za parawanem, kiedy oglądający nie widzi aktora, tylko animowane przez niego lalki?

Czy za parawanem, czy w tłumie? Nie wiem, czy odważyłabym się zawyrokować, gdzie łatwiej, a gdzie trudniej. Podziwiam aktorów–lalkarzy, którzy z taką miłością pracują nad jawajką, kukiełką, marionetką i pacynką. To nie jest wcale takie proste, to jak gra na instrumencie. Nie każdy ma do tego talent. Gdybym jednak została w teatrze lalek, zdecydowanie lgnęłabym do teatru przedmiotu. Tę formę zaszczepił we mnie mój opiekun roku profesor Piotr Damulewicz, i ta forma jest mi najbliższa.

Swoją pracę artystyczną wykonuje pani w teatrze dramatycznym, nie lalkowym.

To mi najbardziej odpowiada. Niechowanie się za niczym. Przełamywanie wszelkich bojaźni. Uwielbiam bezpośredni kontakt z widzem, aczkolwiek przy zachowaniu tak zwanej czwartej ściany. Może dlatego, że jako widz też nie chcę być zaczepiana. Chce się czuć bezpiecznie, bez konieczności wchodzenia w interakcję z aktorem. Nie znoszę, kiedy ktoś z buciorami włazi w moją intymną, bezpieczną sferę obserwatora. Dlatego niezbyt entuzjastycznie podchodzę do takich projektów.

W Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku jest pani od 2000 roku. To prawie dwie dekady. Teatr się nie nudzi?

Dwie dekady? To straszne! Nie zauważyłam, kiedy to zleciało. Czyli teatr się nie nudzi. Wyczerpuje, wysysa, ale się nie nudzi.

A scena wystarcza? Co z filmem, serialem?

Zdecydowanie nie zabiegam o film i serial. Nie mam na to czasu. Jeżeli coś trafia się na miejscu i jakaś dobra dusza zwróci mi na to uwagę, wtedy chętnie ruszam na tę przygodę. Bez „napinki” oczywiście. Zdecydowanie teatr jest mi najdroższy!

Teatr jest namiętnością?

Teatr to chimeryczny kochanek. Nieprzewidywalny. Zmienny. Ekscytujący. Wymagający. Dający krótki moment ekstazy.

W białostockim teatrze obecnie gra pani w czterech spektaklach. To dużo?

W czterech? W pięciu. W tym roku mam jeszcze przygotowane zastępstwo. I teraz wychodzi, jak słabe są moje łokcie. Może powinnam zabiegać o wklejki z nazwiskiem na plakacie albo jakieś wzmianki na stronie internetowej, ale to nie „po mojemu”. Samo spotkanie z publicznością w nowym wcieleniu jest dostateczną nagrodą. Tak, to ogromnie dużo! Maksymalny fart!

Szczególną uwagę przyciągają dwie role – Barbary Smith, żony taksówkarza–bigamisty w farsie „Mayday” Raya Cooneya w reżyserii Witolda Mazurkiewicza i Matki w „Opowieściach o zwyczajnym szaleństwie” Petra Zelenki wyreżyserowanych przez Grzegorza Chrapkiewicza. Jest pani zadowolona z tych ról? Są one ważne w pani życiu zawodowym?

Powinnam odpowiedzieć ze skrywaną kokieterią, że nie jestem do końca zadowolona, że jeszcze coś mogłam wydusić z tych postaci. Ale to kłamstwo! Jako dziewczyna z gór, niskich, ale jednak, powiem wprost – jestem cholernie zadowolona i szczęśliwa jak diabli. Kobiety u Cooneya są właściwie tłem akcji, więc możliwości są nieco okrojone. Ale Barbara Smith wymogła na mnie ogromną pracę nad sobą. To nie było oczywiste, że będę mogła się tym bawić, dopóki nie zmienię się ze stukilowego, smutnego kolosa w zdrową, sprawną kobietę. To są właśnie te wyzwania, których widz nie widzi w efekcie końcowym. Kiedy Witold Mazurkiewicz każe biegać w szpilkach, to nie ma, że boli, że nie lubię, że to nie „po arletowemu”. Kiedy mnie pyta, czy nie chcę w szpilkach, to odpowiadam: ale ty chcesz – i zakładam najwyższe, jakie mogę znaleźć. Kiedy wymaga tekstu na pamięć, wtedy zwyczajnie wkuwam, ile się da. Kiedy wyplenia ze mnie starą szkołę stania ¾, ufam, że tyłem do widowni też mogę stanąć. Kiedy sugeruje zmianę koloru włosów, cieszę się, że mam powód do zmiany. Po prostu ciągle się uczę.

Ma pani ogromny dystans do siebie, do swojego wyglądu. Tak było zawsze? A może to wymaga pracy?

Mam dystans, to prawda. Tak mnie ukształtowały różne sytuacje, zazwyczaj niezbyt miłe.

Aktor musi się zmieniać, poświęcać dla potrzeb roli. Teraz wygląda pani kwitnąco. To jest dobry czas?

O, dziękuję, to bardzo miłe. Widać jest prawda w powiedzeniu, że życie zaczyna się po czterdziestce. Jeżeli chodzi o „poświęcanie się”, to niekoniecznie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nikt mi nie może nakazać zmiany koloru włosów, o ile się na to nie zgodzę i, o ile nie będzie to rzutować na inne spektakle. Są przecież peruki. Z całą jednak pewnością nie wolno, bez uzgodnienia z dyrekcją, wprowadzać drastycznych zmian w swoim wyglądzie. Proszę sobie wyobrazić trywialną sytuację. Brunetka ma dopinane warkocze, bo gra, na przykład w „Weselu” Pannę Młodą – mówimy o klasycznej wersji – i przychodzi na spektakl prosto od fryzjera z zieloną czupryną, jak w ciągu godziny dobrać odpowiednią perukę? Albo te makijaże permanentne czy zobowiązujące tatuaże? Coś, co na życie daje charakter i urodę, w pracy aktora może być przeszkodą. Dobrze jest być „tworzywem” do wielokrotnego formowania niż gotowym „produktem”.

W obu tych sztukach ma się wrażenie, że są to role przeznaczone dla pani. Dają możliwość zaprezentowania pani umiejętności i komediowych, i dramatycznych. Gra pani całą sobą, wyraziście, jest pełna emocji, ekspresji werbalnej i ruchowo-mimicznej. Jako Barbara wyskakuje z szafy, upada na podłogę, biega w szpilkach. Dobra dykcja i prowadzenie rozmowy scenicznej, do tego charakterystyczny tembr głosu, który wydobywa się z ogromna siłą to potwierdzenie znakomitego warsztatu aktorskiego. Granie żywiołowych postaci sprawia satysfakcję?

Z tą dykcją na początku mojej drogi było tak źle, iż żaden logopeda nie chciał się podjąć nad nią pracy. Nie, to nie – pomyślałam. Wiem teraz, że nie ma rzeczy niemożliwych. Nie rozumiem i strasznie się denerwuję na swoich uczniów, kiedy mówią, że czegoś się nie da. Wszystko się da! A granie żywiołowych postaci daje ogromną satysfakcję.

Do roli w „Opowieściach o zwyczajnym szaleństwie” trudno się było przygotować? Postać Matki jest specyficzna, a utwór Zelenki niełatwy w realizacji, nie każdy aktor podoła temu wyzwaniu.

Och, Zelenka i jego "Opowieści..."! Albo inaczej – Och, Chrapkiewicz i jego Zelenka! Jeszcze do mnie nie dotarło, jak to wszystko się ułożyło, poskładało. Absolutnie nie byłam przewidziana w obsadzie tej sztuki. Reżyser przyjechał do teatru na „Balladynę”, aby spojrzeć na zespół. A co ja mam tam za rolę? Tak czy inaczej wystarczyło, żeby dołączyć do obsady, bo nie ma małych ról. Czy było trudno? To było niesamowite przeżycie. Grzegorz Chrapkiewicz jest aktorem, reżyserem i pedagogiem, więc dokładnie wiedział, w którą strunę uderzyć. Od pierwszej próby czułam się obserwowana, wspierana. Początkowo to zainteresowanie wzbudziło we mnie mały niepokój. Doświadczyłam, jak wielką moc ma dobre słowo i poczucie bezpieczeństwa. Niebywałe znaczenie miało też wsparcie kolegów, nie tylko tych z obsady. Prawdopodobnie w życiu taka sytuacja pojawia się tylko raz, o ile ma się szczęście. I ja to szczęście miałam. Wszystko tam zadziałało. Któregoś razu, przed pierwszą próbą kolejnej sceny, chcieliśmy z Łukaszem Borkowskim – młodym, zdolnym, pięknym człowiekiem o wyjątkowej wrażliwości i ogromnej pokorze – przegadać tekst. To normalna sytuacja. Chrapkiewicz przychodził nieco później, właśnie po to, by nie zaczynać od zera. Tak zaczęliśmy przegadywać, a skończyliśmy w innym świecie, w teatralnej rzeczywistości. Po prostu twórca spektaklu przyszedł, spojrzał i, choć może miał inną wizję, dał nam tę swobodę działania, którą podrasował. Czasami musiał mnie hamować i stawiać na tory, bo przecież świeżutko wyszłam z butów Barbary Smith, a farsa rządzi się innymi prawami. Czasem przeginałam w propozycjach, ale i na to miał cudowne powiedzenie: „Lepiej kijek pocieniować, niż go pogrubasić”. Mówi Pan, że nie każdy aktor podołałby temu wyzwaniu. Otóż spotkałam się jakiś czas po premierze ze stwierdzeniem – „każda mogła to zagrać”. Początkowo mnie to zasmuciło, lecz teraz miło mi, że moja postać Matki jest tak oczywista i lekka w graniu, że równie lekko się z nią identyfikować.

Chyba była to osoba bardzo „życzliwa”?

Tak, „życzliwa”, ale to jej problem.

Powiedziała pani, że nie ma małych ról. Trzeba trafić na odpowiedniego reżysera, który od razu potrafi wypatrzeć talent. Często aktor musi długo czeka na przełomową rolę. I znów wrócę do historii, tym razem do filmu. Tak było w przypadku Ewy Kasprzyk w filmie „Bellissima” oraz Krystyny Feldman w „Moim Nikiforze”. Pani rolę w „Opowieściach…” można nazwać przełomową?

Oj, to strasznie onieśmielające porównanie. Nie przyszło mi do głowy, żeby równać się z takimi artystkami. Jestem tylko małym trybikiem w wielkiej inscenizacji Grzegorza Chrapkiewicza. Gdyby nie jego wizja, gdyby nie niezwykle utalentowani partnerzy sceniczni, gdyby nie muzyka, scenografia, kostiumy, a przede wszystkim osoby, które się za tym ukrywają. Gdyby nie akustyk, gdyby nie oświetleniowiec, gdyby nie rekwizytorka, gdyby nie garderobiana, gdyby nie inspicjent i cała obsługa sceny – niewiele by z tego wyszło. To wszystko odnośnie tego konkretnego przedstawienia. Ale w całej Polsce, w wielu teatrach, ukrywają się niezwykłe perełki. Być może nigdy nie będą mogły zabłysnąć prawdziwym blaskiem. Perełki, które z uporem, szacunkiem i pokorą przyjmują prozę dnia codziennego i, z należytą starannością, wykonują aktorskie rzemiosło. Przez małą sekundę miałam szczęście doznać pewnego rodzaj zadowolenia i spełnienia zawodowego. Ale to nie znaczy, że czas już do grobu, bo nie mogę sięgnąć wyżej.

To spektakl o...?

O miłości oczywiście. O różnych jej aspektach – zaniku uczuć między ludźmi, o których zapomina się z natłoku obowiązków, sposobu życia. Przekaz sztuki jest uniwersalny, aktualny bez względu na czasy.

Kreowana przez panią postać zapada w pamięci. Pani interpretacja, wykonanie jest bardzo pozytywnie oceniane przede wszystkim przez widzów. To chyba najważniejsze?

Oczywiście, że zdanie widzów jest najważniejsze. Bo dla kogo to robię? Bardzo mnie cieszy i dodaje sił, gdy widownia jest zadowolona z moich kreacji scenicznych, ze spektakli, w którym występuję.

Przedstawienie jest dobrze wyreżyserowane, z oryginalną scenografią Wojciecha Stefaniaka i dobraną obsadą. Wszystko zagrało?

Nie znajduję niczego, co byłoby „w poprzek”, ale może jestem zbyt emocjonalnie związana z tą rzeczywistością, aby być obiektywna.

W teatrze poprzez swoje role aktor bawi i wzrusza widzów. Gdy gasną reflektory i schodzi ze sceny, co wtedy?

Gdy gasną światła reflektorów i schodzi ze sceny, to odradza się jak Feniks z popiołów. Czyli żegna się ze światem mniej czy bardziej lubianym, wraca do problemów, a może radości dnia codziennego. Czasem takie odradzanie jest bardzo trudne i odwlekane w czasie, ale trzeba to zrobić. Nie można dać się zwariować, choćby nie wiem, jak się chciało. Magii życia scenicznego nie da się przedłużyć.

Oprócz bycia aktorką, jest pani wychowawcą, instruktorem i pedagogiem, żoną oraz matką. Da się to pogodzić?

Jest dobrze. Mąż mnie rozpoznaje, a dzieci mówią „mamo”, a nie „proszę pani”. A jeszcze do tego jestem praczką, sprzątaczką, kucharką, tekściarką, karmicielką zwierząt domowych, ogrodnikiem, piernikiem, słoikiem, lubczykiem, budzikiem. Takie są kobiety. Wystarczy dobrze się zorganizować. Oczywiście czasu nie rozciągnę i nie wszystko doprowadzę do perfekcji. Zresztą wszystko można zinterpretować na własny użytek. Czyż drobnego bałaganu nie można nazwać nieładem artystycznym? A gdybym była taka przewidywalna i ułożona do granic możliwości, to zwyczajnie byłabym nudna.

Da się, nawet jeśli mąż też jest aktorem?

To prawda, mąż jest aktorem. Właśnie dlatego to rozumie i mnie wpiera.

Wychowywanie i edukowanie młodego człowieka jest piękną, a zarazem trudną czynnością. Kocha pani pracę z młodzieżą?

To jest wielka odpowiedzialność. Ale praca z młodzieżą uskrzydla. Jestem surowa i bardzo wymagająca, ale wymagam najpierw od siebie. Uwielbiam uczyć ich miłości do teatru, szacunku do sceny, odpowiedzialności za partnera. To jest edukowanie przez wychowanie i wychowanie przez edukowanie. Temat rzeka, więc może na tym poprzestanę.

Prywatnie również ma pani tyle energii, co bohaterki grane przez panią? Czy raczej Arleta Godziszewska poza sceną jest spokojna i nie tak emocjonalna?

To powinni ocenić inni. Moje wyobrażenie o mnie samej może być mylne. Ale człowiekiem bardzo słabym, wyczerpanym, pozbawionym energii raczej nie jestem.

Ma pani wymarzoną rolę, którą chciałaby zagrać?

Niedawno ktoś zadał mi to samo pytanie. Zasmuciłam się, bo odkryłam, że jakiś czas temu przestałam marzyć.

Ale kiedyś na pewno były takie marzenia? Może chciała być pani jakąś tragiczną postacią, grać tak zwane heroiny?

Chciałam zagrać coś bardzo dramatycznego, ale mój młodzieńczy zapał został ostudzony dokumentnie. Usłyszałam coś takiego: „Urodą nie grzeszysz, a z tym przydługim nosem i odstającymi uszami jesteś po prostu śmieszna”. Skoro jestem śmieszna, to będę śmieszna. Tak więc Nina Zarieczna z „Czajki” Czechowa odeszła w niebyt. Teraz już jestem do tej roli po prostu za stara. Chociaż mam nieodparte wrażenie, że ktoś dokonał sabotażu i podmienił moją metrykę. Te cyferki nie bardzo mi się zgadzają. Nie pamiętam tych wszystkich wiosen, a przecież alzheimera jeszcze nie mam. I tej wersji się trzymajmy.

Gdyby nie aktorstwo, to...?

Chodziłam różnymi drogami, ale wszystkie przyprowadzały mnie do aktorstwa. Z korzyścią dla widzów, nie wiem? Z korzyścią dla mnie? Z całą pewnością! Tak musiało być.

Arleta Godziszewska – urodzona 9 grudnia 1970 roku w Jeleniej Górze. W 1996 r. ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku, uzyskując tytuł zawodowy aktora–lalkarza. Od 2000 r. – aktorka Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku. Jest również wychowawcą, instruktorem i pedagogiem.