POZA TEATREM (A jak nie, to co?)

NANA GRINSZTEJN i ANASTASIJA PATŁAJ

POZA TEATREM (A jak nie, to co?)

(sztuka dokumentalna)

Tłumaczenie: Robert Sknadaj

OSOBY:

Masza SUROWA – Marija Surowa

Katia STROGOWA – Jekatierina Strogowa

Nargis ABDUŁŁAJEWA – Nargis Abdułłąjewa

Sasza TOPURIJA – Aleksander Topurija

Lena LEMIESZKO – Jelena Lemieszko

Nastia DIENISOWA – Anastasija Dienisowa

Kostia KOŻEWNIKOW – Konstantin Kożewnikow

Jest to spektakl świadków. Treść sztuki stanowią autentyczne wywiady z artystami, którzy odgrywają role samych siebie.

LENA Lemieszko Jelena Michajłowna, Studio Teatralne przy Moskiewskim Akademickim Teatrze Artystycznym.

SASZA Topurija Aleksandr, Studio Teatralne przy Moskiewskim Akademickim Teatrze Artystycznym, Akademia Teatralna im. Szczepkina, Gruzińska Państwowa Szkoła Teatralna im. Szota Rustawelego.

NASTIA Anastasija Dienisowa, Rosyjska Akademia Sztuki Teatralnej – Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej.

MASZA Marija Suworowa, Wszechrosyjski Państwowy Instytut Kinematografii KATIA Jekatierina Strogowa, Rosyjska Akademia Sztuki Teatralnej – Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej.

NARGIS Nargis Abdułłajewa, Studio Teatralne przy Teatrze Marka Weila „Ilchom”, Taszkient. KOSTIA Konstantin Kożewnikow, Permski Instytut Kultury i Sztuki.

NASTIA Więc położyłam się do szpitala. Byłam całkiem zadowolona – dostałam miejsce, byłam sama na sali. Następnego dnia przyszła moja lekarka prowadząca. Bardzo miła kobitka, po twarzy widać, że młoda, ale taka przy kości. I podchodzi do wszystkiego troszkę sarkastycznie. (pokazuje) Więc przychodzi do mnie, siada o tu, na łóżeczku, i mówi: „Słuchaj, to ja postanowiłam cię wziąć!”. (pauza, śmieje się) Teraz myślę, że to było chyba takie psychologiczne posunięcie! Pojęła, że jestem aktorką, nie? I z jakiej strony można do mnie podejść… Znalazła na mnie sposób, po prostu trafiła w dziesiątkę. Zrobiła tak, bym czuła odpowiedzialność za to, że tu jestem. Natychmiast to zadziałało – raz i już! Bo to pewien rodzaj odpowiedzialności. Bo to ciebie właśnie wybrano. No i mówi dalej: „A więc tak, będę cię leczyć, ale od początku musisz wiedzieć, że nie będzie łatwo. Twojego stanu nie da polepszyć wyłącznie za pomocą samych tabletek. Musisz się zmienić, odmienić styl życia itd. itd.… A ja się postaram ci pomóc”.

W tym szpitalu były różne oddziały. Byliśmy najgorszymi świrami, z atakami paniki. To był taki poważny oddział. Były też takie zwykłe… jak klinika nerwic. Tam leżały (z melancholią) kobiety w niedoli, o ciężkim losie, wiecznie płaczące… Mnie na oddziale było dobrze, bo… byłam tam jak na scenie… Siedzieliśmy w palarni, bo była tam taka nieduża, z niewielką kanapą, i opowiadałam wszystkim jakieś historie – o swoim życiu, o twórczości… No bo ludzi, którzy nie są twojego fachu, bardzo ciekawi, jak wygląda to, a jak tamto. Miałam przy sobie telefon, stary taki, Nokię, na niego akurat przegrałam jedyną playlistę moich piosenek. Więc oni: „No, jeszcze puść, jeszcze!”. Byłam tam gwiazdą, prawdziwą artystką… Przez te tabletki z każdym dniem puchłam coraz bardziej, ale i tak byłam gwiazdą. (śmieje się)

KOSTIA Pod koniec roku poszedłem z Wanią do Centrum Doradztwa Zawodowego w Wierieszczaginie, po tym całym wierieszczagińskim błocie. A tam testy komputerowe. Już wcześniej podjąłem decyzję, że zostanę geografem. Mówią mi: „Proszę wypełnić testy”. Były tam takie pytania, jak na przykład: „Co wolisz – grać na scenie czy naprawiać rower?”. Oczywiście, że fajniej jest grać na scenie, niż reperować rower. Kiedy wypełniłem te testy, dostałem odpowiedź: „Masz twórczą osobowość”. Że powinienem zostać muzykiem, artystą, no takie tam. A w głowie mam – jak to, pracować jako artysta?! Co to ma być? To niemożliwe, nie do przyjęcia. Taki, cholera, jestem. Jeszcze w szkole wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądać moje życie: zostanę geografem. Nie wiedziałem, czy będę pić, czy nie; ani jak będę radził sobie z kobietami – pojęcia nie miałem przez ten mój charakterem. Ale wiedziałem, że będę miał takie szare życie, że aż kurwica strzela. A oto mówią mi, że pasuję na artystę, aktora. I myślę sobie, że przecież nie mogę, ot tak, sobie pójść i zdawać na aktorstwo, spalę się ze wstydu. Trzeba będzie robić z siebie pajaca. No i pojechałem sam jeden do Permu, ale trafiłem nie tam, gdzie trzeba, zapisałem się do animatorów imprez masowych. Powiedzieli mi, że na aktorów nie biorą, za to reżyserzy – „wilka nogi karmią”, no i tak dalej… I myślę sobie, że skoro strach obleciał, znaczy, trzeba spróbować zdać. Nie warto ufać uczuciom. Zacząłem więc walczyć ze swoją nieśmiałością, bo rozumiałem, że to ona będzie dla mnie największą przeszkodą. No i zacząłem twórczo spóźniać się na lekcje. I bardzo, bardzo się bałem. Ugadywałem swojego kumpla, mówię: „Zaraz się spóźnię”. Przychodzę po pięciu minutach i mówię: (piskliwie) „Przepraszam najmocniej, więcej to się nie powtórzy”. I cała klasa w śmiech. A czasem wchodziłem, udając głos Jelcyna. A kiedyś specjalnie wszedłem do innej klasy, udając, że niby się nie wyspałem. Wchodzę i wszyscy dawaj rechotać. I trwało to, aż pewnego razu, wcieliwszy się w Jelcyna, wkroczyłem do naszej wychowawczyni, a ta nie zrozumiała żartu, i koledzy nie zrozumieli, i wtedy nasze dziewczyny powiedziały mi: „Kostia, nie rób tak więcej, prosimy cię. Koniec z tym”. Więc nadal kontynuowałem geograficzną ścieżkę; dopiero potem stwierdziłem, że nie, że jednak stąd wyjeżdżam.

NARGIS Od dziecka wiedziałam: albo prawo, albo scena. No i kończę wreszcie osiemnastkę. Dostałam wtedy na urodziny od kolegi z ławki, z którym czasem wymienialiśmy się klasówkami, wycinek z gazety. I była tam taka informacja: „Studio Teatralne Ilchom ogłasza nabór na płatne studia”. No i mimo, że klepałam biedę, pojechałam tam. Na miejscu poszłam do Ilchomu, stoję sobie za rogiem, cała stremowana, aż idzie jakiś koleś – goła klata, niebieska koszula, niebieskie tipsy, na głowie rudoczerwona bandana, a wszyscy: „Ooo!!! Fradettiiii!!!”. A ja stoję sobie za rogiem, cała na czarno i patrzę na to, a ten idzie w moim kierunku. Myślę sobie: o Jezu, (śmieje się) ale lipa, koszmar! I oni wszyscy zlatują sie na niego tacy – mua, mua… (cmoka ustami) I myślę sobie: błeee, ohyda, mdli mnie na sam widok. A oni go zgarnęli i całą kupą gdzieś polecieli. Myślę sobie: dobra, a ja to co? A co ze mną? Miałam na sobie jakąś obciachową długą spódnicę. Poleciałam do domu, do wujka, przebrałam się, tam mi sąsiadki z Bekabadu pooddawały różne śmieszne spódniczki – krepowe, z takimi wielkimi, paskudnymi fioletowo-niebieskimi różami. Cała taka – fff, i ta bluzka – fff, i te bufki jeszcze. No i idę taka. A wcześniej nie chodziłam na obcasach – pożyczyłam od mamy, takie z ołowianymi flekami, a w Ilchomie na podłodze – same marmury. No więc pytają się: „Czyja teraz kolej? Kto następny?”. Nikt nie odzywa się. No dobra, to ja pójdę. Więc mówię wtedy: „Ja”. (śmieje się) No i idę, i wystukuję tymi obcasami: tok-tok, tok-tok… Cała czarna, jakby brudna. I wszyscy się śmieją – no z tego mojego wystukiwania. Idę sobie, biała krepa i taka czarna plama pod nim – ja. Wstałam i zaczęłam – „Luuudzieee! Lwyyy! Orły i kuropatki!”. Dostałam płytę od belferki z rosyjskiego, która powiedziała: „Osłuchaj się ze sposobem mówienia, by się tam potem nie ośmieszyć”. No to ja z tej płyty – nie pamiętam, kto tam recytował, Doronina czy ktoś inny – zerżnęłam wszystko słowo w słowo. A ci siedzą i dławią się ze śmiechu. Przerywają mi w środku monologu, po prostu nie dają rady już tego słuchać. I mówią: „Dziękujemy, wystarczy”. Mark też tam był. A gdy Mark wszedł, jeszcze sobie pomyślałam: gdzie mnie diabli ponieśli, co za durny pomysł?!… Ale nie mogę inaczej, chcę być aktorką. Nie mam innego wyjścia – już tutaj jestem, nie mogę się wycofać! A Mark miał włosy zrobione na biało i nie tyle szedł, co frunął. No i zaczął omawiać błędy. Pyta się: „Kto recytował monolog Niny Zariecznej? Od kogo się pani nauczyła? Pani tego recytować nie będzie. Proszę sobie przypomnieć coś innego. Ma pani na to jeszcze czas”. A ja na to: „Jak to nie będę? Dlaczego nie będę? Będę, jak najbardziej!”. On do mnie: „Nie, nie będzie pani”. A ja: „Kim pan jest? Proszę mi powiedzieć, kim pan jest, by mówić mi, co mam recytować, a czego nie?! Co panu nie odpowiada w tym monologu?”. A on: „Już odpowiadam. Jestem Mark Weil. Jestem kierownikiem artystycznym tego teatru. I to ja tutaj dowodzę, kochanieńka”. A ja mu na to: „No i co z tego? A ja jestem Nargis Abdułłajewa z Bekabadu”. On odpowiada: „Nie będzie pani tego czytała. To nie jest monolog Niny Zariecznej. To monolog bohaterki ze sztuki Trieplewa, granej przez Ninę Zarieczną. Jeżeli chce pani wygłosić monolog Niny Zariecznej – proszę poczytać Czechowa i się przygotować, a nie kopiować to, co usłyszała pani na płycie”. Więc stoję sobie i myślę: kurwa, skąd on o tym wie? (śmieje się)

LENA Czasem się zastanawiam: po co dwójce takich kompletnie wypranych z emocji ludzi – ojcu mrukowi oraz matce, która męczyła mnie swoją pieprzoną dyscypliną, takie emocjonalne dziecko? Ojciec zawsze się gniewał, gdy tylko go pytałam: „Tato, kochasz mnie?”. Dostawał szczękościsku i odpowiadał: „Po co pytasz? Nie widać, czy jak?”. Ja na to: „Mnie trzeba mówić, bo ja nie widzę. Chcę to usłyszeć”. Jak to sie stało? Czemu mnie poniosło w inną stronę? Bym, kurwa, do reszty zbzikowała? No i na kogo oni mnie chcieli wychować? Wyrosłam na kompletną sierotę, która nie jest w stanie z niczym sobie poradzić. Umiem tylko udawać przez pewien czas, że też jestem człowiekiem. Dla ciebie mogę udać, że jestem aktorką, jeśli zechcesz, a dla swojego chłopaka mogę udać kobietę. Mogę nawet kilka dni udawać, że całkiem spoko ze mnie laska. A tak naprawdę jestem jakąś potworną, patologicznie niezaradną i niezdolną do poradzenia sobie ze swoimi problemami konstrukcją. Czarną rzeką. Bo koniec końców Czarna rzeka ma zawsze silniejszy prąd.

KATIA Zaczęłam studia w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej i jednocześnie pracowałam. Pracowałam w poważnej firmie, największej w Rosji, która zajmowała się sprzedażą towarów luksusowych. Czyli po prostu przedmiotów kategorii „Lux”. Prowadziłam sprzedaż najdroższej biżuterii na świecie – brylantów od Tiffany’ego, Graffa, Choparda, Bulgari. Żeby każdy zrozumiał skalę mojej działalności, przytoczę tylko jeden przykład. Kiedy tylko mnie zatrudniono, dosłownie następnego dnia, do sklepu przyszedł klient i przeprowadziłam transakcję na sumę jednego miliona dolarów amerykańskich. Byłam w szoku. No i, co oczywiste, zwolnienie się z tej firmy było dla mnie całkowicie niemożliwe. A to dlatego, że pod koniec każdego miesiąca otrzymywałam w kopercie niesamowicie sympatyczną wypłatę. Nasi klienci bardzo nas rozpieszczali, zostawiając napiwki po kilka tysięcy dolarów, ponadto firma przyznawała nam regularne premie, dosłownie co kwartał. I przyznam się szczerze, że poziom, na którym wtedy żyłam, miał dla mnie wielkie znaczenie. Nawet nie wyobrażałam sobie zmian, to byłby dla mnie cios.

No i zaczął się mój pierwszy dzień w instytucie. Poważnie podeszłam do sprawy. Byłam umówiona na dziewiątą rano w salonie urody „Jacques Dessange” z francuskim stylistą Stefanem na zrobienie fryzury. Stefan zakręcił mi niesamowite loki. No więc, już ze zrobionymi lokami, manicurem i makijażem, wystroiłam się – obcisłe spodnie z nowej kolekcji Dolce&Gabbana, bardzo elegancka jedwabna bluzka z falbankami, buty na piętnastocentymetrowym obcasie. I taka doświadczona wsiadłam do czerwonego Peugeota 206 i zajechałam pod uczelnię. Przyjechałam tam koło południa, na drugie zajęcia, ruch sceniczny, a pierwsze, sztukę aktorską, opuściłam, bo byłam w salonie. No więc, wychodzę z auta jak ta gwiazda kina, serce mało z piersi nie wyskoczy, ręce się trzęsą, ale tego nie pokazuje, i cała spocona, lekkim krokiem modelki wchodzę do budynku, szukam sali, otwieram uroczyście drzwi i… widzę tam kolegów z roku, każdego w czarnym trykocie, spoconych, z uduchowioną koncentracją na twarzach zajętych czołganiem się po podłodze, ot tak, całym ciałem, o, w taki sposób, wykręcają się, jak mogą. Jeden udaje gąsienicę, a drugi – falę morską! A ja stoję w progu i myślę: cholera jasna, co ja tu robię? I, szczerze mówiąc, chciałam już chyłkiem się stąd wynieść, ale nagle zagrzmiał głos nauczyciela ruchu scenicznego, który mnie zauważył i powiedział: „Strogowa! No nareszcie! Wchodź!”. Cóż, musiałam wejść. Na sztywnych nogach, ze sztucznym uśmiechem na twarzy weszłam do sali… I nie miałam w co się przebrać. Ech… uznałam, że odwrotu nie ma, wyszłam, na scenę, stanęłam z boku, na końcu szeregu i zaczęłam powtarzać za sąsiadem udawanie fali. Udawałam i czułam się okropnie, bo kompletnie nie rozumiałam, czy to ja czasem nie zbzikowałam i to nie jest miejsce dla mnie, czy to wokół są same dziwaki. Zdumiał mnie fakt, że dorośli ludzie mogą żyć zupełnie bez pieniędzy i codziennie udawać falę! I o dziwo wszyscy byli bardzo utalentowani, wszystko umieli, byli rozciągnięci, potrafili robić przewroty, gwiazdy, byli w stanie wymyślać gimnastyczne etiudy w parach! A ja nie potrafiłam wymyślać takich etiud w parach, więc zawsze musiałam szukać sobie kogoś do pary. Był to prawdziwy koszmar.

KOSTIA Po ukończeniu czwartego roku studiów zostałem akwizytorem – no tym, co sprzedaje czajniki po mieszkaniach. Cała idea polega na tym, że sam musisz szukać klienta. Pracujesz, pracujesz, no i przebijesz się. Pewnego razu przychodzisz i słyszysz: „Co to robisz? Czego szukasz? Poszedł w cholerę!”. A potem znów przychodzisz. I zaczynasz się podobać ludziom. Pokrążyłem tak miesiąc, miałem już tego dość, zbrzydło mi, bo to ciężka robota. Pieniędzy jakichś większych nie zarobiłem, ale potem zrozumiałem, że można z tego wyciągnąć naukę. Na czwartym roku studiów zrozumiałem, że trzeba po prostu pracować, choćby było nie wiem jak strasznie. I ruszyłem do przodu, do przodu, do przodu… Przygotowaliśmy etiudę sceniczną „Dwadzieścia minut z aniołem”. Wziąłem najgorszego artystę na roku i dzięki jakiejś tam energii coś nam nawet poszło. Potem zmuszałem kolesia, by pracował nad Buninem. I ja też niby zachęcałem go: „No, robimy, robimy, jakoś nam teraz w tym teatrze idzie”. Nawet zacząłem brać lekcje śpiewu. W akademiku poznałem dziewczynę, rozkochałem ją, to dopiero dało kopa. No więc pracujemy, ale cudów nie ma. Zimą na ferie pojechałem po raz pierwszy do Moskwy. Obejrzałem Jewgienija Mironowa w „Numerze trzynastym”, to było o siódmej, a o dziewiątej – „Plastelinę” w reżyserii Sieriebriennikowa. Zobaczyłem artystę, zobaczyłem inny teatr. Wrażenia miałem – niczego sobie. Prawdziwy odlot!

Wróciłem i trzeba było robić ten fragment. Spodobało mi się, jak grał Mironow, że można to robić z taką lekkością. I nagle na próbie generalnej dostałem kopa. Wymyśliliśmy fragment – rozdwojenie, rozdwojony świat w moich oczach – dwa papierosy, dwa okna. Zaczęliśmy, nie wyszło, zapomnieliśmy, spróbowaliśmy raz jeszcze, to się stało śmieszne, wszystko zeszło na psy. I czuję już, że zaczynam odlatywać. Taki odlot, jak to opisywał Michaił Czechow. Aż czuję, że mogę kruszyć ściany, wrzeszczeć i wszystko będzie jak należy. Takie to było uczucie. No i ten zachwyt. Przez pozostałe półtora roku dawałem radę czerpać z tego satysfakcję.

MASZA Wkręciłam się w to podczas pracy, kiedy zaczęliśmy wspólnie wystawiać. On zawsze mówił, że jestem najbardziej utalentowaną dziewczyną na roku. To właśnie podbijało jego ego jeszcze bardziej, że „zmusił do pracy nie jakąś tam kobietę, ale najbardziej utalentowaną i piękną”. No, ale przecież sama się zgodziłam. Sama zaproponowałam i sama się zgodziłam.

Wtedy już od półtora roku byliśmy w męczącym trójkącie. Nie mogłam odejść od męża, bo takiego, jak on, trudno było zostawić. Wciąż usiłował zrobić wszystko, by mnie przekonać, że to droga donikąd, w przepaść. Wiedział o moim romansie. Robił dla mnie wszystko, wybaczał mi. A ja miałam jakieś zaćmienie, że nie dostrzegałam już nic. Byłam jak byk, przed którym pomachano czerwoną płachtą – biegłam ku przepaści i nie myślałam już o niczym. Nie dostrzegałam nic z tych dobrych rzeczy, które mnie otaczały – ni dostatku, nic. Ciągnęło mnie do tego człowieka, nie zważając na nic. Tego nie dało sie opanować. Pamiętam, że mogłam przesiedzieć na krześle w ten sposób przez godzinę, patrzeć przez okno, w mrok. Wpadałam w takie stany przez cały miesiąc – siadałam i zafascynowana patrzyłam, jak zmierzcha.

Jako aktorka i reżyser uzupełnialiśmy się nawzajem, i fajnie nam razem szło. W jakiś sposób staliśmy się dla siebie natchnieniem. Ale pewnego razu powiedział mi: „To będzie zbyt proste”. Ja pytam: „Co, niby, proste?”. Nawet nie zrozumiałam od razu. „No, to będzie zbyt proste. Masz męża, majątek. Jest także utalentowany reżyser, który cię sfilmuje, da rolę na scenie. Nieźle się urządziłaś, nie?”.

I nagle mnie oświeciło, że coś trzeba robić, jakoś rozciąć ten węzeł. Przez to, całkowicie zaskakując samą siebie, myślę: a co, jeżeli nie będę aktorką, teraz odejdę od męża i zamieszkamy razem. On na to: „Oczywiście, dokładnie tak zrobimy. I jeszcze urodź mi dziecko”. Więc się ochrzciłam, od razu zaszłam w ciążę, po roku urodziłam, ocierając się o śmierć. Ale to taka tam drobnostka. W moim życiu rozpoczął się nowy rozdział.

KOSTIA Miałem jedną gwiazdorską rolę. „Raz, dwa, trzy, cztery, pięć” Bartieniewa – sztuka o tchórzliwym zającu, który bał się wszystkiego, a potem ze strachu, że wiewiórka poczuje się gorzej, wydarł się na wilka. Wpadł w furię i przestraszył wilka. Ta rola bardzo mi się spodobała. Wiedziałem, o czym to może być. Linia roli, wokal – jest tam czym grać. Przez czterdzieści-pięćdziesiąt minut jesteś na scenie. Wychodzisz i dosłownie ciągniesz sam cały spektakl. Nieważne, jaki jest wilk, bo to ty przyciągniesz uwagę, by pod koniec dzieci były zadowolone, by zrozumiały, o czym jest ta historia.

NARGIS Gdy Mark odszedł, nastały trudne czasy. Bo on dosłownie sam za nas wszystko przeżuwał i wsadzał do dziobów. Szczególnie ja przeżywałam jego odejście, bo wiedziałam, że na naradzie artyści zbierają się i mówią: „Niech pan zwolni tę artystkę, bo ona za dużo na siebie bierze”. A Mark po prostu krzyczał, walił pięścią w stół i mówił: „Zamknijcie pyski, sam wiem, co robię”. I nagle go zabrakło.

W dodatku miałam trudną sytuację rodzinną – moja mama upadła, postradała zmysły, miała zakrzep, ledwie ją wyciągnęli z tamtego świata. Narobiłam długów, w ciągu jednej doby na jej leczenie pożyczyłam pięć tysięcy dolarów. Teatr też mi jako tako pomógł. Ale ja i tak do niej nie wróciłam, jeździłam tylko codziennie w odwiedziny. Później ona wyprowadziła się na Krym, na Ukrainę. Postawiła mnie przed faktem dokonanym. I zaczęłam nawet sobie jakoś układać w głowie to, że muszę opuścić teatr. A miałam same główne role – trzeba je będzie komuś oddać. Tak bardzo nie chciałam się z nimi rozstawać. No i tak zaczęła się ta historia – aktorka, którą dosłownie nosi, nie chce odchodzić z teatru. Taka korona na głowie. Tak, byłam wiodąca aktorką, ale to kwestia przypadku, a nie zaplanowanych działań.

SASZA Ostatnią kroplą, która przesądziła o podjęciu decyzji o porzuceniu aktorstwa, było uświadomienie sobie, jak niewiele osiągnąłem. Była to taka wielka, długa, ostatnia kropla. Sączyła się… także w Nowym Teatrze Dramatycznym, i nie tylko, w ogóle, kiedy grałem w filmach. Pojąłem, że jakoś tak zatrzymałem się w jednym punkcie, w ogóle bez sensu. 33 lata skończone, 34, coś by już trzeba… jakoś… cholera, a ja co? Więc odszedłem. Donikąd. Siedziałem sobie i myślałem, że ze mnie to raczej scenarzysta. Nie miałem grosza przy duszy. A potem zadzwoniła moja mama i powiedziała: „Sasza, siedzisz tam kompletnie bez pieniędzy”.

Odpowiadam: Oj tam, nieważne!

– Ale pożyczyłeś od ojca.

– Oddam!

– Wiesz co, zadzwoniła do mnie sąsiadka i powiedziała, że jest robota w kurierce.

A potem mnie tam obrobili. Raz w miesiąc kazano mi przewozić jakąś forsę. Miałem jechać do banku i odebrać pewną sumę – sporą, jak na tamte czasy. Obrobili mnie prosto przy wejściu do biura w biały dzień. Wyszedłem z auta z plecakiem, a ten mi wydarto, dostałem w splot, patrzę, a facet hop przez ogrodzenie na alei i tyle go widziałem.

Urządzono nam solidną kontrolę. Jako jedyny w biurze odmówiłem przejścia testu na wykrywaczu kłamstw.

Od razu jak wlazłem do tego pomieszczenia zobaczyłem stojącego przed babką laptopa, długie kable, rękawiczki. Kłóciłem się z nią przez dwie i pół godziny: proszę to założyć – nie założę. Co ja, żaba, by mnie podłączać do jakichś kabli? Wezwałem milicję, zadyma się zrobiła w biurze niemiłosierna. Okazuje sie, że woziłem brudne pieniądze, a oni woleli sie z tym nie afiszować.

„No dobrze, to proszę po prostu opowiedzieć, co tam się stało. Może ja będę zadawać pytania, a pan tylko odpowiadać, dobrze?!”.

Myślę: ciekawe, jak ona zamierza mnie skanować oczami? Potem patrzę: cholera! Pod nogami krzesła mam wmontowane wszystkie te czujniki. A tam jest kamera, śledząca źrenice, a tam… ten, no… do mierzenia pulsu… wilgotności… ruchu. No… ale i tak poradziłem sobie z tymi zabawkami. Mówię: „O nie, tylko bez tego wszystkiego tutaj. Porozmawiajmy zwyczajnie”.

– Cóż… pracował pan jako aktor, prawda? A potem odszedł pan z zawodu, bo nie miał pieniędzy. Teraz nie chce pan podłączyć się do wariografu, ale jest pan świadom, że ściąga na siebie podejrzenia, przez co pan pewnie straci pracę? I co wtedy? – Oj tam, ja tu czysto dorywczo przyszedłem.

– No i ciekawe, co pan będzie robił potem? Kim pan jest, co umie?

– Tak w ogóle, to chcę być scenarzystą.

– Naprawdę? I sądzi pan, że wszystko od razu, z miejsca, panu wyjdzie? Że pan, ot tak, gotów jest rzucić pracę.

– Nie, nie że rzucam, i tak chciałem odejść. Kompletnie mi na niej nie zależy, dlatego właśnie nie podłączam się pod wariograf.

I właśnie te słowa, że: „Stary, ty co, serio chcesz być scenarzystą!?”. No, kurwa, a czemu nie? Pomyślałem sobie. Jasne! Tam mam notatnik, siedem stron zapisanych od góry do dołu. Tak, będę scenarzystą.

Pieniędzy tam było niewiele, mnie i bratu starczyło tylko na pół roku.

NASTIA Wzięłam się w garść i poszłam szukać roboty. Musiałam się uporządkować, właśnie przez moją nerwowość, przez to, że nie miałam doświadczenia w tym zawodzie, pomyślałam sobie, że warto wprowadzić do mojego życia trochę ładu, uwzględniając rzeczywistą sytuację, w której byłam. No i dzięki temu zyskałam możliwość myśleć i prowadzić dyskusje z sobą samą. Taki dialog z wewnętrznym „ja”… Podjęłam następującą decyzję: aktorką, na dobrą sprawę, to ja nie zostanę. Życie jest i poza aktorstwem. Aktorką to ja nie jestem. Życie trwa dalej. Usiadłyśmy razem z mamą by rozważyć: co umiem? Zawsze lubiłam siedzieć i odbierać telefony, mam dobry, wyrobiony głos… firma taka-a-taka… (uśmiech) Dzień dobry! A dlaczego właściwie nie? Zawsze lubiłam chodzić w białych koszulkach, no, a poza tym zawsze jest szansa na spotkanie przystojnego, ustawionego faceta… (śmiech) Przyjęłam to z entuzjazmem, jak nową rolę!

No i pewnego dnia w jednej z agencji spotykam interesującego młodego fachowca, kobietę. Siedzę więc, taka niby nieszczęśliwa, umorusana dziewucha. Tamta popatrzyła na mnie w taki sposób… (pokazuje) Zatem tak! Więc – mówi do mnie – chcesz dostać tę pracę? Odpowiadam: muszę jakoś żyć, mam dziecko… A ona: słuchaj uważnie i zapamiętuj, co masz mówić, gdy będziesz chodzić na rozmowy kwalifikacyjne. Gdy temat będzie schodził na twoje wykształcenie, masz mówić wyuczoną formułką, tylko pewnie i z uśmiechem. (uśmiecha się) – „No nie, skądże! Wykształcenie teatralne to… miałam, po prostu, taki kaprys. Proszę zrozumieć, mam w zwyczaju osiąganie zamierzonego celu. Zachciało mi się zdawać na studia teatralne, to poszłam i zdałam! Zechciało mi się je ukończyć i zostać aktorką, no to zostałam. I tyle! To żaden zawód, bądźmy poważni! (śmieje się) Widzicie sami! A teraz potrzebuję dobrej, stabilnej pracy, mam wielkie plany, chcę robić karierę!”. I to działało! Jaki szacunek zyskałam w ich oczach! Jeśli chcesz żyć, to nie taki numer wykręcisz! No i za każdym razem ten sam spektakl! Gdy przychodziłam na rozmowę, grałam małe przedstawionko! Przyszłam odegrać rolę przyszłej sekretarki. (uśmiecha się) W pewnym momencie nawet mi się spodobało. Nie dałam się złamać, pozostałam sobą, ale po prostu chciałam się rozwijać w innym kierunku. I weszłam na ten poziom, gdy mogłam już wybierać sama!

LENA No w końcu zaczęłam pracować jako asystentka na planie filmowym. To był poważny błąd, praca była nie do zniesienia. A jeszcze pracowałam jako sekretarka. To dopiero była, kurwa, męczarnia, przynieś-wynieś-pozamiataj, jak frajer, z góry przepraszam, jeśli kogoś urażę. Aktorzy mają pewną… niestety doświadczyłam to na sobie, no pewną… Może u kogoś… u zdrowych psychicznie ludzi, jak słyszałam na jednym seminarium, jest to pewna duma, pewność siebie. A u takich patoli, jak ja, to zaraz przemienia się w pychę. Więc ja z tym swoim Brodskim, Pasternakiem, Szekspirem, Mandelsztamem… mam… Dosyć, koniec dyskusji. Powiem tylko, że nie byłam gotowa na coś takiego. Szczerze mówiąc żyłam dość komfortowo. Póki pewnego razu nie zadzwoniłam do ratowników o szóstej rano i nie powiedziałam: „Stoję na parapecie, mam dosyć życia, róbcie ze mną co chcecie!”. Natychmiast połączono mnie z pogotowiem psychologicznym, okazuje się, że mają takie. Tam mi powiedzieli: „Dość, złaź z okna, zaraz przyjedziemy i wyjaśnimy sprawę, proszę czekać!”.

NARGIS Mark zawsze mi mówił: „Nargis, możesz być kim chcesz, byle nie prostytutką, sprzątaczką czy kelnerką. Wkręcisz się w to – jesteś skończona, o scenie możesz zapomnieć”. A ja bywałam i sprzątaczką, i kelnerką, i gosposią. Na Krymie spotkałam pewnego prawnika z Moskwy, który miał dom w Eupatorii, wielki taki, trzyczęściowy, piętrowy. Zapierdzielałam tam za pięćdziesiąt hrywien dziennie, dojeżdżając z innego miasta. I to był koniec – nie miałam nic, pewność siebie jak ręką odjął. Siostra z AIDS, bzikująca niepełnosprawna matka, brat, który mnie lał do nieprzytomności. Głód. Remont. W tej sytuacji i mowy nie mogło być o aktorstwie. Zapomniałam wszystko, co wiedziałam. Całkowicie.

KATIA No teraz, na przykład, utrzymuję się sama. Znalazłam, kurwa, fuchę w telezakupach. Praca w zawodzie? No tak, raczej. Lecę na żywo, jako prezenterka. Ta sama branża, w zasadzie… Co za różnica, gdzie mam improwizować? Można grać kucharza albo sprzedawcę, taka rola… Ty, na przykład, siedzisz sobie i myślisz: „E, chujnia z grzybnią, telezakupy!”. I przychodzisz, kamera się włącza, w uchu brzmi głos reżysera: „Raz, dwa, trzy!” – i już! Akcja! Ha, uśmiechasz się i zaczynasz: „Dzień dobry paniom, mam przyjemność polecić kolekcję ozdób, którą wybraliśmy specjalnie dla was…”. Transmituję, sprzedaję szczęście. Moje szczęście kosztuje tylko trzy tysiące rubli, kup, poczuj się jak bogini. Bo cały czas opowiadam o Elizabeth Taylor i jej miłości do biżuterii, o Marylin Monroe… Większość klientów jest z prowincji. Wyobraź sobie: siedzą chuj wie w jakiej czarnej dupie, sklepów prawie nie ma. I nagle widzą mnie. Przecież widziałaś moje odstawione focie na fejsie? No a ja mówię: „Noszę to codziennie. Mam się świetnie. Jestem aktorką”. Nie, inaczej, przedstawiam się tak: „Jestem aktorką, ale moje hobby to biżuteria”. Wiem wszystko o kamieniach, trendach, markach, kurwa… i wiecie, co dają ozdoby? Emocje, a dla kobiety emocje to wszystko… emocje i nastrój. Na przykład, nie idzie ci w życiu, wstajesz lewą nogą. Zakładasz wspaniałą biżuterię z kolekcji „Belle Bijoux”, wychodzisz na ulicę, oczy ci błyszczą, czujesz radość, spotykasz tego jedynego, na którego czekałaś całe życie. Jedna mała ozdoba może odmienić całe twoje życie. Tym właśnie się zajmuję. Staram się zrobić tak, by każda ozdoba była interesująca. Na przykład, było tam sporo biżuterii w orientalnym stylu. I kiedy zaczynam opowiadać o wschodnich stylach, o Imperium Osmańskim, o czasach luksusu, sułtanów, kobiet, pachnideł, seksu – lubię o tym poopowiadać. A także o namiętności! o uczuciach! – i sprzedaż od razu: „wziuuu!” – mamy do nich wgląd. Tak naprawdę, to wiesz, kiedy idzie najlepiej? Gdy mówię: „To mój ulubiony pierścionek”. I sprzedaż natychmiast idzie w górę. No co, zła fuszka?

LENA Marzę o miłości. Uwierz mi: wszystko wiem, że Marylin Monroe i w ogóle… Dlaczego nie lubię Ameryki? Bo wszyscy tam przechujali Marylinkę i jeszcze się cieszą. A trzeba było tylko dać tej dziewczynie trochę więcej miłości. Jej po prostu nikt nie kochał. Mówią, że zawsze leciała do telefonu i mówiła: „Tata?”. Ale to nigdy nie był on. Jej matka była szalona, oddano ją przecież do domu dziecka, a potem przerzucano z rodziny do rodziny – pewnie była trudnym dzieckiem. I tak ją przerzucali, przerzucali, przerzucali, dopóki biedaczka nie umarła. I nikomu nie starczyło rozumu, by zwyczajnie pogłaskać ją po główce i powiedzieć: „Kocham cię, maleńka, jesteś moim najdroższym skarbem”.

KOSTIA To, że trzeba mówić „kocham cię”, jest jakimś nieporozumieniem. Po co to mówić? Po pierwsze nie wiadomo, po co, skoro i tak wiadomo. A po drugie – przecież to odpowiedzialność. No powiem Nastii: „Kocham cię”, a jutro, na przykład, już kochać nie będę, i co dalej? Wstyd mi. No, nie jestem taki, nie jestem. Wrażenie, że wszyscy widzą twoje wady, wszyscy, także ci, którzy je wyczuwają (są takie wampiry, wierzcie) – to koniec, śmierć. Mogłeś wcześniej dokonać kupy bohaterskich czynów. To wyparcie tych emocji. Cholera, to strach, to wszystko przez ten strach. To znaczy, dokonujesz czynu i oblatuje cię strach. Zaczynasz się bać i jednocześnie wstydzić. Wstydzić się strachu.

LENA A więc ta okropna publiczna samotność, kiedy w pewnych wąskich kręgach jesteś całkiem nawet znaną postacią, Leną Lemieszko, a przychodzisz i umierasz z samotności. No, może każdy tak ma, ale artystki odczuwają to w dwójnasób. Marzę o miłości. Chcę, bym nie musiała wyduszać z człowieka jakiegoś „Kochasz mnie?”, a żeby człowiek przyszedł i powiedział „Kocham cię taką, jaką jesteś” i okazał wsparcie w chwili największej twojej słabości. Wciąż wierzę, że taka osoba istnieje. Znaczy, życie jeszcze nie przekonało mnie, że tak nie jest. Powiem nawet, iż wydaje mi się, że już tę osobę spotkałam. A może i nie. Marzę o miłości bezwarunkowej – takiej, rozumiesz, jaką czuję do moich kotów.

KOSTIA Cały czas tłucze mi się po głowie – a co kogo obchodzi, co ja czuję i myślę na ten temat? No niby kogo to obchodzi? Naprawdę, wstyd. Ja to jeszcze z dzieciństwa mam. Jestem zamknięty w sobie. Bo tam, w środku, jestem wrażliwy. Przejmuję się etyką w kontaktach. No, na przykład, był u mnie wczoraj hydraulik, no i nie wiedziałem, mam mu dać pieniądze, czy nie. Ludzie mówią, że tak. Ja tego nie wyczuwam. Wy mi, kurwa, konkretnie powiedzcie – ile? A tu nic.

Klasa piąta albo siódma. Czegoś się krępuję i krępuję, a potem raz – nagle podchodzę do Tani Pjańkowej i zagaduję. Ona lustruje mnie wzrokiem, uśmiecha się, i nagle spiekła raka, patrząc na przeciwległy róg korytarza. Patrzę, a tam koledzy z klasy: „Tra-la-la-la, zakochana para, Kostia i Tatiana”. Tylko pod ziemię się zapaść – ośmieszyłem dziewczynę i samego siebie. „Tra-la-la-la” – obciach, chłopak chodzi z dziewczyną, obciach i już. Więcej po tym w szkole nawet nie podszedłem do dziewczyny. Strach mnie zjadał. Niegodny i bezwartościowy – taki jestem.

LENA Zadzwoniłam do schroniska. Ogólnie to nie chciałam brać żadnego zwierzaka. Po prostu na zdjęciu on strasznie przypominał mojego. No i zadzwoniłam i pytam: „Co to za kot?”. Oni odpowiadają: „A, taki kot, od kilku lat mieszka w schronisku, siedzi z nosem wciśniętym w kąt i nikomu nie daje się zbliżyć. Choruje. Niech go pan nie bierze, – mówi – schronisko tak mu zaszkodziło, że… Niech pan lepiej weźmie innego, łagodnego”. A ja na to: „Taki ładny kot, dlaczego nikt go nie zabrał?”. Oni mówią: „Wie pan, to kwestia szczęścia, a nie wyglądu”. A ja, która przeszłam przez tyle castingów, kurwa, zjadłam zęby na szczęściu i urodzie, nie powinnam była tego usłyszeć Jasna sprawa, od razu pojechałam do tego schroniska i go, oczywiście, wzięłam. Mój Miszliczek. No i co mam powiedzieć? To najmilszy z moich kotów. Wpierw bał się wszystkiego, do tej pory głowę wciska, gdy ktoś go głaszcze – był bity. Ale on jest najmilszy. Znaczy się, minęły dwa miesiące nim się takim stał. I wiesz co, adoptowałam go, zdawałoby się, niby nic szczególnego. Ale połączyła nas miłość, ogromna, niesamowita, niby jakieś dwie oddychające w takt istoty. Wtedy pojęłam, że miłość ukrywa się niekiedy całkiem blisko. Kiedy jej szukasz jak idiota, na drugim końcu świata, ona tymczasem czeka na ciebie, wciśnięta w kąt. Po prostu otwórz oczy, przyjdź i zabierz. A ona będzie cię kochać całkowicie bezwarunkowo, po psiemu. Chciałabym by mnie ktoś pokochał, jak ja kota. Ot tak, po prostu.

MASZA No, więc, śpię, a tu o drugiej w nocy zapala się górne światło. On mnie budzi i mówi: „Co, serio nie czaisz, co do czego?”. „Zupełnie nie czaję” – mówię do niego. „Serio, nie kumasz, w czym sprawa”. „Serio” – odpowiadam. „Serio, nie czaisz, w czym sprawa? Jest się czego bać tak naprawdę”. „Prawda” – odpowiadam. No i facet bierze zamach i z całej pety na odlew, uderza mnie o tak o, w nos. Zrywam się natychmiast, uciekam do łazienki, zamykam się. Pamiętam, że patrzę w lustro i widzę, jak te dwa siniaki rozciekają się na boki, bo on trafił mnie centralnie. No i siedzę sobie. Rano przyjechała jego mama. A on klęczał i błagał o wybaczenie.

To nie było tak, że facet mnie lał, a ja mu nie oddawałam. Biliśmy się, tłukłam go, gryzłam. O, nawet w tym miejscu na ręce pozostały mu blizny. Dostawał ode mnie bez litości różnymi przedmiotami. Teraz to się z tego śmieję, ale wtedy to nie było zabawne. Z natury jestem osobą, która no… woli sie bronić. Stawiałam opór. Nie dawałam się poniżyć. W ogóle to najbardziej nienawidzę, gdy wyczuję w rozmowie choćby cień upokarzającego tonu.

To wszystko zamieniało się w nocne dwu-, trzygodzinne rozmowy, a ja potrzebowałam snu. Musiałam się wyspać. Czułam się kompletnie wyczerpana. A to wszystko przez te awantury. Zdarzało mu się wyjść i nie wrócić. „Idę po piwo”. Poszedł sobie i wrócił dopiero po trzech dniach.

Zdarzało się, że parzyłam sobie rękę wrzątkiem, bo nie chciał mi wierzyć. Po prostu brałam czajnik i lałam sobie na rękę świeży wrzątek. Ból był potworny. Awanturowaliśmy się przez cztery godziny na temat moich byłych facetów. „No, dawaj, powiedz, jak to było”. Odpowiadam: „Dobra, dasz radę to znieść? Spoko, opowiem, a ty skończysz mi to wypominać i w ogóle o tym mówić”. „Zgoda!” – odpowiedział. Oczywiście, wyglądało to inaczej. Kiedy skończyłam opowiadać, posypał się grad pytań… Człowiek juz tak się zapędza, traci głowę, sadomasochizm jakiś. No to wzięłam czajnik ze świeżo zagotowaną wodą i wylałam sobie na rękę.

KOSTIA I co, skończyły się przesłuchania?

MASZA Na tamten moment – tak. Potem jeszcze godziliśmy się przez dwie godziny.

NARGIS Przygotowywaliśmy „Oresteję”. A tego wieczora, gdy umarł, mieliśmy próbę generalną. Na pierwszych próbach byłam bardzo aktywna i gdy w końcu dostałam tę rolę, to już bliżej premiery trochę wyluzowałam, byłam zmęczona. Mam jedną scenę, pierwsze wyjście Kasandry, kiedy ta zaczyna wieszczyć, gdy Apollo obdarzył ją tym strasznym darem. Gdy ćwiczyliśmy tę scenę, patrzyłam na niego. On podszedł do mnie i mówi: „Rozumiesz, jak ty tu grasz? Mówiłem ci przecież, że jesteś inteligentną (to był jedyny raz, gdy mi to powiedział, choć i tak nikt nie usłyszał) i zajebiście wrażliwą aktorką. Zapamiętaj jedno: masz moc, a moc Kasandry to jej wiara we własne słowa”. Był nawet taki moment, że patrzył mi w oczy, mówił, podchodził, niemal rękę kładł na ramieniu. Była jakaś wewnętrzna teatralna impreza, bankiet. No i o czymś tam gadamy, gadamy, odwracam się, patrzę – plecy Marka. On był taki drobny, czarujący, nawet odwrócony plecami. Tknęło mnie, że muszę zaraz się do niego przytulić, bo Mark to jest dla mnie prawie jak tata. No i przytuliłam się od tyłu. On tam wtedy z kimś gadał. I nagle człowiek, który nigdy mnie nie obejmował, nigdy nie pogładził po głowie i nie powiedział: „Moja ty kochana”, jak to robił z innymi, nagle przerwał, poklepał mnie, potem odwrócił i rzekł: „No, chodź, obejmijmy się”.

SASZA Pewnego razu przychodzę do producenta. Byłem wtedy świeżo po porzuceniu aktorstwa i zostałem umówiony na spotkanie z producentem, poważnym człowiekiem. No i siedzę, coś gadam, żartuję, ale zachowuję się nie jak scenarzysta, ale jak aktor. Obok mnie siedzieli scenarzyści, ruszali się inaczej, mieli pootwierane notatniki, wdrażali się w temat, a ja sobie siedzę, niby – oto ja, wszyscy mnie widzą? Zagłębiam się w temat już w domu, w samotności, to jest sytuacja, gdy naprawdę muszę pracować, pisać, chodzę z wyjątkowo paskudną gębą, nie myję się, wyglądam totalnie, jak jakiś potwór. No i coś się rodzi, zaczynam podskakiwać – takie głupie przyzwyczajenie z dzieciństwa, gdy coś mi wychodzi. No i czy to może robić wrażenie? Potem, co prawda, uświadamiam sobie, że to to też było granie scenarzysty. Odgrywałem role scenarzysty, przecież pamiętałem, jak wyglądają, siedzą. A prawdziwy facet wzbudza podziw tym, że jest poważnie zajęty. No więc i tutaj, jak się okazuje, gram rolę. Byście mnie widzieli, gdy się rano szykowałem do was, to tu, w środku, w piersi, rozgrzewało mnie takie przyjemne ciepło, że będą mnie oglądać, słuchać, selfiaki moje obczaili. No proszę, przecież spodobałem się wam cały, od stóp do głów. Spodobałem się! Nie da sie od tego uciec.

NASTIA Bo więc pracuję, pracuję, a tu nagle ni z tego, ni z owego – telefon. Dzień dobry, niby, zapraszamy na casting serialu „Dziewuchy” na kanale TNT. W tamtej chwili już nie miałam czasu na teatr, wszystko zaczęło gdzieś się oddalać, coraz bardziej i bardziej, mętnieć, rozpływać… Więc dopytuję się, czy to nie pomyłka? No skąd, pani Nastiu, ma pani wykształcenie… Ale, przepraszam, skąd państwo mają mój numer? Prosimy przyjść, wszystko opowiemy na miejscu. Siedziałam wtedy w biurze, miałam odpowiadać na maile, wykonywać telefony, umawiać spotkania. Miałam jakiś skrawek papieru, no i zapisałam na nim… zapisałam ten adres i zapomniałam. Potem miałam jakieś sprawy do załatwienia, bieżące, no ale… ale to jakby zadziałał jakiś radar w głowie, pulsujący taki… Pamiętam, usiadłam wtedy sama ze sobą, w biurze chyba albo w aucie… Dobra, więc, Nastia, czas pomyśleć, zastanowić się nad tym dobrze. Coś w końcu postanowić! Czy ten telefon wzbudził podniecenie, zaintrygował? Jasne, że tak. To, że się denerwujesz, to wiemy, przyjęliśmy do wiadomości. Okej, to co dalej, robimy coś z tym, czy olewamy? Można i olać. Ale… przecież ci się chce? Cholera jasna, że tak! Dobra, czyli ustalamy, że chcesz. Fajnie! No to co zrobimy z tym „chceniem”? Pójdziemy tam, czy nie? Nie wiem… No dobra, to przeanalizujmy sytuację: co będzie, jak pójdziesz, a co, jak nie. Potwornie się denerwujesz, boisz, wpadasz w depresję, bo oczywiście nikt do ciebie nie oddzwania, samoocena znów leci na łeb na szyję, a za jakiś czas zapominasz o tym i żyjesz dalej. Wariant z nie najlepszych. Albo… jedziesz, tylko na co czekasz? Na nic. Żadnych oczekiwań, nadziei. Jedziesz, bo po prostu nie możesz tak sobie odpuścić. Jednocześnie musisz twardo postanowić, że nie będzie żadnych tragedii z tego tytułu. Ale jak to postanowić? Niby jak?… (uśmiech) Jasne, to wygląda na szaleństwo, ale inaczej nie dało się tej sytuacji rozwiązać. Mówię, że musisz, Nastia, żeby nie było rozczarowań, wyznaczyć sobie cel: dlaczego tam idę. A co, jeśli pójdziesz tam zwyczajnie dla zabawy?! Poszukać wrażeń, wspomnieć swoją aktorską naturę i samej sobie dowieść: nie, więcej mnie to nie złamie! Nie zabije! Będę nadal żyć szczęśliwie! Bo znów – przecież nic nie tracisz. Masz pracę, faceta, Bogu dzięki, też. Pójdziesz tam jak zwyciężczyni. Z godnością, bez patosu, po prostu z godnością.

SASZA Czasem nawet rozmawiając sam ze sobą mówię głosem dziecka. Obciach, nie? Miałem ostatnio taką sytuację, na kanale Discovery chyba, jest taki program „Tabu” i są tam różni ludzie, jakieś szajbusy skończone, no i jeden dorosły facet, który zachowuje się jak dziecko. Śpi w łóżeczku, chce smoka. Tak naprawdę, to on zna wszystkie słowa, ale chce smoka. Mamusia opiekuje się nim, przykrywa go, a on sie do niej uśmiecha, zupełnie szczerze. I kiedy go pytają: „Ale po co? Po co?”. Odpowiada: „Tak czuję się bezpiecznie”. „Proszę wybaczyć, ale ma pan 38 lat!”. Zbywa to milczeniem. Wyraz twarzy ma jak u dziecka! Popatrzyłem sobie na to, i coś mi tu w środku zabiło szybciej, pomyślałem sobie: a przecież też bym tak czasem chciał. O, tak bym chciał. Koszmar, nie? No właśnie.

MASZA Jezu, co za koszmar!…

SASZA Żona Lera była obok, i ona jednym okiem patrzyła na ekran, a drugim, szalonym, na mnie. Widzieliśmy to oboje. Biedna Lera.

KATIA Mama traktuje mnie jak… Na przykład, już po moich pierwszych nagraniach na żywo pojechałam do domu, chociaż na dobrą sprawę nie tyle jechałam, co frunęłam z tej niesamowitej radości. No to wlatuję do domu, wpadam do kuchni i mówię: „Mamo, mamo, widzisz, dałam radę! Poprowadziłam to sama, na żywo, od początku do końca!”. No a mama stoi sobie i mówi: „No cóż, to dobrze. Chociaż, prawdę powiedziawszy, sądziłam, że możesz się zesrać”. No jasne, że jest dumna. Na przykład, gdy ogląda nagrania z moimi dziecięcymi występami, to widzę po twarzy, że jest ze mnie dumna. Oczywiście, że jest! W pewnym momencie zaczęłam ją prosić, by mnie błogosławiła znakiem krzyża przed wyjściem na przedstawienie, przed spektaklem. Od razu czuję w sobie niesamowitą siłę. Czuję, że mogę wszystko, że mam świat u stóp, że poruszę niebo i ziemię. A jednocześnie… moja mama wciąż potrafi marudzić: „Katiusza, no ale jednak, może byś poszukała jakiejś pracy? Przecież głównych ról ci nie dają”. Słyszę to często. No to jej mówię: „Mamo, nooo! Jestem dorosła, mam dziecko! Wiem, co robię, jestem świadoma swoich działań, więc nawet jeżeli tak myślisz, to rób to cicho, proszę”. No więc, oczywiście, czuję się przy mojej matce jak niespełniona aktorka.

SASZA Tata zginął w 2008 roku. Zabito go, pospolita zbrodnia, sprawców nie znaleźli. Skończyłem wtedy grać w serialu „Morski patrol”. Tata czekał na niego z niecierpliwością, chciał go obejrzeć. Serial już się skończył. Tata ostatnio z kolegami sobie popijał, lubił wyjść, wypić koniak z piersiówki, pospacerować, pogadać. Mamie się to raczej nie podobało, więc robił to poza domem. No i pewnego pięknego wieczoru mama do mnie zadzwoniła, że nie może się dodzwonić do taty. Więc też zaczynam dzwonić, w słuchawce słyszę takie charakterystyczne pikanie, do tej pory nie mogę tego słuchać. Dzwonię i dzwonię, wysłałem sms-a z potwierdzeniem odczytu. Uświadamiam sobie powoli, że pora zacząć go szukać. Mieszkam z mamą w jednej dzielnicy, dosłownie dwadzieścia minut pieszo. W domu siedziały moja żona razem ze współautorką, ale nieważne, mówię, że trzeba iść. Wsiadłem na rower, one na piechotę i tak zaczęliśmy szukać. Szukaliśmy, weszliśmy do letniej kawiarni, siedzieli tam jacyś podpici faceci – widzieli coś, nie widzieli, nie wiadomo. Potem, gdy już wracamy do domu – nagle patrzymy, ktoś leży, podchodzimy, a to leży on, z otwartymi oczyma, zimny, z ranami na głowie i wykręconą ręką. Okazało się potem, że leżał tu już jakiś czas, ludzie go widzieli i myśleli, że to leży pijak, a on leżał i powoli umierał.

Opowiadam to, bo… bo wciąż nie pogodziłem się z tą śmiercią, wciąż ją przeżywam. Oczywiście, zacząłem się modlić, chlać, potem znów modlić, jak to w żałobie, i natychmiast uciekłem w pracę. Potem miałem romans. Pokochałem tę dziewczynę bardzo mocno, choć wciąż miałem żonę. Stało się to właściwie tego samego lata. Tata odszedł w czerwcu, a ta wielka miłość przyszła w sierpniu. Tyle. To była tarcza, za którą się schowałem. Bo miłość to życie, to coś takiego nowego, co kiełkuje. Ukryłem całą tę makabrę za sztuczna gęstwiną. Nawet nie wiem, co ja mam za żelbet w środku, ale gdy opowiadam o tym przyjacielowi, który znał tatę, ten mi mówi: „Sania, pojęcia nie mam, jak to wszystko wytrzymałeś”. Ano wytrzymałem. Myślę sobie, że po prostu nie wpuściłem tego do siebie. Tak sobie myślę, że nie przeżyłem jeszcze do końca śmierci ojca przez te „kręgi uwagi” aktora. Po prostu jej do siebie nie dopuściłem, zrobiłem to odruchowo, wiedziałem, kiedy trzeba zamknąć drzwi. Nawet przeżywając to, siwiejąc fizycznie, to i tak patrzyłem na siebie z boku, wiedziałem, że biorę udział w śmierci swojego ojca, że w tym okropnym, koszmarnym niby-spektaklu gram rolę syna, który stracił ojca. Jestem synem, który stracił ojca. I jakoś przetrwałem. Wtedy mój zawód bardzo mi pomógł. Czasem patrzysz na takiego człowieka i widzisz, ile się naprzeżywał. A po mnie, zdaje się, ni cholery nie widać.

LENA Czarna rzeka to moje miejsce zamieszkania. Miejsce, w którym jestem, gdzie mieszkam, gdzie jest mi dobrze, gdzie wszystko jest mi bliskie. Warto wiedzieć co-nieco o sobie. Byłam jakoś na zajęciach u psychologa. Nazywało się to „kryzys czegoś tam”. Zajęcia były zbudowane na zasadzie pytanie-odpowiedź. Człowiek widzi, jakie ludzie naprawdę mają problemy i pojmuje, jaki z niego dupek. A w sumie to wszyscy mają idiotyczne problemy. Natomiast w zasadzie wszystko jest bardzo proste. No to wstałam i mówię: „Mam takie wrażanie, że mam permanentny kryzys. Niby żyję w jakimś mroku, gdzie tylko cierpię. No, czasem zadzwonię do instruktora, pójdę na jogę, pobiegam, zakocham się, zabawię… Wypłynę, zrobię łyk, popluskam się, poudaję człowieka. A Czarna rzeka i tak mnie pochłania. I pytam sie tego pana. Przecież jestem taka zabawną aktorką, z poczuciem humoru. I mówię: „Mam takie wrażenie, że mam permanentny kryzys”. On odpowiada: „Rozumiem. Widzisz, – mówi – powiem ci taką rzecz. Wiesz, że masz depresję. Należy zrozumieć, że to nie twoja depresja, a rodziców. Cała chujnia w twoim przypadku polega na tym, że nigdy nie zdołasz pojąć, że życie jest fajne. I ja też nie dam rady ci tego przetłumaczyć. Bo do ciebie nie dojdzie, że niebo jest błękitne, a trawa zielona, że Paryż jest cool, chłopaki są super, że ciacha są pyszne. Bo nigdy tego nie wiedziałaś. Zgorzkniała córka zgorzkniałych rodziców”. I daje przykład, że to tak, jak z dziećmi alkoholików, którzy nigdy nie stworzą normalnej rodziny. Bo dla nich normalna rodzina to gdy mamusia i tatuś się schlają i zaczynają napierdalać. To jest dla nich normalne. Możesz, oczywiście, zaprzeczyć: „Co ja, niby, porąbana jestem, że szukam cierpienia?”. Jasne, bo ci z tym dobrze. Przyzwyczaiłaś się. To jest twoja, kurwa, norma. Mówię więc: „I co, żadnych miłych perspektyw?”. Ten odpowiada: „Obawiam się, że żadnych, mała. Jedyne, co powinnaś zrozumieć, to to, że chujowe jest twoje samopoczucie, a nie ty. I w chwili, gdy czarna rzeka stanie się silniejsza, musisz wziąć się w garść i mówić: «To jest chujowe, nie ja». Przez całe życie będzie cię tam ciągnąć, dlatego zawsze będzie ci ciężko. Bo masz tak od urodzenia”.

NASTIA Mówi się czasem, że człowiek budzi się sławny. Tak właśnie było ze mną. Gdy zaczęto puszczać w telewizji te klipy ze mną, zadzwonił do mnie kumpel: „Denisowa! Jak mam teraz żyć? Budzę się, włączam telewizor, patrzę, a tam ty! Budzę się razem z tobą. Gdy idę po ulicy, to towarzyszysz mi na wielkich bilbordach. Wchodzę do metra, a tam na drzwiach plakaty z tobą. Odprowadzasz mnie do schodów, wsiadam do wagonu, a ty jedziesz nade mną… i tak cały dzień! Wracam do domu, a tam znów ty w telewizji. Co się dzieje?”. To dopiero było coś… Potem akurat tam, gdzie mieszkam, koło wjazdu na moją ulicę umieszczono wielki plakat ze mną! To było coś! Nagroda za wszystko, co przeszłam, co przeżyłam. Naprawdę, to było coś! Doceniono mnie. I mama mi opowiada: wychodzi, odwraca się plecami i widzi to… Mówi, że jakby kto na nią wylał kubeł zimnej wody! Jezu, przecież to moje dziecko! Dzwoni do mnie: Nastieńko! Jestem z ciebie taka dumna!…”. Wtedy zrozumiałam: nooo, nareszcie się zaczęło! (uśmiech)

KOSTIA Sława powinna być. Aktor potrzebuje sławy. Jest to przekonanie. Całkowicie transcendentne. Aczkolwiek podejrzewam, że choćbym został sławny, to i tak będę szukał dziury w całym, wątpił. Taki rodzaj uzurpacji. Zaczyna dominować strach przed odkryciem, zdarciem maski. Powstaje drugi problem: czy jest to możliwe – być sławnym, pozostając jednocześnie sobą. Nie wiem.

NASTIA Raz na dwa-trzy lata odwiedza mnie mój były mąż. Pewnego razu przyszedł, siedzi i patrzy na mnie. Był pijany. I z jego zachowania, słów, jakichś tekstów dawało się odczytać, że mu zależy, że on naprawdę zastanawiał się nad powrotem, ale honor w życiu mu nie pozwoli się do tego przyznać, nawet przed sobą samym… I gdy to zrozumiałam, zrobiło mi się go tak strasznie szkoda! Oczywiście, dla niego, gdy pojawiłam się w telewizorze, (z dumą) to było coś więcej, niż po prostu cios! (z zachwytem). To było po prostu… no…

KOSTIA Do tej pory jestem jakiś „nieprawdziwy”. Jestem niedouczonym artystą. Po pierwsze, mam cichy głos. Jak patrzę na artystów, to widzę, że uczono ich różnych rzeczy: znajomości tekstu, usprawiedliwienia dowolnej sytuacji, przeżycia… Dla mnie to koszmar, gdy w filmie muszę zrelaksować się i być. Coś tam jakoś wychodzi, ale z tym luzem… Mam jakąś niską samoocenę. Mam poczucie wstydu. To wszystko jeszcze z dzieciństwa.

KATIA No i w końcu urodziłam. Moje życie odwróciło się do góry nogami. Nagle, ku swojemu zdziwieniu, dowiedziałam się, że można, jak się okazuje, nie spać miesiącami, o coś walczyć. I oto ono jest, leży przed tobą. A kiedy moja kochana córeczka Polina skończyła półtora roku, to, z jednej strony, z powodu macierzyństwa moje szczęście nie miało granic. Z drugiej zaś zaczęłam wariować, pojawiły się ataki paniki, w pewnej chwili zaczęłam sie nawet bać jeździć przez most. I tutaj się zastanowiłam, i zrozumiałam, że muszę pracować. Potrzebuję tego jak powietrza. Oczywiście, próbowałam brać udział w jakichś castingach. Ale zazwyczaj kończyło się tak, że przychodziłam, a tam menadżerzy do spraw obsady patrzą na moje zdjęcia, potem na mnie – mój wygląd bardzo się zmienił podczas ciąży, waga też jest inna… I padała odpowiedź: „Nie, nie pasuje pani do roli dziewczyny głównego bohatera. Obsadzimy panią w innej roli”. No i nigdy nie oddzwaniali. Któregoś razu wstąpiłam do sklepu dziecięcego w Atrium i kupiłam książkę „Muminek i pierwszy śnieg”. Była to pierwsza książka, którą czytałam córce. I gdy to robiłam, odkryłam pewną nową część siebie. Okazało się, że potrafię kopiować różne głosy – Włóczykija, Taty Muminka, Paszczaka i nawet Ryjka! To było katharsis. Przestałam odgrywać kobietę wampa i wyluzowałam się. Zaprosiłam dobrego reżysera teatralnego i namówiłam go na zrobienie spektaklu dla dzieci. Znalazłam miejsce, artystkę, pieniądze na wykonanie rekwizytów i lalek. W tydzień zebraliśmy ekipę i po dwudziestu czterech godzinach prób zagraliśmy spektakl. Nasza premiera odbyła się siódmego stycznia 2014 roku, w Boże Narodzenie. Podczas występu wyschła mi ślina w ustach, zanikł odruch połykania, cały spektakl zagrałam dosłownie na jednych oddechu. Gdy przedstawienie zbliżało się ku końcowi, miałam w głowie tylko jedną myśl: jak tylko skończy się spektakl, widownia mnie zadepcze, obrzuci pomidorami, a reżyser więcej słowem się do mnie nie odezwie, bo tak okropnie zagrałam. No więc z lekkim uśmiechem na twarzy, jak skazaniec, podnoszę książkę do góry i mówię: „Koniec”. I wtedy zagrzmiały brawa. Nawet dorośli widzowie oklaskiwali, chociaż bilet kosztował cały tysiąc rubli. A nasz reżyser miał uśmiech na twarzy. I wtedy zrozumiałam – udało mi się!

KOSTIA W dzieciństwie strasznie dużo płakałem, byłem okropną beksą. Moczyłem łóżko nawet po skończeniu szóstego roku życia. Przyjęto mnie do zerówki w szkole numer 1. Spaliśmy tam. Rano nauka, po południu sen. I co drugi dzień sikałem do łóżka. W końcu mnie stamtąd zabrano. Powiedzieli, że to niepoważne. To tylko wzmocniło poczucie wstydu, że byłem jakiś nie taki. Scenariusz nieudacznika. Może podświadomie organizm robił wszystko, by cię odrzucano.

MASZA Też miewam takie chwile. Pewnego razu we wrześniu siedzę sobie w kuchni i ryczę. I myślę sobie: co jest? Niby wszyscy tyle mówią, a ja tu siedzę, zajęcia właściwie nie mam. Żyłam przecież dość długo sama i trafiłam do pewnego towarzystwa, gdzie wszyscy byli o piętnaście lat ode mnie młodsi. To był przypadek. Koleżanka kończyła dwadzieścia osiem lat i powiedziała mi: „Masza, wpadnij do mnie”. Przyszłam. Przyznałam się wszystkim, że czterdziestka za mną, mam wnuki. Usiadłam z mamą koleżanki w kuchni, piłyśmy herbatę i gadałyśmy sobie. Na tej imprezie był pewien bardzo przystojny chłopak, którego zauważyłam jeszcze na ulicy, mignęło mi w głowie: ale przystojniak. Zajrzał do kuchni raz, drugi, potem dosiadł się i ze dwie godziny patrzył na mnie, czasem dodając od siebie dwa-trzy słowa. A potem z pełna powagą, bez żartów (rozmowa była o zawodzie, o rolach, które chciałabym zagrać) stwierdził krótko: „Szukasz nie tego, co trzeba”. A potem dodał: „A możesz ze mną odejść na bok? Mam ci do powiedzenia coś bardzo ważnego”. No i łapie mnie za rękę, zaprowadza do innego pokoju, o w taki sposób mnie obejmuje i mówi: „Surowa, młodego męża czasem nie szukasz? Jak ci się znudzę, to mnie pogonisz”. Ja na to: „Wiesz, męża tak, ale młodego kochanka do zaliczenia to nie”. On odpowiada: „Co prawda musiałbym się wpierw rozwieść. Zależy ci, bym się rozwiódł?”. Ja mówię: „Zależy, ale po co rozwód, zwariowałeś?”. A chłopak był naprawdę bardzo przystojny i seksowny. Pewien znajomy, który też studiował w Akademii Teatralnej im. Szczukina, napisał mi: „Wygrałaś Oscara”… Następnego dnia miał egzamin z szermierki. Spytał się: „Wpadniesz do mnie na egzamin?”. Kiedy wracałam do domu, Anton pięć razy dzwonił do mnie by się upewnić, że na pewno przyjdę następnego dnia na egzamin z szermierki. Poddałam się i poszłam na ten egzamin. Przyśnił mi się sen, z którego obudziłam się, zrozumiawszy, czym jest piekło. Że to nie jest jakaś ognista gehenna, gdzie cię smażą na patelni. Jest to brak możliwości wyboru. Przyśnił mi się wagon bydlęcy, którym wieziono mnie razem z innymi ludźmi do obozu koncentracyjnego. Przyśniło mi się, że jestem w tym pociągu jak odarta ze wszystkiego krowa, którą wiozą nie wiadomo gdzie. Nie miałam pojęcia, co ma się stać. Najgorsze była nie tyle świadomość, że zaczną mnie torturować, co ta niewiadoma. Nie wiedziałam, co ze mną będzie, jaki los zgotowały mi pewne siły, traktujące mnie jak bydlę.

LENA Nie, nie powiem nic, nie chcę.

NARGIS (Instaluje na scenie kamerę wideo, włącza telewizor i od razu bierze się za nagrywanie siebie. Obraz widać na ekranie telewizora.) Budzę się, idę do kuchni. Gotując kaszę, stałam przy oknie. Lubiłam przy nim stać i słuchać hałasu jadących aut. I wtedy coś mnie napadło, zaczęłam recytować jakiś tekst, który pozostawał w pamięci. A potem nagrałam wideo. Stałam, nie odchodzą od okna, poprawiałam oświetlenie. Trzeba było je wyregulować, inaczej nie byłoby widać twarzy. Proszę spojrzeć na to. (pokazuje filmik zrobiony na komórce) Tutaj wszystko jest przemyślane. Albo to… (pokazuje inny filmik) Tu mi sie spodobała gra światła na mojej twarzy. Wpadło mi do głowy, by wyrecytować ten tekst. Poleciałam do pokoju, kasza stoi na wolnym ogniu, mieszam ją co jakiś czas. Wszystko trwa dosłownie chwilę – zakładam chustę, lecę z powrotem, ustawiam się, reguluję światło, kasza tymczasem się zagotowała. Cały czas przypalam tę kaszę gryczaną, na okrągło. Jeżeli to owsianka, to mi kipi i gęstnieje, a ja wolę kaszę na rzadko. Kiedyś tak smażyłam kasztany i robiłam nagranie. Okazały się przesmażone, spróbowałam ich – były okropnie gorzkie, spalone. Natomiast tu (pokazuje jeszcze jeden filmik) miałam konkretny nastrój i chciałam, by ktoś mnie nagrał, gdy idę do metra. Spodobało mi się, jak kroczyłam cała oświetlona, bez słuchawek, bez niczego. Widzisz, jak światło wygląda – podoba mi się. Szłam wtedy i myślałam: fajnie by było, jeżeli by mnie ktoś nagrał, a ja bym się sobie przeszła, ot tak. (śmieje się) Szłam i o tym właśnie myślałam. No dobra, póki co nagram się sama. Ale to było takie rozpaczliwe, wiesz. Cholera, taka utalentowana, taka ładna – i nikomu niepotrzebna. No bo kto mnie potrzebuje?… A to nagranie jest sprzed kilku dni. (pokazuje jeszcze jeden filmik) Nie wyszło mi. Trzeba popracować nad kompozycją – że niby jestem w domu, o tam wisi mój portret.

LENA Teatr, scena… tylko proszę, nie uznaj tego za zbyt patetyczne. Może też być kamera, ale wolę scenę, bo z kamerą nie miałam za często do czynienia. To jedyne miejsce, gdzie czuję, że mi wolno. Nie wiem, jak to wyjaśnić. Że jakby czuję się… taka w porządku. Że mogę żyć, że mi pozwolono. Bo gdy jestem na scenie, to zawsze robię wszystko, by odnieść sukces. Bardzo się o to staram, bardzo wiele nad tym pracuję. Widzowie mnie lubią. Zawsze jestem głośno oklaskiwana, a potem chwalona miłymi słowami. Natomiast wszystko inne, cała reszta życia… Po prostu, scena to jedyne miejsce, gdzie czuję się dobrze.