Artykuły

Tonące squaty

AUTOR: Szymon Spichalski
07.02.2014


Article large

1

Czym żyje polska kultura ostatnimi czasy? Samymi hitami, proszę Państwa. Niecałe dwa tygodnie temu na ekrany kin nad Wisłą wszedł film pod jakże poetyckim tytułem Płynące wieżowce. Produkcja opowiada historię pewnego młodzieńca imieniem Kuba. I ten oto Kuba jest bardzo nieszczęśliwy, ponieważ na jednej imprezie odkrywa w sobie fizyczny pociąg do innego mężczyzny. Kuba ma żonę, którą bardzo kocha. Czy raczej ,,kocha”, bowiem nowe uczucie zajmuje go całkowicie. Oczywiście nie może liczyć na zrozumienie otoczenia. Nagle nic innego się nie liczy, nawet te parę ładnych lat spędzonych z dziewczyną. Na domiar złego Kuba kończy bardzo źle, pobity przez nietolerancyjnych dresów.

Schemat to znany z kilkunastu dzieł literackich, filmowych czy teatralnych, że wymienię Cokolwiek się zdarzy, kocham cię, Enter czy Tajemnicę Brokeback Mountain. Film pod względem tak estetycznym, jak merytorycznym jest całkowicie nieudany. Że nie wspomnę o naiwnej psychologii. Nawet obrazy Warszawy nie mają w sobie zbyt wiele poetyckości. No, ale jak to zwykle bywa w takich produkcjach, ważne że poniektórzy chłopcy i kobiety mogą ,,sobie popatrzeć” (czyt. poślinić się) do ekranu. Także i panowie hetero nacieszą oko prężącą się Martą Nieradkiewicz. Jak to trafnie ujął Andrzej Horubała - ,,dla każdego coś miłego”. Tylko że ten publicysta pisał to w odniesieniu do Kabaretu warszawskiego. Spektakl Warlikowskiego czyni wolność seksualną współrzędną do suwerenności politycznej. Brzmi znajomo? Cóż, każdy chwyt jest dobry, żeby zamaskować prymitywną chuć pojęciami ,,estetyki”, ,,sztuki zaangażowanej”. To jeszcze tolerancja czy już permisywizm?

2

A w Krakowie opadają emocje po incydencie na premierze Do Damaszku. Padło wystarczająco dużo argumentów z obu stron, dlatego pewnie nie napiszę nic nowego. Doszło (w końcu…) do debaty, w której obie strony jakby nieco rozmijają się jednak ze swoimi intencjami. Z prawej strony padają przede wszystkim zarzuty o ,,niszczenie klasyki”, tzn. przerabianie Strindberga tak, że już nie jest w jakikolwiek sposób zbliżony do oryginału, że na scenie pojawiają się obsceniczne zachowania i przekleństwa. Lewa strona odpowiada: nie rozumiecie tego teatru, on służy nowym ideom, prądom myślowym. Dochodzi zatem do rozbieżności, która rozmywa meritum dyskusji: jaki powinien być teatr narodowy (publiczny)? Zwolennicy Klaty opowiadali o całym zajściu, że było niepotrzebne. Przecież po przedstawieniu było miejsce na rozmowę. No tak, ale czy ci sami ludzie chcieli rozmawiać z publicystami ,,Dziennika Polskiego”, którzy debatę o Starym zapoczątkowali jeszcze przed casusem Do Damaszku…? No właśnie.

W międzyczasie padło parę ,,kwiatków”. Grzegorz Niziołek napisał, że:

Chciałbym też zgłosić wątpliwość, czy troska o bezpieczeństwo pracy w teatrze nie przynależy czasem do konwencjonalnego dyskursu władzy, która w ten sposób zwykła usprawiedliwiać swoje działania. Czy zerwanie twórczego procesu, odebranie zaproszonemu artyście prawa do dokończenia spektaklu jest rzeczywiście "ofiarą" konieczną? Uważam to za akt gwałtu silniejszy niż protest "widzów" na przedstawieniu "Do Damaszku". Zadaje teatrowi głębszą ranę. Nie użyję już oczywistego argumentu, że tego rodzaju decyzja wzmacnia siłę tych, którzy dopuścili się wobec teatru przemocy, a nawet stanowi zachętę do podejmowania tego rodzaju działań. Idąc bowiem tropem tej logiki, polskie uczelnie powinny wycofać się z zapraszania Zygmunta Baumana do wygłaszania wykładów, aby zapewnić bezpieczeństwo studentom i pracownikom uniwersytetów.

Ja z kolei zapytam: jakie zagrożenie stanowili protestujący w Starym? Czy ,,gwałt” na abstrakcji, jaką nomem omen jawi się sztuka, jest o wiele bardziej przerażający, niż dyskredytowanie odmiennych gustów, poglądów? Czy z kolei przemocą ze strony teatru nie jest wciąganie widzów w rozmaite interakcje (nieraz cielesne), nie jest obrażanie ich (Warlikowski obarczający widzów winą za Holokaust)? Oczywiście słowo ,,przemoc” oznacza tutaj to samo, co miał na myśli pan Niziołek. Wolno szarżować artystom, widzom już nie?

Osobną sprawą pozostaje związek konkretnych aktorów z widownią. To również świadczy o sile społecznej teatru. Jeśli pewne miejsca są kojarzone z poszczególnymi wydarzeniami, osobami (Swinarski, Globisz), to jest to jakiś rodzaj odpowiedzialności. Stąd zapewne łzy tego drugiego w reakcji na rzucane w jego stronę okrzyki. Jeśli teatr ma wyjść do ludzi, to NIE MOŻE stawać im na przekór. W momencie gdy idea staje się ważniejsza niż człowiek, zapytajmy o wartość tej idei. Teatr jest dobrem wspólnym, także pod względem finansowym. Dla niektórych NAGLE się okazuje, że teatr nie należy wyłącznie do nich. Ups, można by powiedzieć.

Last but not least: widzowie kontestujący decyzje artystyczne Klaty nie rozumieją podobno nowego teatru. Czyli bez względu na to, jakby nie byli oczytani (a debata w ,,Dzienniku polskim” dowiodła, że nie brak im erudycji), są po prostu zacofani. A w dodatku przyszywa im się łatkę ,,bojówki”. Brawo, państwo publicyści!

3

Odwołano premierę Nie-Boskiej komedii w reżyserii Olivera Frlijcia. Powód? Odeszło sporo aktorów z pierwotnej obsady, po czym sam Klata postanowił chyba nie rozogniać jeszcze sytuacji. O spektaklu zrobiło się głośno przed jego powstaniem. Miano w nim podjąć wątki antysemickie. Krasiński? Pojawia się, ale ,,szczątkowo”. Wczoraj ukazał się wywiad z młodym, chorwackim reżyserem. Zostaje przywołana postać samego Swinarskiego, na którego słynnym przedstawieniu miała opierać się najnowsza realizacja w Starym.

Anna-Maria Kaczmarska : Głównym punktem spornym w Krakowie okazała się irracjonalna świętość polskiej sceny narodowej - zarówno w publikacjach prasowych, jak i oświadczeniach aktorów, teatr Swinarskiego utożsamiono z narodowymi (nacjonalistycznymi?) wartościami. Oczywiście to sytuacja paradoksalna, bo Swinarski nie jest uznawany w historii polskiego teatru za strażnika jakichkolwiek tradycji. Przeciwnie, w swojej twórczości przekraczał normy i tradycje, a polskie mitologie narodowe traktował z głęboką ironią. W latach 60. zwrócił uwagę na to, że antysemityzm jest istotnym składnikiem polskiej tożsamości. Podobnie jak Swinarski, w "Nie-Boskiej komedii" zauważyłeś wątki antysemickie.

O. Frlijć : (…)Kiedy po raz pierwszy przeczytałem "Nie-Boską komedię", byłem zaskoczony, do jakiego stopnia jest to wprost utwór antysemicki. Wkrótce później dotarło do mnie, że to dzieło jest lekturą i dzieci co roku czytają je w szkołach. Nie mogłem pojąć, dlaczego nikt nie rozmawia z nimi o tych aspektach dramatu, dlaczego nikt nie zajmuje się ich analizą. Dla większości ludzi te treści nie stanowią problemu. Nie twierdzę, że "Nie-Boska komedia" powinna zostać usunięta z listy lektur, ale nie sądzę też, że powinniśmy pomijać kwestię antysemityzmu tylko dlatego, że dzieło napisał jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy.

Pominę milczeniem fakt, że to Chorwat ma interpretować jedno z klasycznych polskich dzieł. Nie ma zatem szans, by zrozumiał wszystkie jego konteksty i odniesienia. Z ich mnogości wybiera jeden, i to w dodatku źle zinterpretowany. Konia z rzędem temu kto wykaże, że postać Przechrzty ma być dowodem na antysemityzm. Podobnie jest z przedstawieniem Swinarskiego.

Dobrze, że Frljić rozmawia z aktorami, ale czy potrafiłby porozmawiać ze zwykłymi ludźmi? Kontestacja Chorwata ma charakter książkowy. Wątpię, żeby umiał lepiej odczytać intencje Swinarskiego niż obeznany z jego twórczością naukowiec-Polak. Co więcej, kontrowersyjność i postępowość Frljicia to nic innego jak konformizm. Nie można mu odmówić zacięcia, tego że miał chęć wczytać się w różne dokumenty. Ale to zaledwie ułamek tego, co napisano o Nie-Boskiej… W myśleniu reżysera widać przede wszystkim skłonność do ignoranckiego wręcz zawężania tematu. Widać to także w wywiadzie, gdzie postać Swinarskiego i dramat Krasińskiego tendencyjnie sprowadza się do jednego wątku.

4

Płyną te wieżowce i płyną… Ale czy to naprawdę wieżowce? Mam wrażenie, że wiele argumentów pada w próżnię własnego rozteoretyzowania. Ostatnie wydarzenia z naszego wąskiego światka kulturalnego dowodzą przede wszystkim jednego: że sztuka współczesna zamyka się w swoim ciasnym światku własnych wyobrażeń o świecie. Artyści są niczym squattersi, którzy wierzą, że nielegalnie przez nich zajmowane parę metrów kwadratowych jest całym wszechświatem. Najgorsze jest to, że tę izolację nazywają wolnością, zaś ostentacyjne trwanie w miejscu określają mianem walki. A prawdziwy świat trwa sobie tuż za murami…