Artykuły

Poznańskie Metafory Rzeczywistości 2015

AUTOR: Ewelina Szczepanik FOT.: Teatr Polski w Poznaniu
06.09.2015


Metafory 2015 iks

Pierwszy strzał – i pudło

Pierwsze w tym roku wydarzenie na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu – tradycyjne już czytanie performatywne dramatów zakwalifikowanych do finału konkursu dramaturgicznego „Metafory rzeczywistości”. Sam konkurs to inicjatywa cenna i w kraju rzadka, brakuje bowiem nam okazji, by mogli wykazać się dramaturdzy niekoniecznie współpracujący z zawodowymi teatrami i modnymi reżyserami. Wątpliwość może budzić jedynie poziom i temat prezentowanych tekstów. Skąd ten niepokój? Spośród stu sześćdziesięciu nadesłanych tekstów wybrano na przykład „Zapalam świecę, nasłuchuję” Marka Branda – długi dramat, dosyć rozbudowany i oparty o skomplikowaną na pozór historię. Chodzi bowiem o to samo, co zwykle – miłość, wojnę, wybory i Żydów.

Proszę nie zrozumieć mnie źle, jestem świadoma zawiłości historii Polski i stosunków polsko-żydowskich. Wiem, że temat powraca co jakiś czas, na przykład w kontekście rocznicy Jedwabnego albo filmów odnoszących się do relacji między tymi narodami. W takiej sytuacji jednak tylko pierwsze diagnozy uderzają trafnością, kolejne zwykle są tautologią. Innymi słowy – temat mielony po wielokroć nie zrobi wrażenia, chyba że sięgnie po niezwykle oryginalne środki wyrazu artystycznego albo odwoła się do emocji nieobecnych wcześniej w dyskursie. A tekst Branda, niestety, nie spełnia żadnego z tych warunków.

Otrzymujemy bowiem historię Kaszubki związanej emocjonalnie z Żydem i ukrywającej go całą wojnę. Pomysł, by akcję umieścić akurat na Kaszubach, wydaje się być dosyć nowatorskim, ale ostatecznie w toku tekstu miejsce nie ma znaczenia, równie dobrze mogłaby to być wielkopolska albo mazowiecka wieś. Tym samym jedyny oryginalny trop zostaje zarzucony, sprowadzony wyłącznie do roli sztafażu.

Sama opowieść uderza banalnością. Są dobrzy Niemcy i źli Niemcy, jest miłość wystawiona na próbę, jest konfident kolaborujący z Gestapo, jest głód i wódka. Napięcie dramatyczne, rozlokowane nieco chaotycznie, jest nieustannie niwelowane przez język, którym posługują się bohaterowie. Bywa on bowiem rażąco banalny, jak gdyby wycięty z telenoweli. Brakuje w tym nie tylko realizmu (dominuje raczej przerysowanie, chyba zresztą nieświadome), ale nawet zróżnicowania niezbędnego dla wyodrębnienia indywidualności na scenie.

Ten brak ogólnej, sensownej koncepcji tekstu, zamazanie klarowności i kompletną odtwórczość wyraźnie odczuli twórcy czytania. Reżyser, Krzysztof Rekowski, na początku wyjaśnia, że odczytanie całości zajęłoby ponad trzy godziny, co stawia pod znakiem zapytania celowość przedsięwzięcia. Na konferencji prasowej dał zresztą do zrozumienia, że dramatu nie ceni, a temat specjalnie go nie interesuje – właśnie dlatego, że został zbanalizowany. Aktorzy przyjmują konwencję serialową, pozostając tym samym w schemacie fabularnym i językowym narzuconym przez dramaturga. Sceny, rozwleczone czasem niemiłosiernie, zapośredniczono obrazem z kamery – kolejny dowód braku pomysłu inscenizacyjnego. Nie dziwi mnie to jednak, trudno bowiem przekonująco i kreatywnie zaprezentować coś, co nie broni się na poziomie tekstu, jest tylko ciągiem realistycznych scen z określonym tłem historycznym. Być może „Zapalam świecę...” sprawdziłoby się – po szeregu modyfikacji – jako scenariusz filmowy. W teatrze uderza jednak wszystkimi słabościami.

I znowu szkoda, że finalista „Metafor” zawodzi, zwłaszcza po bardzo słabej ubiegłorocznej edycji. Od jednego z trzech tekstów, wyłonionych spośród wielu, teatroman ma prawo oczekiwać znacznie więcej. Trudno bowiem uwierzyć, by krajowa dramaturgia była aż tak słaba...

Łatwo wyśmiać, trudniej nawiązać dialog

Główną cechą demokracji nie jest tylko pluralizm, ale szanowanie cudzych wyborów. Jesteś wierzący lub nie, jesz mięso albo je odrzucasz, głosujesz na lewicę, czy wolisz prawicę – sztuką jest, byś nie obrażał kogoś, kto postępuje odwrotnie, ale wysłuchał jego racji, nawet jeśli się z nimi nie zgadzasz. Liczne przykłady z polskiego życia politycznego pokazują wszak, że Polakom bardzo trudno pogodzić się z tym, że wszyscy nie jesteśmy identyczni.

Podobnie teatr. Polscy twórcy znaleźli dla siebie kilka kręgów tematycznych, kilka wizji społeczno-politycznych, których trzymają się czasem nazbyt kurczowo. Nie chodzi o wyrazistość poglądów, każdy ma prawo sądzić, co chce, gwarantuje je konstytucja. Chodzi o to, że często ataki artystyczne są bezrefleksyjne i przy tym arbitralne, tak jakby ich autorzy mieli monopol na wiedzę i prawdę. Gwoli sprawiedliwości, takie sytuacje zdarzają się w każdej opcji politycznej i światopoglądowej, za każdym razem jednakowo szkodzą dziełu. Skąd te uwagi? Ano stąd, że „Ścielę wieczne łoże” Marka Otwinowskiego, tekst zakwalifikowany do finału konkursu „Metafory Rzeczywistości”, wybiera sobie cel łatwy, wali w niego namiętnie, a jednak niecelnie, na dodatek nie prowadzi do żadnej głębokiej konkluzji.

Formalnie jest to raczej słuchowisko, mamy bowiem do czynienia z audycją radiową, do której dzwonią słuchacze i zwierzają się z problemów oraz dają "świadectwa wiary". Aluzja do Radia Maryja jest aż nazbyt oczywista. I stąd moja pierwsza wątpliwość – łatwo bowiem atakować medium krytykowane przez inne media, zwłaszcza lewicowe. Owszem, ta stacja radiowa jest często kontrowersyjna w swoim upolitycznieniu, ale Otwinowski gęby nadużywa, wyśmiewa nie poczynania polityczne ojca Rydzyka i zbliżonych do niego kręgów, a zwykłych słuchaczy, ludzi wierzących, często starszych i schorowanych, dla których radio to nie tyle upolityczniona wizja świata, co wspólne odmawianie koronki, możliwość podzielenia się problemem, pewna forma rytualizacji dnia codziennego. Przekonać się może o tym każdy, kto włączy Radio Maryja w środku nocy i posłucha starszych pań proszących o modlitwę za pijących zięciów, ciężko chorych mężów i wnuków mających problemy z nauką.

Piszę to, choć moje prywatne poglądy bardzo daleko odbiegają od tak zwanych moherów, jak złośliwie się ich określa. A dlaczego? Skoro Otwinowski chce pokazać manipulację medialną, dlaczego obrał sobie taki łatwy, niejako oczywisty cel? Czy nie wie, że nie ma mediów obiektywnych, że wszystkie mniej lub bardziej manipulują, różnią się tylko retoryką, którą stosują? Od nas zależy tylko wybór, do którego języka nam bliżej. Jeden dzwoni do Radia Maryja, inny pisze list do Wyborczej...

Na dodatek natrętnie powraca skojarzenie z „Hejt Radio” Mai Kleczewskiej. To słuchowisko, zrealizowane dla Radia Kraków, przypominało zupełnie normalną audycję radiową, z tym że sięgało po język pełen nienawiści i negatywny dobór faktów po to, by rozbudzać nienawiść (do muzułmanów, Żydów, ateistów...). Przed premierą Kleczewska tłumaczyła, że manipulacje medialne – konkretniej: radiowe – doprowadziły między innymi do ludobójstwa w Rwandzie; tam miesiącami na antenie budowano nienawiść do ludu Tutsi. O ile jednak Kleczewska wybrała strategię niemal idealnego naśladowania po to, by wyolbrzymić i tym samym skłonić do refleksji, o tyle Otwinowski sięga do ośmieszania – z rozmaitym skutkiem.

Komiczna bywa bowiem kwiecista metaforyka biblijna, stanowiąca mieszankę cytatów z Biblii oraz stylizacji biblijnej, jakby wyjętej z repertuaru piosenek pielgrzymkowych. Prowadzący audycję brat Marek to gaduła, jest skupiony na sobie, lubuje się w sztampach językowych. A jednak ma w sobie jakąś charyzmę – choć być może to tylko charyzma jego pracodawcy – która przyciąga słuchaczy mimo nocnej pory.

Pierwsza telefonuje pani Anna z Czastar i w niewybrednych słowach opowiada, że w miejscu jej domu ma powstać powiatowy zbiornik retencyjny. Pomstuje na starostę, radę powiatu i nie wiadomo kogo jeszcze – brat utwierdza ją w przekonaniu, że jej protest jest słuszny (choć raczej sam niezbyt w to wierzy) i sugeruje samospalenie. Wątek ten będzie powracać i później, mając szansę na stanie się leitmotivem – szansa ta niestety nie została wyzyskana. W ten sposób tekst traci swą spójność, staje się chaotycznym zapisem nigdy nie poprowadzonej audycji, rezygnuje z ewentualnego ładunku krytycznego czy ironicznego.

Kolejny rozmówca, Edmund z Rudaśla (nawiązanie do Rudy Śląskiej aż nazbyt oczywiste) chce pomodlić się za sąsiadów, u których dzieje się coś dziwnego, tajemniczego. I znów brat namawia – tym razem do obojętności, do spojrzenia na ich problemy jako na swój własny krzyż.

Potem dzwoni Janusz z Zatocza, znad morza. Jest wstrząśnięty gwałtem na młodej mieszkance miasteczka. I znów brat kieruje rozmową tak, by zasiać w rozmówcy ziarno wątpliwości, czy to aby nie ona sama jest winna przestępstwu, którego ofiarą padła.

Wreszcie na koniec – Wanda z Zagórza, szukająca w sobie odwagi, by skrytykować rodziców. I w trakcie jej opowieści, okupionej swoistą histerią, brat odbiera telefony innych słuchaczy, je banana, robi znudzone miny...

Tych czterech rozmówców to tylko figury, które mają pokazać domniemane grzechy kleru: obojętność, ignorancję, butę, egoizm. Tropy te jednak niezbyt się ze sobą kleją, co rusz rozbrajane są komizmem słownym. W efekcie nie bardzo wiadomo, o co chodzi. Aby się pośmiać? Aby pocieszyć się, że jesteśmy mądrzejsi? Aby skrytykować?

Zastanawia mnie, dlaczego ten tekst znalazł się w finale. Nie jest bowiem oryginalny formalnie. Niczego nie metaforyzuje ani tym bardziej nie sili się na oryginalne wnioski, odkrywcze interpretacje. Na domiar złego jego inscenizacja, autorstwa Iwo Vedrala, charakteryzuje się brakiem spójnego pomysłu. Postaci usadzone w losowych miejscach sceny, z centralnie posadowionym bratem Markiem, sięgają znów po przerysowanie swoich postaci. Przez pierwszy kwadrans to nawet śmieszne, potem publiczność jest jakby znużona. Między aktorami porusza się osoba, manipulująca kamerą, rozstawionymi tu i ówdzie telewizorami, ilustrującymi szum medialny i fragmentaryczność medialnego świata. Interesujący to pomysł, ale wyraźnie pozostający bez bezpośredniego związku z tekstem czy poprowadzeniem pozostałych postaci.

Reakcja publiczności na koniec pokazuje jednak, że lubimy ostre i łatwe diagnozy, że szyderstwo nam wystarcza – taką mamy demokrację, że łatwiej dowalić, niż szczerze pogadać. Skoro „Ścielę wieczne łoże” znalazło się w finale, to wnioskuję, że jurorom konkursu taki stan rzeczy też odpowiada. Czy powinnam być wobec tego tak bardzo zdziwiona i zasmucona...?

Puste, że aż brzęczy

Trzeci i ostatni finalista poznańskich Metafor Rzeczywistości miał szansę nieco odczarować ten konkurs i ożywić ciąg przeciętnych prezentacji. Była to jednak - niestety - okazja zmarnowana. "Posypka (Nie przejdziemy do historii)" Tomasza Walesiaka okazała się bowiem być tekstem tak pustym, że aż wstyd.

Sytuacja dramatyczna zawiązuje się między wieczną studentką Ewą, a jej współlokatorką i przyjaciółką Sandrą. Dziewczęta, lat dwadzieściakilka, wikłają się w typowej (rzekomo) dla młodych ludzi beznadziei. Brak pieniędzy, brak partnera, brak sensownej pracy, brak perspektyw - który to już raz otrzymujemy podobny obraz życia współczesnych dwudziestolatków? Propozycja Walesiaka nie jest na tym tle specjalnie oryginalna. Ot, kilkanaście banalnych fraz okraszonych solidną dawką przekleństw.

W mniej więcej połowie tego banału o niczym pojawia się On - gwałciciel. Ta postać też jest niczym więcej, jak sztampą, sklejką jakichś filmowych wyobrażeń o przestępcy z doniesieniami,zwykle jakże prozaicznymi, lokalnych gazet. Wprowadzenie nowej postaci otwiera możliwość zmiany kierunku, języka, ubarwienia jałowej papki, ale nie - oto Sandra, wiedziona afektem i chęcią obrony Ewy,zabija nieszczęśnika.

Skoro już mamy morderstwo, można by zdryfować w stronę czarnej komedii, może lekkiego kryminału. A skąd! Ewa i Sandra dalej dywagują o niczym w charakterystyczny, pretensjonalny sposób. Całość ciągnie się jak flaki, napięcie rośnie i opada w niczym niekontrolowany sposób, a wejście Adama - metroseksualnego kochanka Ewy i zarazem jej wykładowcy - rozwala tę i tak niechlujną konstrukcję dramatyczną do reszty.

Od tego momentu jest już tylko gorzej - zamiast akcji, bohaterowie prowadzą chaotyczne dialogi (czy raczej monologi - odpowiedzi nie pasują do siebie) naszpikowane przekleństwami, zażywają przy tym solidne dawki narkotyków, ale nawet stan upojenia czy po zażyciu nie usprawiedliwia takiego bałaganu. Może to ma ilustrować nieporządek w głowach bohaterów? Nawet jeśli, to efekt wygląda na całkowicie przypadkowy, bezzasadny, wreszcie - ogłupiający.

Całość bowiem pod wszystkimi względami jest koszmarnie pusta. Bez treści, bez polotu, bez finezji, bez cienia oryginalności.Gdyby jeszcze mówić o owym niczym w jakiś wymyślny sposób... A tutaj język też kuleje, obfituje tylko w przekleństwa, choć pretenduje do tego,by odwzorowywać język młodych. Walesiak nie ma jednak takiego słuchu i nerwu dramatycznego jak Dorota Masłowska, dlatego też "Posypka" brzmi od pierwszego do ostatniego słowa sztucznie, nieraz tandetnie, przesadnie pretensjonalnie.

Po raz trzeci podczas pokazów zadałam sobie pytanie, dlaczego akurat ten tekst znalazł się w finale. Co w nim jest tak odkrywczego, metaforycznego, niezwykłego, że sobie na to zasłużył? Według mnie absolutnie nic, ot, totalna grafomania. Jurorzy prezentowali natomiast odmienne zdanie, uhonorowali bowiem Walesiaka (ex aequo z Otwinowskim) nagrodą główną.

Być może to ostatnie Metafory Rzeczywistości w takim kształcie. Nikt nie neguje, że konkurs jest ważny, daje bowiem szansę dramaturgom spoza światka teatralnego i niezwiązanym z redakcją "Dialogu". Od dwóch edycji obserwujemy jednak gwałtowne obniżenie pułapu finałowych tekstów. Nie wiem, czy należy to wiązać z wyborami jury, czy z obniżeniem poziomu dramaturgii w ogóle, szkodzi to jednak Metaforom i organizatorowi. Mierzenie się ze słabym (lub przynajmniej przeciętnym tekstem) nie jest bowiem nijak rozwijające artystycznie. Być może przydałaby się zmiana składu jurorskiego lub po prostu jego poszerzenie, może zmiana formuły konkursu. Na pewno kolejna taka edycja, równie przeciętna artystycznie, dobije cały prestiż konkursu.

ZAPALAM ŚWIECĘ, NASŁUCHUJĘ

Marek Brand

opieka reżyserska: Krzysztof Rekowski

obsada: Agnieszka Findysz, Barbara Krasińska, Kinga Suchan (gościnnie), Mariusz Adamski, Przemysław Chojęta, Michał Kaleta, Wojciech Kalwat, Piotr Kaźmierczak, Jakub Papuga, Paweł Siwiak

ŚCIELĘ WIECZNE ŁOŻE

Marek Otwinowski

opieka reżyserska: Iwo Vedral

obsada: Ewa Szumska, Teresa Kwiatkowska, Michał Kaleta, Wojciech Kalwat, Jakub Papuga

POSYPKA (nie przejdziemy do historii)

Tomasz Walesiak

opieka reżyserska: Julia Mark

obsada: Anna Sandowicz, Marcela Stańko, Mariusz Adamski, Piotr B. Dąbrowski