Artykuły

Szekspir show

AUTOR: Szymon Spichalski FOT.: Materiał organizatora
11.01.2018


4. a scene from twelfth night. phoebe fox as olivia second from right. image by marc brenner

Komedię od tragedii różni jedynie szczęśliwe zakończenie – pisał Arystoteles. Ateńska widownia wpadała w dziki śmiech w trakcie oglądania pamfletów Arystofanesa. I to mimo faktu, że autor ukazywał smutny w gruncie rzeczy obraz antycznych elit. W satyrycznych utworach Moliera widzieliśmy całą galerię skąpców i zadufanych kupców, pod których maskami ukrywali się ludzie samotni i nieszczęśliwi.

Współczesny teatr nieufnie odnosi się też do niektórych wątków w komediach Szekspira. Czy ból i pretensję po dwudziestoletnim rozstaniu między ojcem a dzieckiem w "Opowieści zimowej” można uciszyć w krótkiej scenie przebaczenia? Czy brutalne podporządkowanie sobie Shylocka lub złośnicy Katarzyny jest tylko utemperowaniem negatywnego zachowania, a może to już forma społecznej opresji?

Pod tym kątem można także odbierać "Wieczór Trzech Króli”. Historia o rozdzieleniu bliźniąt w wyniku katastrofy statku była dla autora pretekstem do efektownej gry z konwencją qui pro quo. W XX-wiecznym teatrze pojawiły się nowe metody odczytywania tekstu, wyraźnie odrywające go od oryginalnej inscenizacji. Dlatego "Wieczór…” jest obecnie interpretowany głównie w kontekście teorii gender. Struktura komedii Szekspira zdaje się aż prosić o taki klucz: zakochana w księciu Viola przebiera się za jego sługę, w którym zadurzyła się z kolei hrabianka Olivia… Jeśli dołożymy do tego fakt, że w teatrze szekspirowskim role kobiece grali młodzi chłopcy, tworzy się skomplikowana piramida.

Ta myśl stała się inspiracją spektaklu Simona Godwina. Reżyser postawił na monumentalność, w podkreśleniu której pomogła przestrzeń londyńskiego National Theatre. Na scenie w sali Oliviera (największej scenie NT, odpowiedniku naszej sali Bogusławskiego) ustawiono masywne schody zamocowane na obrotówce. Kiedy rozpętuje się burza, która rozdziela Sebastiana i Violę, konstrukcja rozdziela się na pół. Scenografia Soutry Gilmour jest bardzo funkcjonalna. Rozłożone schody mają wbudowane kolejne skrzydła, co pozwala na przenoszenie akcji do domostwa Olivii, do majątku księcia Orsino, albo do miasta w Ilirii.

Godwin pozostaje wierny literze oryginału, prowadząc akcję według dialogów i scen napisanych przez mistrza Willa. Przenosi ją jednak w czasy współczesne, co widać zwłaszcza w kostiumach zawierających w sobie elementy nowoczesnego designu, jak i elżbietańskich sukniach, płaszczach oraz krynolinach. Zmienia płeć części postaci (w tym Malvolia i Fabia). Czworokąt Orsino-Viola-Oliva-Sebastian wygrywa w cyklu dynamicznych, pełnych gagów scen.

Nastawioną na komizm konwencję najlepiej wyczuwają jednak postacie drugoplanowe. Tim McMullan jako brutalny i rubaszny zarazem Sir Tobiasz za każdym razem kradnie scenę wspólnie z towarzyszącym mu Danielem Rigby’m. Sir Andrzej tego drugiego to karykatura zniewieściałego mężczyzny, który nieudolnie próbuje naśladować pewność siebie kolegi. Znakomita jest Tamsin Greig jako Malvolia. Na początku kobieta jawi się jako niespokojna purytanka, której lękliwość wyraża się w nerwowych gestach. Po przeczytaniu sfałszowanego listu od Olivii jej cielesność staje się wręcz rozbuchana, by zostać przygaszona w finale przedstawienia. Postać, której męski odpowiednik był tylko lekko ośmieszany w wielu poprzednich inscenizacjach, tutaj zostaje wręcz upokorzona. Związana i uwięziona, po odkryciu prawdy o liście, kobieta przysięga zemstę. Symbolicznym protestem przeciwko takiemu traktowaniu jest zdjęcie przez nią peruki (świetna dramaturgia!). Happy end zyskuje dzięki temu melodię (bo nutka to za mało powiedziane!) goryczy. Zdarzają się kreacje nietrafione. Dotyczy to Doon Mackichan grającej Feste. Ekscentryczny kostium aktorki nie potrafi ukryć faktu, że jak na przemyślnego filozofa w błazeńskiej czapce za dużo w tej postaci wyczuwalnego dostojeństwa i specyficznej maniery.

Dużo tu unowocześnień, przejawiających się chociażby we wspominanych kostiumach. Ale takich detali jest więcej. W scenie urodzin księcia Orsina (Oliver Chris) mężczyzna nosi plakietkę "My big 40”, co charakteryzuje go jako dorosłego Piotrusia Pana. Scena w karczmie "Pod Słoniem” rozgrywa się tak naprawdę w klubie peep-show, gdzie pierwsze skrzypce dzierży drag queen recytująca Hamletowskie "Być albo nie być…”. Jest głośno i kolorowo; poszczególnym scenom akompaniuje raz dynamiczna, raz nastrojowa muzyka. Pomysł goni pomysł, przy czym nie wszystkie z nich okazują się trafnymi zabiegami inscenizacyjnymi. Sprawia to, że spektakl jest mimo wszystko dość nierówny. Londyński "Wieczór…” próbuje być po trochu bezpretensjonalną farsą, po części dramatem społecznym z domieszką filozofii. Udaje się głównie to pierwsze. Muzyczno-komediowe zacięcie spektaklu Godwina sprawia, że przedstawienie ogląda się z przyjemnością. Nie można jednak uciec od wrażenia, że reżyser ślizga się po powierzchni tekstu. Dramat Szekspira może być wystawiony jako uniwersalna opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, tak samo jak w przypadku "Komedii omyłek”. Dlaczego zatem ten "Wieczór…” mógłby być bardziej udany?

Wybrane zmiany w dramaturgii są wprowadzone wyłącznie dla płaskiego efektu. Bo właściwie dlaczego – mimo świetnej kreacji Greig – Malvolio ma być Malvolią? Fabio – Fabią? Błazen Feste – błazenką? Odniesienie do teorii gender ma stanowić pretekst do ustanowienia nowych relacji między postaciami, choć tekst nie daje ku temu podstaw. Jest to powielanie nieco ogranego schematu jeszcze z lat 90., który nad Wisłą przyjął m. in. Krzysztof Warlikowski (dobrze opisanego w wywiadzie-rzece "Szekspir-uzurpator”). Nadinterpretacją wydaje się też homoseksualna namiętność Antonia w stosunku do Sebastiana. Zwroty "mój przyjacielu” czy "miłuję cię” były standardowymi wyrażeniami używanymi w XVI- i XVII-wiecznej komedii, rodzajem kurtuazyjnej komunikacji wywodzącej się jeszcze z średniowiecza. Ale nie tylko o gender tu chodzi, choć twórcy wyraźnie narzucają tę interpretację, zamykając spektakl na inne znaczenia. Godwin nakłada współczesny sposób myślenia na tekst Szekspira, niepotrzebnie nawarstwiając kolejne wątki, których w rezultacie nie potrafi domknąć.

Efektowność inscenizacji National Theatre może przesłaniać takie niedociągnięcia. Odtwórcy poszczególnych ról bawią się szekspirowskimi grami słownymi, które w polskich tłumaczeniach nie zawsze bywają czytelne. Ale zarazem aktorzy nie wnikają w głąb znaczeń zapisanych w oryginale. Brakuje tutaj momentów wyciszenia, w których mogliby tego dokonać. Wyjątek stanowią sekwencje, kiedy Feste śpiewa swoje ballady. W lekką materię przedstawienia wkrada się wtedy pewna melancholia. Godwin wpadł w pułapkę, na którą dało się złapać wielu przed nim i po nim – chodzi o przerost formy nad treścią. Nawet jeśli po spektaklu w głowie pozostaje gorzki śmiech ciągnący się za odchodzącą, ponurą Malvolią.

Szymon Spichalski - teatrolog i krytyk, absolwent warszawskiego WoT-u, obecnie pracuje jako kierownik literacki w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu.

William Shakespeare (1564–1616)

Wieczór Trzech Króli, albo co chcecie

Transmisja przedstawienia z National Theatre w Londynie

Realizatorzy

Simon Godwin reżyseria

Michael Bruce muzyka

Christopher Shutt reżyseria dźwięku

Soutra Gilmour scenografia

Kev McCurdy reżyseria walk

James Farncombe światło

Alice Knight inspicjent

Shelley Maxwell ruch sceniczny

Dan Jackson kierownik muzyczny

Obsada

Adam Best, Oliver Chris, Claire Cordier, Imogen Doel, Mary Doherty, Ammar Duffus, Daniel Ezra, Phoebe Fox, Tasmin Greig, Whitney Kehinde, Emmanuel Kojo, Tamara Lawrance, Andrew Macbean, Doon Mackichan, Tim McMullan, Brad Morrison, Daniel Rigby, Imogen Slaughter, James Wallace, Niky Wardley