Wywiady

JULIA KONARSKA

AUTOR: Wiesław Kowalski FOT.: Norma Ilnicka
12.02.2018


28053396 10213885769409953 914493664 n

Mam niegasnącą chęć na więcej

Z Julią Konarską, aktorką Teatru Ateneum w Warszawie, rozmawia Wiesław Kowalski

Niebawem w Teatrze Ateneum premiera TRANS-ATLANTYKU Witolda Gombrowicza w reż. Artura Tyszkiewicza. Pojawisz się w tym spektaklu obok wielu znakomitych kolegów, m. in. Artura Barcisia, Krzysztofa Dracza, Krzysztofa Gosztyły, Przemysława Bluszcza... . Powiedz na jakim etapie pracy teraz jesteście i na czym przede wszystkim skupia się adaptacja Artura Tyszkiewicza. W jakiej roli Cię zobaczymy?

Zaczyna się przedpremierowa gorączka ostatnich przygotowań, którą uwielbiam. W tle praca nad światłem, przybijanie gwoździ, doszywanie guzików... . A co się dzieje w naszym rozumie! W inscenizacji Artura Tyszkiewicza gra dwunastu znakomitych aktorów, a w roli głównej Przemysław Bluszcz. Przez scenę przewija się korowód postaci, polskich archetypów. Miejscami przypomina to odrealnioną krakowską szopkę, w której bardzo dobrze sprawdzają się abstrakcyjno-ludowe akcenty. Moja postać ma na celu tę nierealną ludowość wprowadzać w kluczowych scenach. W przedstawieniu będzie można dostrzec różne odcienie polskości, nierzadko nasuwać się będą bardzo współczesne skojarzenia. Szukamy odpowiedzi na pytanie czy przed polskością da się uciec Nie wiem na ile mogę sobie pozwolić w uchylaniu rąbka tajemnicy, dlatego po prostu serdecznie Państwa na nadchodzące przedstawienia zapraszam.

Do Teatru Ateneum trafiłaś w 2014 roku - zaraz po skończeniu szkoły filmowej w Łodzi. Propozycja angażu przyszła od dyrektora, czy też musiałaś o to jakoś szczególnie zabiegać?

Kiedy studiowałam na trzecim roku złożyłam tak zwaną teczkę do Teatru Ateneum i miałam szczęście osobiście porozmawiać z dyrektorem Andrzejem Domalikiem. Tuż po skończeniu studiów dostałam zaproszenie na przesłuchanie do przedstawienia „Niech no tylko zakwitną jabłonie” w reż. Wojciecha Kościelniaka i dalej się już potoczyło.

Powiedz czy otrzymanie indeksu łódzkiej filmówki było spełnieniem Twoich marzeń? Jak wspominasz swój egzamin i sam pobyt w szkole? No i w ogóle skąd pomysł, by zostać aktorką? Czy już w dzieciństwie o tym myślałaś?

Moim pomaturalnym marzeniem była wówczas Akademia Teatralna w Warszawie, ale sądzę, że los bardzo dobrze sprawił, że wybrał Filmówkę. Ta legendarna uczelnia umożliwia stały kontakt z kamerą, co później bardzo się przydaje w pracy. Egzaminy wstępne wspominam bardzo dobrze, choć stres im towarzyszący wyrył niemałe dziury w pamięci. To czas nie tylko pierwszej poważnej próby przed komisją, ale i zawierania wspaniałych znajomości. Akurat w Łodzi, w moim przypadku, komisja dodała mi skrzydeł, szczególnie profesor Bronisław Wrocławski. Pomysł zostania aktorką niewątpliwie zaszczepiła mi moja droga Ciocia - Krysia Tkacz. Od dziecka jeździłam z Mamą, z Wrocławia do Warszawy, na przedstawienia, w których grała oraz jej znakomite recitale. Od dziecka też śpiewałyśmy wiele piosenek z jej repertuaru. Była to dla mnie zabawa i te dobre skojarzenia zadecydowały o wyborze ścieżki zawodowej.

A gdyby się wtedy nie udało, to jak myślisz, co byś robiła dzisiaj? W książce „Absolwenci” Jerzego Fedorowicza dowiedziałem się, że Marian Dziędziel, gdyby nie dostał się do szkoły, byłby księdzem?

Intrygujące! Z pewnością nie zamknęłabym się ani w klasztorze, ani w biurze. Wiodłabym życie artystyczne, może związałabym się z tańcem, może z gastronomią, a może z projektowaniem mody, które było moim dziecięcym marzeniem.

Jednym z Twoich dyplomów w 2013 roku był „Złesny” Agaty Dudy-Gracz. To dzisiaj jedno z najbardziej gorących nazwisk w polskim teatrze, artystka robiąca swój autorski teatr, nie oglądająca się na mody, prezentująca chyba najbardziej osobisty teatr w Polsce. Jacek Wakar przy okazji gdyńskiego „Kumernis” pisał, że dla aktorów praca z Dudą-Gracz musi być „jak rollercoaster albo skok na bungee”. Powiedz, jak Ty wspominasz to spotkanie?

Bardzo trafnie to określił. Odnoszę wrażenie, że dla Agaty nie ma rzeczy niemożliwych, a jej bujna wyobraźnia podpowiada czasem takie rozwiązania sceniczne, że albo wsiadasz na ten rollercoaster i szalejesz, albo rezygnujesz, pozbawiając się niespotykanych pewnie u innych reżyserów przeżyć. Mój rok bardzo nalegał, aby móc się z Dudą-Gracz spotkać i na szczęście się udało. „Złesny” to była jazda bez trzymanki, której tak bardzo chcieliśmy w końcu doświadczyć. Powstały dyplom stanowił kolaż posklejanych, niedobrych snów napisanych przez Agatę, bądź wielkich literatów. Nie zabrakło więc Szekspira, Czechowa czy Wyspiańskiego. Jako Rachela z „Wesela” w pewnym momencie miałam płonąć żywym ogniem. Agata bardzo chciała, żeby ku mojemu przerażeniu paliło się nakrycie głowy, ale ostatecznie z przyczyn czysto technicznych płonęły nogi. Podejrzewam, że może mi się już taka rozpalona rola nie trafić (śmiech). To było bardzo otwierające, inspirujące spotkanie i zapadające w pamięć na długo. Agata ma również świetne podejście pedagogiczne, jest kopalnią wiedzy i potrafi swoją pasją zarażać otoczenie.

Również autorski teatr proponuje Janusz Wiśniewski, z którym spotkałaś się już w Ateneum przy „Dziewicach i mężatkach” według Moliera. W jaki sposób otwierałaś się na postać Madame Rejent? Jak takie spotkania wpływają na Twoje artystyczne myślenie? Bo to w końcu jest już zupełnie inna forma teatru? Czy łatwo Ci się utożsamiać z taką wizją teatru i z jego przesłaniem?

Janusz Wiśniewski jest niesamowitą osobowością. Podobnie jak reszta zespołu bez pamięci rzuciłam się w proponowany przez niego świat. Bardzo intrygują mnie reżyserzy, którzy mają swoją ściśle zdefiniowaną estetykę i konsekwentnie uczą aktorów, jak się w niej odnaleźć. Zresztą granie formą daje dużo satysfakcji w teatrze. Postać Madame Rejent była odrobinę inspirowana Josephine Baker, bardzo ją polubiłam i może dlatego nie miałam większych trudności, żeby „wskoczyć" w jej skórę i diabelskie ramy. Przez długi czas nie mogłam również wyjść z zachwytu nad charakteryzacjami, które w teatrze Janusza Wiśniewskiego są nieodzowne i bardzo istotne. Reżyser zawsze sam sprawdzał, przed wpuszczeniem publiczności na widownię, czy aby na pewno każdy zakamarek szyi, czy dłoni, jest pomalowany białą farbą. Albowiem przywiązuje wielką wagę do najmniejszych szczegółów zarówno w kreowaniu ducha postaci, jak i jej wyglądu. I to chyba czyni jego sztukę tak widowiskową. Sama kocham w teatrze, kiedy współgrają ze sobą wszystkie elementy przedstawienia, począwszy oczywiście od poprowadzenia aktorów, skończywszy na wrażeniu estetycznym nadanym przez kostium, scenografię, charakteryzację i muzykę. Jerzy Satanowski, z którym współpracuje od lat, skomponował niesamowitą muzykę, która dopełniła wizję reżyserską

W Ateneum debiutujesz we wspomnianym już spektaklu „Niech no tylko zakwitną jabłonie” Agnieszki Osieckiej w reż. Wojciecha Kościelniaka. Za rolę Maniusi/Krysi Traktorzystki w tym przedstawieniu otrzymujesz Nagrodę im. Nardellego. Śpiew zdaje się być Twoim żywiołem, pokazujesz to w kolejnych muzycznych widowiskach, m.in. w „Róbmy swoje” czy „Kandydzie”. Masz wykształcenie muzyczne? Czy to kwestia tylko umiejętności nabytych w szkole?

Nagroda była dla mnie bardzo ważna - kiedy się o niej dowiedziałam krzyczałam z radości. Cieszyłam się, że dostrzeżono właśnie taką dziwaczną postać dziewczynki-morderczyni. Pokochałam ją od pierwszego czytania i rozmów z Wojtkiem Kościelniakiem. Za jego radą szukałam natchnienia w postaciach kreowanych w filmach Tima Burtona. To była dość wyczerpująca, niezapomniana praca, która obligowała nas aktorów do ciągłej zbiorowej pracy, również ruchowej i wokalnej. Rzeczywiście, śpiewanie daje mi dużo przyjemności. Jako dziecko uczyłam się dość długo gry na fortepianie, występowałam w zespole dziecięcym oraz, jak już wcześniej wspomniałam, wychowywały mnie piosenki Krystyny Tkacz. Przesiąknęłam miłością do muzyki już w najmłodszych latach, dlatego też bardzo zależało mi na angażu do Teatru Ateneum. Wiedziałam, że istnieje tutaj tradycja muzycznych przedstawień; od starszych kolegów aktorów słyszałam, że absolutnie kultowych. Szczególnie wielkim powodzeniem cieszyły się spektakle Pana Wojciecha Młynarskiego, Mistrza dla mnie niedoścignionego, poświęcone m.in. Hemarowi, Brelowi, Wysockiemu. Nie wspomnę już o jego recitalu... . Jakaż to musiała być gratka dla widzów, sama stałabym w kolejce po bilet kilka godzin. W marcu Teatr Ateneum organizuje tygodniowy Festiwal „Młynarski w Ateneum – Konfrontacje”, w którym oprócz repertuarowego „Róbmy swoje” będzie można posłuchać koncertów w wykonaniu rewelacyjnych artystów - muzyków i aktorów. Odbędą się również projekcje archiwalnych i legendarnych przedstawień pana Wojciecha.

We wspomnianej już książce Jerzego Fedorowicza większość odpytywanych aktorów, kończących w roku 1969 PWST w Krakowie, mówi o sobie, że są ludźmi spełnionymi. Jak Ty uważasz, co prawda z perspektywy dopiero kilku lat na scenie, czy Twój życiowy wybór był właściwy? Jak oceniasz swój kilkuletni pobyt w Ateneum? To teatr, który raczej trudno uznać za progresywny, w opinii krytyków raczej uznawany jest za teatr zdecydowanie mieszczański, stroniący od polityki czy publicystycznych treści? Teatr, gdzie publiczność od lat przychodzi przede wszystkim na aktorów.

Teatr Ateneum daje mi absolutny komfort. Mam możliwość ciągłego rozwoju, bycia w zespole z mistrzami. To miejsce spotkań z wybitnymi reżyserami i kolekcjonowania tak zwanych narzędzi aktorskich. Jest to również mój drugi dom w sensie dosłownym. Atmosfera, która w nim panuje jest niepowtarzalna. W najśmielszych snach nie przypuszczałabym, że aktorzy z tak wielkim dorobkiem mogą prywatnie okazać się tak pomocni i otwarci na młodą aktorską brać, często borykającą się z wieloma zagwozdkami na scenie. Jest u nas zielony stolik, przy którym gra się w wolnych chwilach w kości i żywo dyskutuje. Ile stamtąd wynosi się nauki!

Nie do końca mogę się zgodzić z opinią krytyków, bo choćby twórczość pana Wojciecha Młynarskiego jest bardzo aluzyjna. Na pewno ten sezon pod względem repertuarowym będzie różnorodny i każdy znajdzie dla siebie coś interesującego. Tutaj mieszają się różne gatunki - od klasyki po współczesność, od farsy po dramat. I to właśnie uwielbiam, czyli tzw. – jak mawiają aktorzy - płodozmian. Odnośnie spełnienia to wierzę, że wszystko idzie w dobrym kierunku i po prostu robię swoje.

Gdybyś miała dać dzisiaj radę tym wszystkim młodym, którzy co roku szturmują mury uczelni teatralnych, by zrobić karierę aktorską, to co byś im powiedziała?

W pierwszej kolejności powiedziałabym wszystkim młodym, szturmującym szkoły artystyczne, by - po prostu - nie rezygnowali ze swoich marzeń. Sama dostałam się do szkoły teatralnej za drugim razem, poniosłam wtedy ogromną, w moim ówczesnym mniemaniu, porażkę, ale w życiu ważny jest hart ducha i umiejętność dźwigania się z upadków. Praca nad sobą i tępienie w możliwie największym stopniu lenistwa też są bardzo ważne, ba - chyba najważniejsze. Zresztą szkoła właśnie tego uczy. Studia aktorskie są też czasem wkraczania w dorosłość, przeżywania tych radosnych chwil, i tych mniej, bo też się w końcu takie zdarzają, z pozostałymi kolegami z roku.

I jeszcze jedno. Zauważyłem, że byłaś na roku z Antonim Milancejem. Powiem jako ciekawostkę, że debiutował w „Wolności” Bartnikowskiego, będąc jeszcze uczniem bydgoskiego liceum, gdzie prowadziłem warsztaty teatralne. Dzisiaj jest aktorem Teatru Słowackiego w Krakowie. Interesujesz się tym, jak i co robią Twoi koledzy z roku? Przetrwały do dzisiaj jakieś przyjaźnie czy sympatie z tamtych lat?

Akurat tak się złożyło, że wraz ze wspomnianym przez Ciebie Antkiem Milancejem, a także Marcelem Sabatem, Konradem Korkosińskim i Magdą Drab, wynajmowałam na pierwszym roku mieszkanie. Wspieraliśmy się jak mogliśmy, początkowo przy okazji fuksówki, a później wiadomo - omawialiśmy wspólnie role, długo rozmawialiśmy o teatrze i filmach. Studia aktorskie to cztery cudowne, intensywne lata… . A później następuje rozłąka, każdy idzie w swoją stronę. Tak się złożyło, że wielu z moich kolegów trafiło do różnych teatrów parami, ja znalazłam się w Ateneum z Pauliną Gałązką, która była na moim roku. Ciężko utrzymywać nam wszystkim stały kontakt, dzieli nas wiele kilometrów, ale interesujemy się swoimi ścieżkami zawodowymi i kiedy się spotykamy jest tak, jakbyśmy widzieli się wczoraj. Ja to nazywam przyjaźnią.