Artykuły

10 lubelski Festiwal Teatrów Niewielkich czyli zachwyty i odkrycia Anny Magellanny

AUTOR: Anna Rzepa Wertmann FOT.: Anna Omes
12.07.2014


Kamila winkler

Zasadniczo trafiłam na Dolnej Panny Marii 3 przypadkiem, jak to mi się nader często przydarza. Jadąc „3” zobaczyłam na sąsiadującym z przystankiem liceum wielki baner. Coś mnie tknęło, podreptałam następnego dnia, obejrzałam program i... już wiedziałam, co zajmie mi czas i energię w tak zwanym „między tygodniu”!

Od dekady Festiwal Teatrów Niewielkich przygotowuje Fundacja Sztuki im. Brunona Schulza, przy udziale i wsparciu Wojewódzkiego Ośrodka Sztuki. Tegoroczna edycja odbywała się w dniach 5-7 lipca 2014. Duszą, siłą i wsparciem tegoż projektu jest niezmordowany i optymistyczny pan Henryk Kowalczyk – prezes zarządu Fundacji. Ze stoickim spokojem i empatią przyjął do wiadomości, że proszę o pomoc, program; pytał, był ciekaw mojego odbioru... Ten tekst w dużym sensie jest moją odpowiedzią na Jego empatię.

Monodram jest formą arcytrudną, wymagającą. Skupić na sobie i swojej opowieści uwagę widzów i słuchaczy przez mniej więcej trzy kwadranse, zahipnotyzować ich, wziąć w niewolę słowem, emocją, głosem ich serca, dusze, umysły nie jest łatwo. Potrafią to tylko ci, którym ów Boski Dar bycia „Opowiadaczami”, „Historynkami” został ofiarowany „w genach”. Przez trzy dni Festiwalu dane mi było takich pięć zachwyceń przeżyć – ale od początku...

Sobota czyli szukanie swojej tożsamości...

Dla mnie cała przygoda zaczęła się w sobotę kwadrans po czwartej po południu. Dwoje wychowanków przemyskiej teatrolożki i reżysera teatralnego, Barbary Płocicy, pochłonęło cała moją uwagę. Ladies first... Czternastoletnie dziewczę o delikatnej urodzie i wzroście ponadprzeciętnym jak na swój wiek: oto Aleksandra Bernatek. Nie grzesząc zbytnią miłością do „Alicji w Krainie Czarów” dokonała wespół z reżyserką rzeczy niełatwej: przeniosła tę niesłychanie trudną, zagmatwaną, wielowątkową fabułę na formę monodramu! Niech nikt mi nie wmawia ,że to jest klasyka literatury dziecięcej; to nigdy nie była, nie jest i nie będzie „banalna historia do popołudniowego czytania dzieciom lub z dziećmi”- toż Lewis Carroll w grobie się przewraca na taki truizm! Samo zrozumienie tego tekstu jest pracą równą brnięciu przez zawiłości Joyce’a, a przetransponowanie historii o szukaniu Sensu Samego Siebie, Swojego Wymiaru, Swojej Ścieżki...! Kluczem do tej adaptacji stał się – prócz wieku i bagażu zwanego „Dojrzewaniem” - pewien wiersz Edwarda Leara. Wyszło to wykonawczyni po mistrzowsku – już czekam na przyszłoroczny występ!

Jej dziesięć lat starszy kolega, Mateusz Kołakowski, sięgnął po historię absolutnie nieprzekładalną: „Czarno na białym” Rubena Gallego. Autor tej arcytrudnej książki - niewiele starszy ode mnie pół Wenezuelczyk, pół Hiszpan - urodził się w Moskwie, gdzie jego rodzice przybyli budować realny socjalizm.

„(...) Jego dziadkiem od strony matki był Ignacio Gallego ― generalny sekretarz Komunistycznej Partii Hiszpanii. Matka ― dziennikarka, tłumaczka Aurora Gallego, studiowała na Uniwersytecie Moskiewskim. Ruben Gallego od dzieciństwa jest sparaliżowany. Oficjalna diagnoza ― mózgowe porażenie dziecięce. Wychowywał się w domach dziecka dla inwalidów i domach starców w ZSRR. Ukończył Nowoczerkaskie Technikum Humanistyczno-Techniczne ze specjalizacją prawo i język obcy (angielski). W 2001 spotkał się z matką w Pradze, po czym pozostał w Europie Zachodniej. Dwukrotnie żonaty, ojciec dwóch córek. Obecnie mieszka w Waszyngtonie.(...)”. Tyle Wikipedia, Brittanica i parę innych źrodeł... Jednak każdy, kto zetknął się z “Czarno na białym “ zdaje sobie świetnie sprawę, że jest to narracja opowiadana z pozycji człowieka, który nie ma rąk, cierpi na postępujący zanik mięśni i porusza się czołgając się! Mało który zawodowy aktor ma determinację tak maksymalną, by podjąć się starcia z tym tekstem! Mateuszowi Kołakowskiemu, 24-letniemu studentowi “Jagiellonki”, udało się to mistrzowsko: z unieruchomionymi rękoma, z pozycji embrionalnej, w klęku, czołgając się i walcząc siłą swojego głosu z łomotem deszczułek o scenę – robił z publicznością, co chciał! Wzruszał, zaciekawiał, przerażał, rozśmieszał, intrygował – czarował Słowem i Osobowością... Nie grał ani minuty, on po prostu stał się na około godzinę Rubenem Gallego! Mistrzostwo i profesjonalizm, coraz rzadsze u zawodowych aktorów, lśniło tu pełnym blaskiem...!

Niedziela czyli miłość i śmierć jednako idą w parze...

Na oba spektakle czekałam, obu byłam ciekawa. Teksty Tadeusza Nowaka – zupełnie niesłusznie i niezasłużenie odsunięte do lamusa – czytałam w latach osiemdziesiątych dzięki Janowi Wojciechowi Krzyszczakowi, za co chwała mu i dzięki. Później wróciłam do nich na moment dzięki prozie Wiesława Myśliwskiego. Lecz niedługo (wiem to na pewno!) powrócą na prawą stronę biurka, na stos “Koniecznie przeczytać!!!!”: tym razem winnam dziękować szczecińskiej interpretatorce Alicji Czarnuszce za powrót na karty „Diabłów”. Dokonała głosem, siłą interpretacji, wyrazistością małego czarowania mojej duszy. Opowiedziana przez nią historia o niewidomej sołtysce Jadwisi, w swojej wsi zwanej Niewidką, stała się mostem pomiędzy Miłością i Śmiercią, Mrokiem i Jasnością, Brakiem i Przybyciem. „Coś Los odbiera, by dać innego coś...” - stara ludowa mądrość, o której jakże często zapominamy, zachłyśnięci nowoczesnością, postępem, sukcesem. Jak już błądzimy i „tracimy światło w tunelu”, pytać winniśmy o radę ludzi najszczerszych, najzwyczajniejszych, najlichszych. Oni władają największym skarbem – mądrością życiową, patrzą Sercem, czują i sądzą Duszą...! Mistrzostwem Galaktyki stał się fakt, iż reżyserka tego spektaklu – Krystyna Maksymowicz – pracowała z osobą słabowidzącą, co dodało końcowemu rezultatowi blasku i poloru: chapeau bas!

Półtorej godziny później, za sprawą dwóch zielonogórzanek – odtwórczyni Kamili Winkler oraz reżyserki Małgorzaty Paszkier Wojcieszonek – zostałam (tak jak reszta widowni) przetransponowana Wehikułem Słowa i Emocji w Czasie i Przestrzeni... Konkretnie w rok 1986, najpierw na Ukrainę do Czarnobyla, potem do Moskwy do Instytutu Radiologii: za sprawą tekstu „Płakać nie wolno” wedle reportażu Swietłany Aleksiejewicz „Czarnobylska Modlitwa. Kronika przyszłości”. Nakładem wydawnictwa Czarne ukazało się to cudo w maju 2012, ale nigdy nie straci na aktualności. Dopóki ludzkość będzie w celach naukowo- przemysłowo-zbrojeniowych wykorzystywać rozpad jądra atomu, nie bacząc na konsekwencje tegoż – patrząc tylko na zyski. Dopóki na tej planecie ludzie będą wierzyć w Miłość, która nie obrzydzi się ropą i ranami choroby popromiennej, a będzie silniejsza ponad Śmierć. Dopóki ludzie będą zdolni do Poświęcenia w imię Empatii, Antycypacji, Miłosierdzia, Współczucia – i przez to będą ponad Rozkaz i Polecenie Służbowe. Chociaż na jedno zadane mi ze sceny pytanie chyba nigdy nie znajdę odpowiedzi – tak samo jak Ludmiła Łucenko, bohaterka tego tekstu. Kochani Nieznani Czytelnicy, rozważcie sami: czyż można w imię Miłości chronić i dbać do końca („Do trumny samej!”) o Męża, narażając noszoną pod sercem Córkę? Czy można Kochać i nieświadomie zabić z tak wielkiej Miłości...?!

Poniedziałek czyli cena Doskonałości...

Jasnoblond słoneczna kaskada długich włosów, niezwykły jak na kobietę wzrost, uroda Anioła i Femme Fatale, ciekawy nośny głos (troszkę podobny w tonacji do młodej Laurie Anderson) – oto najkrótszy opis koszalinianki Mai Wolskiej. Młodziutka, dopiero wchodząca na arenę dorosłości, maturzystka wespół z reżyserką Ewą Czapik- Kowalewską przetworzyły na materię sceniczną teksty Erin Morgenstern z tomu "Cyrk Nocą". Zaintrygowało mnie to pod tytułem "Chodzenie po linie". Zaintrygowało, mało powiedziane, kolokwialnie określone...! Jeśli kulisy świata modelettes opowiada osiemnastolatka, która sama już się z takowym choć przez mgnienie czasu zetknęła, to brzmi to jeszcze wiarygodniej, jeszcze ostrzej, jeszcze brutalniej! Spotkanie tekstu szczerego do bólu, profesjonalnego "vogue modellingu" z disco polo oraz samo przesłanie: po prostu bomba nuklearna! Jaka jest cena Szczęścia i ile płaci się za bycie Ideałem? Czy własne zdrowie i życie są warte hiper sesji, okładek i rozkładówek „Vogue”, „Haarper’s Baazar”, „GQ”, „Elle”? Cóż jest wart blichtr i sława bycia celebrities...?!

Ostatnie słowa, ostatnie wnioski

Jestem pewna,że takie festiwale i przeglądy są co najmniej niezbędnym składnikiem kulturalnego zaczynu każdego miasta. Zwłaszcza, jeśli normalny miejski teatr - jeszcze trzy lata temu słynny doborowym zespołem, mądrymi inteligentnymi spektaklami oraz dbającym o całość Szefem Pokładu – oferuje mi i pozostałym rasowym teatromanom od dwóch i pół roku miałką komercję, niewiele wartą bawiałkę pełną zbytniej golizny i przemocy. Tedy rasowy maniak teatralny szuka pokarmu dla Duszy, Serca i Umysłu poza - na festiwalach takich jak ten organizowany przez Fundację im Bruno Schulza, w teatrach offowych, amatorskich... Wszędzie tam, gdzie jeszcze pamiętają, że teatr wymyślono po to, by rozwijał, wzbogacał, tworzył, ratował, chronił od zagłady. Człowieka od wewnątrz.

Na zdjęciu Kamila Winkler jako Ludmiła Łysenko, bohaterka monodramu "Płakać nie wolno".