Artykuły

Cisowa opowieść

AUTOR: Karolina Okurowska FOT.: Patryk Gryniewicz - Wrocławska Szkoła Fotografii AFA
06.03.2015


7c2782bdfc large

Dawno, dawno temu, żyła sobie dziewczynka. W ogrodzie, przy domu w którym mieszkała, rosło drzewo cisu. Właściwie był to jedynie mały krzak, jaki bardzo często rośnie w przydomowych ogródkach, ale dla małej dziewczynki był duży. Drzewo otaczała dziwna aura tajemnicy i magii. Była to jedyna roślina w ogrodzie, której owoce były trujące. Nie wolno było ich dotknąć, nie wolno było powąchać, polizać, poczuć pod językiem miękkiego chrzęstu czerwonych jagód. To było jak drzewo poznania dobra i zła – jako jedyne zakazane i najbardziej atrakcyjne zarazem. Drzewo paradoksów. Myślicie, że dziewczynka, niczym mała Ewa, uległa jego urokowi? Zakończenie jest inne. Dziewczynka nie wie, jak smakują te jagody. Może już nigdy się nie dowie. Teraz napisze recenzję ze spektaklu, który przypomniał jej o zapomnianym cisie, o przyjacielu i wrogu dzieciństwa. Symbolu sprzeczności. Symbolu świata, w którym nic nie jest jednoznaczne – naszego świata.

Wchodzimy na salę, każdy znajduje dla siebie miejsce, aktorzy już są na scenie. Klimat przyjemny, gra lekka, taneczna muzyka, wszyscy kiwają się w jej rytm, jest wesoło. Kiedy jednak popatrzy się dłużej na twarze aktorów, daje się wyczuć pewien niepokój, wie się, że ta sytuacja jest tylko chwilowa, że gdzieś za tym czai się tragedia. Światło przygasa, aktorzy ustawiają się przy mikrofonach – są potworem, tworzą jeden organizm, organizm cisu – drzewa, które wezwał Conor – główny bohater – teraz trzęsący się ze strachu po drugiej stronie sceny. Potwór jest tu, aby pomóc. Nie jest jednak miłą wróżką zębuszką, czy dobrotliwym krasnoludkiem – przeraża. Przemawia kilkoma głosami, czasem jego brzmienie jest zniekształcone (za pomocą modulatora podłączonego do pedału znajdującego się pod stopami jednego z aktorów), jest groźny, czasem bezwzględny, zawsze jednak stoi na straży sprawiedliwości. Opowie Conorowi trzy historie, w zamian za to będzie chciał usłyszeć czwartą od niego.

Podstawą dla całego spektaklu stała się zaadaptowana przez reżysera (Jarosława Tumidajskiego) powieść Patricka Nessa, napisana na prośbę i według pomysłu Siobhan Dowd – brytyjskiej, wielokrotnie nagradzanej pisarki, która nie zdążyła ukończyć jej przed śmiercią. Powieść Patrica Nessa jest adresowana do młodzieży, ale spektakl Jarosława Tumidajskiego i studentów PWST zdecydowanie przeznaczony został dla widzów dorosłych. Teatralna adaptacja wyłoniła dodatkowe sensy, wyostrzyła treść, wzmocniła przekaz.

Przedstawienie można podzielić na dwie przeplatające się płaszczyzny. Pierwsza to rozmowy Conora z cisem, a druga to sceny z życia chłopca. Pierwsza należy do świata snów i wyobrażeń – druga do realności dnia codziennego.

Conor przeżywa trudny czas - jego mama jest chora na raka, babcia go nie rozumie, ojciec ma nową rodzinę za oceanem, a koledzy ze szkoły, bynajmniej nie oszczędzają mu docinków i kpin, najlepsza przyjaciółka nie jest w stanie go pocieszyć. Ta część w całości jest pokazana w planie żywym. Zapamiętałam smutno uśmiechniętą twarz babki chłopca (Malwina Czekaj), prawdziwe łzy w jej oczach, całą gamę emocji w jednym tylko wyrazie twarzy. Wzruszyła mnie świeżość uśmiechu przyjaciółki Conora (Anna Andrzejewska), jej młodzieńczość. Rozbawił mnie amerykański akcent ojca Conora (Paweł Majchrowski ) i wygłupy jego wrogów (Adam Pietrzak i Przemysław Furdak), nieporadność dyrektora szkoły (Maciej Rabski). Wreszcie poruszyła mnie rola samego Conora (Jerzy Górski) – jego szczerość, naturalność. Jednak moje największe uznanie zdobyła Klaudia Cygoń – odtwórczyni roli chorej na raka matki Conora. Każde jej słowo i gest był przepojony ogromną wolą życia i ogromnym strachem przed jego utratą. Słabość przeplatała się z odwagą, śmiech z wewnętrznym krzykiem. Aktorzy nie mieli łatwego zadania, musieli wcielać się w postaci bardzo odległe od nich samych – starsza kobieta, dyrektor szkoły, matka i ojciec nastolatka, sam trzynastolatek, jego koledzy i koleżanka, potwór. Jednak nie potrzebowałam zmarszczek na ich twarzach, czy krótkich spodenek na nogach, żeby odczytać cechy prezentowanych przez nich postaci. Brawo!

Druga płaszczyzna to rozmowy Conora z potworem. Historie opowiadane przez potwora są przedstawione w planie lalkowym. Aktorzy animują głowę i korpus, ręce i nogi antropomorficznych lalek. W pierwszej historii używają dwóch mniejszych, identycznych lalek, Conor podchodzi i kredą rysuje znak płci postaci obrazowanej przez lalkę. W drugiej historii występują znacznie większe i bardziej efektowne lalki. Są minimalistyczne, jasnobrązowe, wykonane z materiału przypominającego drewno, nie mają oczu i ust – jedynie delikatnie zarysowane rysy twarzy. Na piersi niewielkie wgłębienie – może to serce. Każdy, najdrobniejszy ruch lalki wydaje się być naturalny, autonomiczny. Aktorzy animując lalkę stają się niewidzialni, nie muszą chować się za parawanami, żeby wytworzyć ten efekt iluzji. Użycie lalek, w historiach opowiadanych przez cis, nie jest bez znaczenia dla pierwszej – żywej płaszczyzny spektaklu. Jest taki moment, kiedy babcia Conora przytula z czułością zabandażowaną lalkę – taka małą i bezbronną; wiem, że tak samo chciałaby otulić swoją umierającą córkę – nic więcej już nie może zrobić.

Obok lalek występują także brązowe bezosobowe maski. Są środkiem przejściowym między dwoma światami – światem w głowie Conora i światem realnym. Właśnie w masce Conor wchodzi do sali szpitalnej, jego mama na powitanie daje mu gorącego buziaka odbijając na kartonie swoje czerwone usta, potem zaczyna biegać, skakać, wariować na scenie wśród białych prześcieradeł, wśród gałązek cisu, stara się przekonać Conora, że jeszcze jest nadzieja. On już chyba wie, że to nieprawda. Wiedział od początku. Właściwie nie wiadomo, czy ta rozmowa odbyła się naprawdę, czy była jedynie jego wyobrażeniem.

Przestrzeń spektaklu jest zagadką, rozwiązywaną stopniowo, ze sceny na scenę przedstawienia. Na początku widzimy korytarz szpitalny. Ściany pomalowane na biało – chirurgiczno-zielono. Na środku mała, przenośna poczekalnia, w niej ławeczki i czajnik, obok sterta prześcieradeł, na froncie sceny kilka drzewek cisu (albo innego drzewka udającego cis, który przecież jest pod ochroną i nie wolno nim rzucać). Każdy z bohaterów ma na sobie fragment odzieży ortopedycznej – ortezy, stabilizatory, opaski. Z czasem zza sterty prześcieradeł wyłaniają się lalki, z czasem drzewka opanowują przestrzeń, poczekalnia zaczyna się przemieszczać, a aktorzy pozbywają się części ubioru. Lubię scenografie Mirka Kaczmarka, często są bogate w wiele małych przedmiotów, które zawsze mają swoje zastosowanie. Lubię ten bałagan na scenie. Zwłaszcza, że nie jest to bałagan pusty – stoi za nim pomysł, odnosi się do treści spektaklu, metaforyzuje.

Muzyka w "Siedmiu minutach po północy" (Tymoteusz Witczak) jest dobrze wyważona. Nowoczesna, alternatywna, sugestywnie podkreśla klimat, grozę, ukazuje tłumione uczucia bohaterów, czasami ustępuje miejsca przejmującej ciszy, której w spektaklu jest bardzo dużo.

Przedstawienie ogląda się wspaniale; sceny poważne, wzruszające przeplatają się z zabawnymi dialogami, nierzadko pełnymi czarnego humoru. Moje wątpliwości wzbudziło jedynie zakończenie. Napięcie rośnie. Słychać głośną, ostrą muzykę, wszystko dzieje się szybko. Mama Conora zostaje ubrana w królewską suknię, zdejmuje swoją łysinę, pokazując włosy. Conor rozpaczliwie woła ją, ona krzyczy do niego, nie spotykają się jednak; Conor spycha mamę ze sceny. Jest w tym ogrom emocji. On jej potrzebuje – nie chce, żeby odeszła, ale już nie ma siły. Ta sytuacja między życiem a śmiercią przerasta go. To wszystko dzieje się tylko w głowie Conora. Czuję, że szykuje się wspaniałe zakończenie, jakieś niedopowiedzenie, jakaś krótka myśl, która pozwoli mi kontemplować spektakl przez kilka kolejnych dni. Ale niestety, jedyne co pozostaje na końcu, to scenka rodem z młodzieżowego sitcomu – kiedy rodzina po fali trudności, odnajduje nowe siły do życia. Wszyscy bohaterowie wychodzą z roli, na ich twarzach widać sielankowe uśmiechy, siedzą sobie na stercie białych szmat, słychać łąkową muzyczkę. Pada seria komunałów: nieważne co myślisz, ważne co robisz; nie wstydź się tego, że się boisz i tym podobne. Potem Conor przytula babcię, ta mówi mu, że to, co ich łączy, to miłość do jego matki. Conor przyznaje się do swoich uczuć, do strachu i słabości.

Chyba właśnie tutaj zemściło się przesłanie powieści adresowanej do trzynastolatków. Być może to jest piękne, bo tak proste, być może czasem trzeba długiej drogi, żeby dojść do prostych wniosków, może te proste wnioski nie są takie proste dla kogoś, kto cierpi, ale kiedy siedziałam na widowni nie byłam w tym momencie poruszona, co najwyżej poirytowana i nieco rozbawiona. Twórcy spektaklu założyli, że za pomocą zabiegów inscenizacyjnych przeniosą akcję powieści dla młodzieży do świata dorosłych i w przeważającej części spektaklu – to się udaje, są jednak małe przebłyski naiwności, które z ogromną siłą kumulują się w zakończeniu.

Ale to nic. Możemy przymknąć oko na słabą końcówkę. Reżyserowi należy się medal za zaadaptowanie całej powieści, stworzenie z niej spektaklu o głębokim przesłaniu, dla dojrzałych widzów. Całe przedstawienie mówi wystarczająco dużo, nie potrzebuje podsumowania, jest wspaniałe scenograficznie i muzycznie, ciekawie pomyślane, wyśmienicie zagrane.

Cis jest długowieczny, potrafi przeżyć wiele pokoleń. Najstarszy cis na świecie (Cis z Llangernyw) ma od trzech do pięciu tysięcy lat. Polski Cis Henrykowski liczy sobie już 1200 lat. Jest zielony o każdej porze roku. Jego drewno jest elastyczne, doskonale więc nadaje się do wyrobu broni – włóczni i łuków. Jego nasiona są śmiertelnie trujące, ale umiejętnie wykorzystany staje się lekiem przeciwnowotworowym. To właśnie na jego działanie liczył Conor. Nie zawiódł się. Cis przyszedł do niego – siedem minut po północy. Przyszedł trzy razy niczym duchy z „Wigilijnej opowieści”. Opowiedział trzy historie - każda z nich kończyła się nietypowo, nie czarno-biało, nie baśniowo, nie dobrze, nie źle, tylko tak jak życie; życie, w którym szczęście zawsze wlecze za sobą cień, a smutek zawsze odbija światło.

SIEDEM MINUT PO PÓŁNOCY

Spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Lalkarskiego PWST w roku akademickim 2014/2015

Tytuł oryginalny: A Monster Calls Autor tekstu: Patrick Ness Według pomysłu: Siobhan Dowd Autor przekładu: Marcin Kiszela

Adaptacja tekstu i reżyseria: Jarosław Tumidajski

Asystent reżysera: Klaudia Cygoń (PWST)

Scenografia, video: Mirek Kaczmarek

Asystent scenografa: Agnieszka Aleksiejczuk (ASP)

Muzyka: Tymoteusz Witczak (AMuz)

Występują: Anna Andrzejewska, Klaudia Cygoń, Malwina Czekaj, Przemysław Furdak, Jerzy Górski, Paweł Majchrowski, Adam Pietrzak, Maciej Rabski