Artykuły

Światowa premiera opery "SHELL SHOCK" Nicholasa Lensa

AUTOR: Iwona Karpińska FOT.: Filip Van Roe
29.10.2014


Filipvanroe shell shock q6a1606 press

BRUKSELA: „SHELL SHOCK” Nicholas Lens. Światowa premiera opery – 25.10.14 r.

W miniony weekend w Teatrze La Monnaie w Brukseli miała miejsce światowa premiera opery „SHELL SHOCK” (muzyka Nicholas Lens, libretto - Nick Cave), która została wystawiona w ramach światowych obchodów setnej rocznicy wybuchu I wojny światowej.

Obejrzałam ten spektakl z perspektywy Polski, z której pochodzę. Z kraju, w którym martyrologia jest bardzo zakorzeniona, gdzie pokazuje się wojnę od strony ofiar i przedstawia je jako bohaterów, eksponując ich poświęcenie w walce w imię wyznawanych idei i wartości: wiary, ojczyzny, dobra, sprawiedliwości, prawdy.

Na szczęście ten team – przygotowując nowe dzieło o tematyce wojennej – postawił na psychologiczną analizę negatywnego zjawiska, którym jest wojna. Bo czyż negatywne zjawisko samo w sobie może przynosić jakiekolwiek pozytywne skutki?…

Po pierwsze zachwyciło mnie libretto, na które składa się dwanaście wierszy, co daje szansę na indywidualny, osobisty jego odbiór oraz interpretację, a przez to zmusza do głębszego zastanowienia się nad jego treścią.

Nick Cave – bardzo wnikliwie dobierając słowa do każdego z nich – pokazał nam dwanaście świadectw osób, które są ofiarami wojny. Są nimi nie tylko żołnierze, którzy biorą czynny i bezpośredni udział w walce, lecz także matki, żony, dzieci oraz osoby sprawujące opiekę medyczną podczas działań wojennych – wszyscy, którzy mieli bezpośredni kontakt z fizycznymi skutkami walk, ponieważ „Shell Shock”, zespół stresowych zaburzeń pourazowych nazywanych „wstrząsem artyleryjskim ” lub „zespołem wyczerpania walką”, dotykał także osoby z najbliższego otoczenia walczących ludzi.

Autor libretta doskonale pokazał nam, że wojna zostawia ślady nie tylko te namacalne – krew, rany, poszarpane ciała, lecz także ślady, których nie możemy zobaczyć i dotknąć – poszarpane umysły, poszarpane osobowości, poszarpaną godność ludzką. Ślady, które zostają w człowieku na długo po zakończeniu działań wojennych. Zostające w tych ludziach do końca dni. I właśnie na kalectwie psychicznym, a nie fizycznym skupili się twórcy niniejszej opery. Świadczyć może o tym np. zastosowanie białej scenografii oraz czystych, bardzo starannych i kolorowych kostiumów, co było, moim zdaniem, idealnym zabiegiem inscenizacyjnym. Często gloryfikujemy bohaterów wojennych, myślimy o nich jako o ludziach silnych, idealnych; tak idealnych, jak stroje w tej realizacji, ale opera dowodzi, w jak ogromnym jesteśmy błędzie. Wspaniale pokazuje nam, że nie są to bohaterowie, ale zwykli ludzie zaciągnięci do wojska – ze swoimi lękami, słabościami i swoją bojaźnią, która nieraz cisnęła do oczu łzy, a którym tylko wmawiano, że są „bogami wojny”.

Mocne słowa czy przekleństwa w libretcie podkreślały i uwypuklały dramat ludzi – i tych, którzy zginęli, i tych, którzy przeżyli – a także wszechobecny strach przed śmiercią. Uwypuklała to również dokładnie przemyślana choreografia, muzyka (idealnie współbrzmiąca z treścią wierszy) i starannie dobrani śpiewacy: Claron McFadden, Sara Fulgoni, Gerald Thompson, Ed Lyon, Mark S. Doss.

Ascetyczna scenografia mogła przypominać białe groby żołnierzy z czasów I wojny światowej w miasteczku Ypres w Belgii. 10-letni kompozytor przyglądał im się siedząc samotnie na cmentarzu – można było odnieść wrażenie, że cała akcja opery toczy się właśnie na tym cmentarzu, a przedstawiane sceny odgrywają się w umysłach ludzi, którzy przeżyli, a którym patrzenie na te groby przywołuje niemiłe, zagnieżdżone głęboko w głowie wspomnienia (wizualizacje wojennych scen czy wijących się ciał).

Sidi Larbi Cherkaoui – choreograf i reżyser spektaklu bardzo precyzyjnie zaprojektował ruch sceniczny, dopracował wszystkie detale – widać strach, ból, rozpacz po utracie bliskiej osoby. Bardzo aktywny balet świetnie oddał stany fizyczne i psychiczne ludzi podczas walk, w momentach, kiedy byli ranni. Białe płótna doskonale wręcz symbolizowały linie frontu walki, a także były symbolem bezsilności podczas wychodzenia z urazu – człowiek bierze rozpęd, biegnie w celu wyjścia z depresyjnej sytuacji i nagle napotyka na symboliczny mur, który każe mu jakby zawrócić z drogi. Taka niemoc wyjścia z choroby. Śpiewacy oraz chór poprowadzeni byli dość statycznie, co symbolizować mogło, że mają stan depresyjny oraz trudności z chodzeniem, które są objawem stresu pourazowego.

Koen Kessels – kierownik muzyczny spektaklu – potrafił wydobyć z orkiestry to, co najlepsze, i wprawną ręką poprowadził cały zespół Teatru La Monnaie do sukcesu. Ogromne gratulacje!

Iwona Karpińska Wrocław (Poland)

.