WŁAŚCICIEL KAWIARNI

Paweł PRIAŻKO

WŁAŚCICIEL KAWIARNI

Tłumaczenie: Natalia Pietrulewicz


Paweł PRIAŻKO (ur. 1975, Mińsk) – białoruski dramatopisarz. Ukończył szkołę zawodową. Studiował w Międzynarodowym Instytucie Stosunków Społecznych na Wydziale Prawa oraz na Białoruskim Państwowym Uniwersytecie Kultury i Sztuki (specjalizacja „Dramaturgia”). Jednak żaden nie ukończył. Pracował jako ślusarz, ochraniarz, kontroler urządzeń oczyszczających.

Dramaty pisze od 2004 roku. Autor dramatów m.in. „Serpentyna” (2003) (wyróżnienie II Międzynarodowego Konkursu „Eurazja”, w nominacji „sztuka na wolny temat”, 2004), „Podaruj mnie bilet…” („Podari mnie bilet…”, został wystawiony w laboratorium dramaturgii na międzynarodowym festiwalu teatralnym „Panorama” – Mińsk, 2004), „Dynozaur” (czytanie w ramach prezentacji białoruskiej dramaturgii w Centralnym Domu Aktora, Moskwa 2005), „Ojczyzna nr 2” (wystawiona przez „Swobodnyj Tieatr” w ramach projektu „My. Samoidentyfikacja”), „Bełływood” (nominacja do nagrody IV Międzynarodowego Konkursu „Eurazja”), „Majtki” („Trusy”, festiwal „Lubimowka-2006 w Moskwie; nagroda na II Międzynarodowym konkursie współczesnej dramaturgii „Swobodnyj Tieatr”). „Udane życie” („Żizń udałaś”), wystawione w „Teatrze.doc”, otrzymało „Złotą Maskę-2010” (nagroda specjalna). Majtki zrealizowała Jelena Niewieżyna („Teatr.doc”, Moskwa) i Iwan Wyrypajew (Teatr „Na Litiejnom”, Sankt Petersburg).

W Polsce czytanie sztuki „Serpentyna” (tł. Karolina Niewiadomska) odbyło się w ramach cyklu „Dramat nieobecny” podczas międzynarodowego festiwalu teatralnego „Konfrontacje Teatralne” (6 X 2006, Lublin). Wykonanie: Ilona Zgiet i Michał Zgiet. Dzięki temu polska publiczność miała okazję po raz pierwszy zapoznać się z twórczość słynnego Białorusina. Później sztuka została opublikowana w tomie „Nowa Dramaturgia Białoruska” (pod red. Andrieja Moskwina, Warszawa, „Sowa”, 2011).

Na język polski w ramach projektu „TRANZYT” zostały przetłumaczone utwory sceniczne: „Zamknięte drzwi” (tł. Bożena Majorczyk) oraz „Pole” (tł. Robert Sknadaj). Pierwsza została opublikowana na łamach miesięcznika „Iskusstwo Kino” (2010/5, Moskwa). Prapremiera odbyła się na deskach „On.Teatr” w Petersburgu (26 XI 2010, reż. Dmitrij Wołkostriełow). „Pole” zostało napisana w 2008 roku. Prapremiera: Teatr „Szkoła Współczesnego Dramatu” (Moskwa, reż. Filipp Grigorian, 22 IX 2010).

Andriej Moskwin


Nazywam się Paweł Priażko. Pewnego razu leżałem sobie i snułem fantazje. Pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy, że chcę czymś się podzielić z innymi ludźmi, i właśnie teraz mi się to udaje. Zacząłem to pisać i mam nadzieję, że aktor zaprezentuje ten tekst i ze sceny padną te właśnie słowa: „Ja chcę się czymś podzielić”. Jednak żenuje mnie to, że tak napisałem. Że niby oto nie taki chujowy koleś ze mnie, który chce się czymś podzielić. A może to w ogóle nikogo nie obchodzi? Ale… to słowo „ja”. Jakby to kurczę… jak to lepiej objaśnić. To znaczy… ja chcę… Jakoś nie podoba mi się to słowo. To znaczy dalej chciałbym już mówić bez tego „ja”. Chciałbym lepiej… to znaczy… chodzi o słowo „ja”. „Ja”. „Ja chcę” – to od razu tak osobiście, od razu postrzegam to wrogo, jak to się mówi – na nie. „Ja chcę”. Przecież można inaczej: „Mam ochotę czymś się podzielić”. Bez tego „ja”. „Mam ochotę czymś się podzielić”. No ale jak ja w ogóle zacząłem? Zacząłem: „Nazywam się Paweł Priażko”. Kurczę, po prostu wydawało mi się, że to dobry początek. Ale tak naprawdę… zupełnie na serio, wydaje mi się, że monolog należy zacząć słowami: „Mam ochotę czymś się podzielić”. Ale wtedy aż się prosi zapytać: na co ten cały poprzedni akapit? Wydaje mi się, że to jest właśnie kwestia talentu. To znaczy tego, co się rozumie pod pojęciem „talent”. Wydaje mi się, że w ten sposób pojawia się pewien efekt. Powiedzmy, gdybym miał zamiar nadać tekstowi pewien rytm. Ale przecież tego nie robię. A jeśli nagle da się usłyszeć jakiś rytm, to będzie fałszywy obraz. I jeszcze jedno. Piszę to wszystko i cały czas, od samego początku, myślę sobie co mi powiedzą. „O! To przecież Wyrypajew!”. A ktoś inny może przecież stwierdzić: „Dajcie spokój! Jaki to Wyrypajew! Gdzież mu do Wyrypajewa!”. Ale nie o Wyrypajewa tu chodzi, uwierzcie mi! Nie o nim w ogóle mowa. To znaczy… jakby to powiedzieć… Zastanawiałem się nad uczciwym podejściem do sprawy. To znaczy myślałem o tym, że w każdym tekście autor powinien mieć inne podejście do opowiadanej przez siebie historii. Wspólna, jednolita struktura po prostu nie istnieje. Strukturę dobiera się w zależności od historii, jaką autor chce opowiedzieć. Nazwałem to „hand made”. To znaczy, że do każdego tekstu należy mieć indywidualne podejście. I to podejście dyktuje opowieść, a nie tekst. Nie zasady konstrukcji tekstu, a opowiadana historia. I tu znowu przychodzi mi do głowy głupota, która mnie bardzo niepokoi i której bardzo chciałbym uniknąć. Przecież to ja określam punkt widzenia. I oto wymyśliłem punkt widzenia… Ale nie wiem jak można inaczej, żeby nie upodabniać się do… Chciałem napisać „człowieka”, ale skreśliłem. Bo jeśli napiszę „człowieka”, to okaże się, że między mną a człowiekiem jest dystans. To znaczy, że ja nie jestem człowiekiem. Dla mnie to bardzo duży problem. Już nawet na samym początku… Pytają mnie czasami… Mam jedną znajomą, która pyta mnie czasem o czym to ja teraz piszę. Mówi do mnie: „O czym ty teraz piszesz? Po co ty to wszystko piszesz?”. Dlaczego o tym mówię? Dlaczego kogoś może interesować, o czym ja teraz piszę. I jeśliby to tak dokładnie przeanalizować, to okazuje się, że piszę wyłącznie o samym sobie. Ale to też nie tak. Nie o sobie piszę. Chce się oprzeć wyłącznie na własnych doświadczeniach życiowych, osobistych przykładach. Ale zdarza się, że ona rzeczywiście mnie pyta o czym piszę. I tu mam pewien problem. Ponieważ temat, na przykład, mogę jej zdradzić, proszę bardzo. Tylko nie chcę, żeby to odbierano tak, jakbym teraz chciał pisać wyłącznie o sobie. A problem tkwi w tym, że… Powiedzmy, ona pyta: „O czym ty teraz piszesz?”. A ja przecież nie piszę na wszelkie tematy. To znaczy, kiedy piszę, to nie temat jest impulsem do pisania. To znaczy, dla mnie musi być człowiek, i jeśli miałbym odpowiadać jej szczerze, powinienem rzec: „Musi być człowiek, o którym chcę napisać”. Za tematem można się ukryć. Zawsze można powiedzieć, że piszę o AIDS, o globalizmie albo o glinach. I koniec – wszystko staje się zrozumiałe. Za tematem bardzo łatwo się ukryć. Jakby… A kiedy mówię: piszę o ludziach… I tu zaczyna się problem. Realny problem. Piszę o ludziach. To znaczy, wydaje mi się, że znalazłem pewną niedoskonałość w języku. Tak, to jest poważny defekt w języku rosyjskim, który powoduje, iż pomiędzy mówiącym i otoczeniem rodzi się przepaść. Ja opowiem o ludziach, napiszę o ludziach… Ale tak mógłby powiedzieć przybysz z innej planety, który przyszedł i mówi: O, teraz napiszę o ludziach. Bo przecież on sam nie jest człowiekiem. Bardzo zależy mi na tym, by tę myśl przekazać państwu, żeby to było zrozumiałe, ale nie mam innych przykładów poza kosmitą. Ponieważ kiedy mówię: „Chcę napisać o ludziach”, natychmiast tworzy się granica między mówiącym a ludźmi. I okazuje się, że już tak jakby nie jestem człowiekiem. A jeśli piszę albo chcę opowiedzieć na jakikolwiek inny temat, to pozostaję człowiekiem, mówię o czymś, co łączy wszystkich. To jest anonimowe. Temat jest anonimowy. A kiedy mówię: „Chcę napisać scenariusz albo tekst o ludziach”, okazuje się, że nie jestem człowiekiem. Bardzo długo zastanawiałem się, jak tego uniknąć. Jak nie tworzyć tej sztucznej granicy pomiędzy mną i słuchaczem. Między mną i moją siostrą, i moją znajomą, która zadaje to pytanie. I zrozumiałem. Mam receptę na to – tak mi się wydaję – jak należy prawidłowo mówić. Trzeba powiedzieć: „Chciałbym napisać albo opowiedzieć o pewnym typie ludzi… pewnym typie człowieka”. Wydaje się, że wtedy nie wchodzę w rolę demiurga. Stworzyciela. Pozostaję człowiekiem, jestem na równi z tym, o którym chcę opowiedzieć. Ale przecież są różne charaktery, różne typy, osobowości, które funkcjonują w różnych środowiskach społecznych. Wydaje mi się, że to jest właściwa odpowiedź. Chcę opowiedzieć o typie człowieka. W ten sposób nie zamieniam się w kosmitę, postronnego obserwatora. To dla mnie ważne. Znalazłem odpowiedź. To jedna z niewielu odpowiedzi, którą znalazłem sam. Jest to odpowiedz na pytanie, które mnie NAPRAWDĘ niepokoiło. Wyróżniłem słowo „naprawdę”, napisałem je tak, jak zwykle pisze się w tytule. Zrobiłem to dlatego, że zawsze było mi bardzo trudno zrozumieć, niesamowicie trudno zrozumieć, co mnie naprawdę niepokoi… To znaczy, teraz można… Gdyby to wszystko, co powiedziałem i napisałem na początku, skreślić albo zapomnieć, teraz mógłbym rzec: „Chcę podzielić się czymś na temat pewnego typu ludzi…”. I od razu zaczynają się kolejne problemy. Po pierwsze… Natychmiast jasno uświadomiłem sobie – bardzo dobrze jest budować tekst na anomaliach. Scenariusz filmowy, albo sztukę – wszystko jedno. Oprzeć go na anomaliach ludzkiego zachowania i anomaliach ludzkiego życia w środowisku społecznym. Chciałbym znaleźć taki przykład, żeby nie być gołosłownym, żeby dokładnie od razu objaśnić to, co chciałbym powiedzieć. Długo zastanawiałem się nad tym, co mnie niepokoi, napisałem sporo tekstów w oparciu o własne obserwacje. Obserwacja to także bardzo ważne dla mnie słowo. To znaczy, że moje obserwacje są istotne. Czyli jestem ważnym człowiekiem i mam własne obserwacje. I niewiadomo dlaczego one powinny być istotne. Nie, raczej nie obserwacje… Po prostu coś tam podpatrzyłem… Zawsze miałem taką zasadę: chodziłem po mieście i słuchałem, co mówią inni, a później to wykorzystywałem. To znaczy, rodziła się jakaś postać… To mogło się zacząć od okularów, albo z potylicy, albo od jakiejś frazy. A potem chodziłem i szukałem podobnych ludzi, wyodrębniałem wspólne cechy, zastanawiałem się, czy tak właśnie może powiedzieć człowiek z takim nosem. Przecież jest określony typ ludzi z podobnymi nosami. Zastanawiałem się, czy ten oto człowiek może tak powiedzieć czy nie. I tak z czasem udawało mi się znaleźć typ człowieka, jakiego potrzebowałem. Zdarza się, że spisuję sobie potrzebną postać z jakiegoś znajomego. Ale przekonałem się co do jednego – jeśli piszesz wszystko z głowy, wychodzi jakoś tak nieżyciowo. Nieciekawie. Nie chciałbym tak pisać. Ale od razu pojawia się pytanie: a ktoś inny, na przykład… No ktoś inny ma odmienny sposób pisania i nigdy nie podsłuchuje nikogo, wszystko pisze z głowy. I to go od razu zdradza. No i co, że zdradza? I co z tego, że z głowy? Okej, tu nie ma uniwersalnych reguł. Ale wcześniej bardzo mocno broniłem się przed tym. Jeszcze dosłownie do wczoraj byłem przekonany, że nie wolno wszystkiego brać z głowy, że później to nieciekawie oglądać na scenie. Czym tu się dzielić? Postać wychodzi jakaś bezbarwna. Bo wszystko biorę z głowy. I wtedy może paść pytanie: No, i co ty opowiadasz? O jaki typ ludzi ci chodzi? A ja mogę odpowiedzieć: Ja nie piszę o ludziach, interesuje mnie temat. Kiedy słyszę coś podobnego, to rozumiem, że z tym typem człowieka, który tak mówi, mamy po prostu odmienne podejścia. Mogę z tym człowiekiem rozmawiać… tak, rozmawiać… ale dyskusja z nim jest zupełnie bezowocna. Teraz sobie myślę, że jeśli Michaił Ugarow przeczyta ten tekst, to od razu się wkurzy. Bo niedawno czytałem jego blog. I zwróciłem uwagę, że ostatnio bardzo interesuje go kwestia tematu. Teraz mamy październik 2010 roku. O ile zrozumiałem, teraz on intensywnie zastanawia się nad polityką i funkcjonowaniem człowieka w tej sferze. Możliwe, że niezbyt dobrze się wyraziłem, ale mam nadzieję, że moja myśl jest zrozumiała. Nie będę teraz prawić kupy komplementów pod jego adresem, chociaż mógłbym to uczynić i zrobiłbym to absolutnie szczerze. Mam ochotę się pospierać, bez wykazywania swojej racji, chociaż w zasadzie okaże się, że i tak ją wykazuję. Więc mogę stwierdzić, że wybór pomiędzy tematem a typem ludzi, o których chciałbym opowiedzieć, chyba jest dla mnie już rozwiązany. Dlatego, że pisanie „na temat” jest anomalią. Albo weźmiemy, na przykład, Iwana Wyrypajewa. Twierdzi on, że byłem na jego wykładzie w Permi. Nieco później chciałbym się jeszcze podzielić moimi wrażeniami z podróży na festiwal „Tekstura”. Bardzo, bardzo cenię Iwana Wyrypajewa. Ale szczerze mówiąc – nie jego twórczość. To, co on pisze, praktycznie wcale mi się nie podoba. Ale nie chciałbym oceniać cudzej pracy, tego akurat nie chciałbym robić. A w ogóle to ja nie wiem… Ale bardzo chcę mu podziękować, i to od dawna. Ale jakoś nie miałem na tyle odwagi, aby to zrobić. Oto właśnie w czym tkwi sedno: swego czasu on wystawił w Petersburgu moją sztukę „Majtki”. Uważam, że właśnie tym Iwan Wyrypajew bardzo mi pomógł. On tak jakby swoje nazwisko związał z moim. Przecież wtedy to on był już sławny. No to znaczy… można powiedzieć, że sławny. Pisano o nim w gazetach, wystawiano jego teksty. Mówiono mi o nim na pierwszym roku studiów, a kilka lat później on wystawił mój tekst. I podczas spotkania twarzą w twarz, no, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy osobiście, cały czas udawałem, że zupełnie mi nie zależy na tym spotkaniu. Niby po chuj mi to wszystko, i w ogóle… No, nie tak, żeby całkiem po chuj (przecież to niegrzecznie), ale że dla mnie to spotkanie nic nie znaczy. Chociaż tak naprawdę tylko niedawno zdałem sobie sprawę z tego, jak ważne było tamto spotkanie. Na czym więc polega ta ważność? Wyrypajew wystawił w Petersburgu mój tekst. I w ten sposób jakby mnie wzmocnił. Jakby tak trochę dodał mi sławy. Jakby podzielił się swoją sławą ze mną – to wszystko dzięki temu, że swoje nazwisko postawił obok mojego. Wtedy jeszcze nie rozumiałem tego. Teraz już rozumiem. I zachciało mi się powiedzieć mu: „dziękuję”. Ale natychmiast pojawił się, kurwa, problem: jak to zrobić. Mam jeszcze kilka osób, którym bardzo chciałbym podziękować. Ale w tej chwili nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie jakbym miał to zrobić. Na razie nie wiem jeszcze, jak to zrobić. No co, niby podejdę i powiem: „Dziękuję, Leno” i będę stać jak ta ciapa. „Dziękuję, Leno”. No, kurczę… w ogóle nie wiem jak to wykonać. Muszę się nad tym jeszcze zastanowić. Pewnie chodzi o to, żeby minęło trochę czasu, żebym jakoś zastanowił się nad tym, za co muszę im podziękować. Jeśli chodzi o Iwana, to już mogę mu podziękować. Trochę czasu już minęło i zrozumiałem to co miałem zrozumieć. Wreszcie mogę powiedzieć mu: „dziękuję”. Uważam, że on mi pomógł. Ale jak teraz podziękować Ugarowowi – jeszcze nie wiem. Teraz to by było tak jakby automatycznie, machinalnie, konwencjonalnie. A to nie takie „dziękuję” chcę mu powiedzieć. To, które mu powiem, zostanie wykonane refleksyjne, będzie jakby odpłatą za życzliwość. Potrzebuję jeszcze trochę czasu. A co do podziękowania Iwanowi… Po pięciu latach zrozumiałem, jak bardzo mocno chcę mu podziękować. Otóż to! Ale pojawiają się nowe problemy. Może napisać list: „Dziękuję, Iwanie!”. W każdym przypadku czuję: jakbym nie zrobił, będzie to wyglądało tak, jakby w tym „dziękuję” było jakieś pochlebstwo. A ja chciałbym, żeby on wiedział, że ja jestem mu zwyczajnie wdzięczny. Żeby nie myślał sobie, że robię to dla korzyści: ot po prostu – musisz wiedzieć, Iwanie, że jestem tobie wdzięczny. Zwyczajnie uświadomiłem sobie, że chcę powiedzieć człowiekowi „dziękuję” i nie należy doszukiwać się w tym jakichś dodatkowych sensów, jakiegoś drugiego dna. Niestety w Permi nie udało mi się mu tego powiedzieć prosto w oczy. Przyczyna była banalna: zwyczajnie o tym zapomniałem. Miałem ochotę zrobić to rano, szykowałem się do wyjazdu, siedziałem na kanapie i czekałem na samochód. I kiedy Iwan przechodził obok mnie, zrodził się we mnie impuls, pojawiło się pragnienie: O, właśnie teraz wstanę i powiem mu „dziękuję”. Ale nie byłem sam, rozmawiałem z Olgą Szakiną i musiałbym przed nią jakoś usprawiedliwić się. Wyglądałoby to tak: „Olu, poczekaj! Przepraszam, tylko na jedną sekundę!”. Wstałbym i podszedłbym do Iwana. To by było bardzo nieładnie. To by znaczyło, że w życiu istnieją priorytety, że można przerwać rozmowę z jednym człowiekiem i pójść pogadać z drugim. Potem, po przyjeździe do Mińska, myślałem o tym. Od razu zrozumiałem, że jeśli napiszę list, to w tym liście muszą paść następujące słowa: dziękuję Ci, człowieku. To znaczy teraz nie ważne, co w tym liście będzie dalej, po prostu: dziękuję Ci, człowieku. Kurczę, wydało mi się, że można to uznać za pochlebstwo. Ale gubi się sens samego „dziękuje”. No bo jest jasne, że kieruje mną nie chęć przypodobania się. Schlebiać można w dowolnym momencie. Krótko mówiąc nic mu nie napisałem. Ale od tej chwili nie byłem w stanie się uspokoić. Jakiś czas potem kąpałem się pod prysznicem i myślałem sobie: jak mam to powiedzieć? Jak? W jaki sposób? Przy spotkaniu albo jakoś inaczej? Cały czas martwiłem się z tego powodu, bo wydawało mi się, że on może przyjąć mój gest jako pochlebstwo albo dostrzec w nim jakąś korzyść dla mnie. I zrozumiałem, że należy to zrobić właśnie za pośrednictwem tekstu, żeby przeczytali to albo usłyszeli inni ludzie. A teraz myślę, że to, co wyszło, zalatuje patosem. Wszystko jedno, może jakoś da się to wyrazić? No i co teraz mamy? Wychodzi na to, jakby bardzo mi zależało na tym, żeby wszyscy wiedzieli, jaki ze mnie dobry człowiek. Ale to nie tak… Chociaż z jednej strony tak! Ale z drugiej… Jakby to wytłumaczyć… Wszystko można przeanalizować i przemyśleć. To jasne. W zaistniałej sytuacji chcę wydać się dobrym. Podlizuję się. Ale kurczę… nie dałem rady powiedzieć „dziękuję”. Ani na piśmie, ani twarzą w twarz. Cały czas wydawało mi się, że to będzie odebrane jako pochlebstwo. I postanowiłem, że teraz, kiedy ten tekst jest czytany przez aktora, to nie zostanie uznane za pochlebstwo. To „dziękuję” będzie odrębne ode mnie, stanie się anonimowe. Ale kurczę, nadal pozostanie ważne. Ono nie będzie pochlebne, chociaż może się tak wydawać. Ale myślę, że tak będzie najlepiej. Teraz okazuje się, że jestem bardzo dobry, szczególnie jeślibym miał kontynuować temat i zastanowić się, w jaki sposób powiedzieć „dziękuję” jeszcze dwojgu ludzi. Teraz to wyszłoby zupełnie jak w amerykańskich filmach. Sam nie wiem… ale teraz nie będę nad tym się zastanawiał. Zrobiłem tak jak chciałem, powiedziałem „dziękuję” w najbardziej właściwy sposób… tak mi się wydaje. No, bo po pierwsze, on może go nawet nie usłyszeć. Gdybym napisał list albo powiedział mu prosto w oczy, to by oznaczało, że Iwan na pewno to usłyszy. A tak może nawet nie wiedzieć o tym. Więc teraz, kiedy piszę o tym, myślę, że w każdym razie zrobiłem to dla siebie. To znaczy powiedziałem „dziękuję” dla samego siebie. Jeśli nie da się znaleźć granicy w tym, kiedy trzeba dziękować, a kiedy nie, wtedy zawsze to można robić dla siebie. Jednak może się zdarzyć, że kiedy chcesz powiedzieć komuś „dziękuję”, człowiek może wcale nie mieć takiej potrzeby. W życiu często słyszałem: zawsze mów „dziękuję”, zawsze mów „dziękuję”! A czy naprawdę trzeba to robić? Jak znaleźć tę granicę, kiedy trzeba to powiedzieć, a kiedy nie?… Kurczę, ale ja przecież chciałem powiedzieć to „dziękuję”. Dokładnie tak marzyłem powiedzieć. Kurczę, nie mogę znaleźć słów… Dobrze… no, kurczę… Stoję sobie pod prysznicem, myję się i myślę nad tym, jak powiedzieć „dziękuję”. A teraz naprawdę zgubiłem myśl… Stoję pod prysznicem, zewsząd leje się woda, a ja stoję i myślę: jakby podziękować, żeby to nie wydawało się pochlebstwem. Zdaję sobie sprawę z tego, że w tej sytuacji napisanie listu jest niemożliwe. Mógłbym wtedy zadzwonić, ale to też nie to… I wreszcie znalazłem rozwiązanie: można to zrobić za pośrednictwem drugiej osoby, i wtedy to nie będzie uważane za nic więcej oprócz zwykłego „dziękuję”. To znaczy, jeśli w tej chwili aktor wypowiada ze sceny ten tekst, to moje „dziękuję” znalazło właśnie ten adekwatny wariant urzeczywistnienia, jakiego potrzebowałem. Bez pochlebstwa i bez korzyści. Przecież to oczywiste. Druga strona medalu, która się tu wyłania, to to, że ja bardzo chcę być dobry, i sam to zrozumiałem, kiedy napisałem to wszystko. A teraz można się zastanowić: czy to rzeczywiście tak jest? Ale mimo wszystko chciałbym bardziej… mimo wszystko chciałbym objaśnić po co to wszystko. Nie chcę w tym tekście niczego skreślać. A to wyjdzie na jaw, że ciężko nad nim pracuję. A jakże! Gdzie więc jest granica? Trochę popracowałem nad tekstem, o tak! A teraz sprawdziłem – okazało się że napisałem, „oracowałem”. Zapomniałem napisać literę „p”, wyszło „oracowałem”. Poprawiłem, dopisując dwa razy „p”. Ale kurczę, wydaje mi się, że błędy są dopuszczalne w tekście, no oczywiście w pewnych granicach… Tylko później należy poprawić te pomyłki, literówki… Przecież mogę się spieszyć – kiedy myśli biegną i palce nie nadążają, pojawiają się takie błedy, które, uważam, można poprawić. O! napisałem „błedy”, zapomniałem o „ę”. I te błędy nie wynikają z niewiedzy. Przecież wiem, jak się ten wyraz pisze. Takie błędy powstają z pośpiechu. Myślę, że można je poprawić. A bywa i tak, że ja, kurczę, naprawdę nie wiem jak się pisze konkretne słowo, albo na przykład komputer, kurwa, podkreśla mi cały tekst grubą zieloną linią. No i co za różnica, gdzie tu postawić przecinek?! O i tu właśnie jest ten moment, kiedy chcę wydać się dobry. Lepszy niż jestem. Napisałem, kurwa, słowo „żuraw” przez „rz”. No napisałem! A może być jeszcze gorzej! „Rzóraw” przez „rz” i „ó”. To oczywiście głupi przykład. Nikt tak „rzóraw” nie napisze. Tak, kurwa, może napisać tylko obcokrajowiec. Są błędy, które powstają w biegu, w pośpiechu, gdy myśli biegną szybciej, niż palce mogą to zanotować. Ale są też takie błędy, kiedy po prostu słowo napisane jest niewłaściwie, bo nie wiesz jak się je pisze. A wtedy trzeba szukać w słowniku i poprawiać. Właśnie wtedy okazuje się, że chcesz wydać się lepszy. Zaczynasz poprawiać. I wtedy może się okazać, że będzie jeszcze gorzej. Wyjdzie żuraw przez „rz” i „ó” zamknięte. Ale wydaje mi się, że to nie jest żaden problem. Jest błąd czy nie ma – to nie grzech śmiertelny. Jest znacznie gorzej, jeśli zaczynasz poprawiać. Kiedy dochodzisz do takiej sytuacji, że zaczynasz sobie myśleć: jak zrobić tak, żeby wszystko było pięknie i prawidłowe? A to piękne i prawidłowo zasłania cały sens. Pozwólcie mi tylko na jedno wtrącenie. Niedawno zrozumiałem, że tekst powinien być nudnym, bezbarwnym gównem. No dobrze, już starczy, nie wolno się powtarzać, to zaczyna być jakoś obsesją… Obawiam się, że to może zaprowadzić nas gdzieś daleko. Jak się mówi w jednym przysłowiu: jeden do Sasa, drugi do lasa. Używając wyrazu „gówno” mam na myśli… Ale już starczy. Mamy do czynienia z pewną anomalią. To wydaje mi się bardzo ważne. Nie chcę wypowiadać się za wszystkich, ale widziałem w tekstach innych autorów, że oni także mają podobny stosunek do tekstu, i że im, jak i mnie, to się podoba. Anomalia! Anomalia. W czym ta anomalia? Są tacy kolesie, którzy mówią: „Anomalia jest zajebista!”. Jednak trzeba rozgraniczyć pojęcia anomalia i infantylizm. Pomiędzy tymi pojęciami przechodzi bardzo cienka granica. Infantylizm, jak ja to widzę, jest wtedy, kiedy zdarzeniu przydaje się bardzo duże znaczenie, nawet zbyteczne znaczenie. Na przykład, kiedy… trzeba tu podać jakiś dobry przykład… Kurczę, nie mam teraz ani jednego takiego przykładu. Ja… tak często ostatnio o tym myślę i czuję, że jakby tracę zainteresowanie tematem, a tak chciałbym się tym podzielić. Oto człowiek mówi: „Chciałbym się tym podzielić”. Jeśli chodzi o mnie, to dla mnie ważna jest intonacja. Ale chcę się podzielić, i koniec! Czy ty masz się czym podzielić? No dawaj, podziel się! Moja pierwsza reakcja jest właśnie taka. Ale bywa tak, że patrzysz na człowieka i widzisz, że jest ciapą. Przecież istnieje pewne wyobrażenie o tym, jak ma wyglądać ciapa. Ciapa… to taki zgarbiony, taki, co to się krząta tak o-o-o, taki… może być jak Woody Allen. Ale Woody Allen to taki nieprawdziwy ciapa, on pogrywa swoją nieudolnością. A to taki typ ciapy, który jeszcze może gdzieś pozostał w jakimś zadupiu, takie późne dziecko, synek mamusi, późno urodzony… I właśnie żyje tam, sprzedaje albo naprawia żelazka. To znaczy, to raczej jest postać z kina albo taka, z którą można się spotkać raczej w sztuce, niż w życiu. Bo… trudno nie zauważyć, jak wszyscy z niego kpią… Widać, że jest gejem, ma dużo kobiecych cech i wszyscy się z niego nabijają. No, na przykład, tak się dzieje w „Comedy Club”. Choć całą tą grupkę z „Comedy Club” już dawno można wyśmiać. No dobrze, to są moje prywatne rozrachunki z humorem. W ogóle do tych wszystkich, którzy żartują. Ponieważ w życiu jest jedno z dwóch: albo żartujesz, albo się znęcasz. A kiedy się znęcasz to już odjazd. To właśnie jest „Comedy Club”. A to dlatego, że oni się znęcają, to nie jest żaden humor. Podobne rzeczy robią w programie telewizyjnym „Anszłag” – to nie jest humor. Chociaż występujące tam artyści akurat mieli możliwość zabłysnąć humorem, upodobnić się do Arkadija Rajkina. To nie jest śmieszne, ale się uśmiecham, no bo taki to jest ten humor, odlotowy. Bez żadnego znęcania się. Ale zdecydowanie nie jest mi do śmiechu. I tak samo się dzieje, jeśli chodzi o „Anszłag”. Nie jesteś w stanie się śmiać, tylko się uśmiechasz. Ponieważ uczestnicy mają bardzo specyficzny humor. No nie jestem w stanie się śmiać. Daję głowę, że program ten miał szansę zająć jakieś wyjątkowe miejsce w rankingu. Czasem wydaje ci się, że żarty się podobają, przez skórę to czujesz. Ale w rezultacie wszystko sprowadziło się do kiczu, do „Comedy Clubu”. I to naprawdę okropne. „Anszłag” stał się strefą jakiegoś archaicznego, nikomu niepotrzebnego humoru. Kiedy wykorzystywali nagrania z dawnych lat, wszystko było okej. A jak tylko zaczęli rzucać dowcipami w stylu „Comedy Club”, to nastąpił kres. Chcieli popłynąć z prądem i to ich bardzo zepsuło. Wydaje mi się, że już nigdy nie mogli znaleźć własnego stylu. Tego wysokiego stylu, który zawsze wywołuje silne emocje. Gadaniną, pieprzeniem o niczym oni zamknęli sobie drogę do rozwoju. A ciapa to jest taki, którego wszyscy znają, wiedzą jak wygląda. I teraz pytanie: czy można się z niego śmiać? Można o nim opowiadać? I po co? Człowiek pewnie… Przecież problem polega na tym, że wielu z nas ma fałszywe wyobrażenie na temat otoczenia społecznego. To znaczy… nie chciałbym teraz brać przykładu samotnej matki albo rodziny alkoholików, ale akurat tutaj właśnie coś takiego zachodzi. To znaczy, człowiek rozwija się poza jakimś ustanowionym w społeczeństwie standardem zachowań. I taki człowiek może być zabawny, ale może być zły, okropny. W każdym razie to coś monstrualnego. Albo ciapa, albo maniak. W gruncie rzeczy wychodzi na jedno. A na tej monstrualności można bardzo łatwo budować tekst. Wydaje się, że bardzo ciekawie obserwować tę monstrualność. I tutaj bardzo ważne jest dla mnie, żeby nie wydawało się przypadkiem, że ja jestem tym monstrum. Jestem anomalią – to jasne. A więc teraz będę w pełni świadomie mówić o sobie, bo uważam, że to nadzwyczaj ważne. Zrozumiałem, że jestem ciapą i jestem jakby anomalią. I na dodatek jestem infantylny. To moja osobista tragedia, żyję z tą infantylnością. Kiedy patrzę na 35-letnie kobiety i wiem, ze ja też mam 35 lat, jakoś mi się robi… To znaczy nawet nie wiem, co mógłbym takiej kobiecie powiedzieć. Jak? O czym? To zupełnie inny świat, to… No cóż, będę jej opowiadać o ciapach. Wyobrażam teraz sobie, że kładę się na trzydziestopięcioletniej kobiecie. Ona jest bardzo ładnie ubrana, a ja się na nią kładę i… No, kładę się, żeby uprawiać z nią seks. I za moment dokładnie sam widzę, jak powoli się z niej zsuwam. Dlaczego tak się dzieje? Ona ma taki kostium… biały albo i czarny… widzę kołnierzyk jej marynarki… Kładę się na niej i leżę na górze… A w ogóle nie ma to żadnego sensu. To znaczy czuję przepaść między nami. Moja infantylność jest temu winna. Przecież istnieje taki typ trzydziestopięcioletnich mężczyzn. Tacy mężczyźni kładą się na te kobiety… Wydaje mi się, że zazwyczaj oni są wielcy. Przypomina mi się kino amerykańskie, kiedy twarz jest ogromna, ponieważ została pokazana na cały ekran. Więc ten wielki mężczyzna kładzie się na takiej kobiecie i wszystko jest okej. A jeśli ja kładę się, to od razu się zsuwam. Żyję z tym strachem i staram się o tym nie myśleć. Ale przeżywam ten fakt. Nie wiem czemu tak się stało. Ostatnio wydaje mi się, że to z powodu rodziców. Ponieważ jak patrzę na reakcję moich rodziców na byle jaką sytuację, to widzę, że jest ona jeszcze bardziej infantylna od mojej. Teraz nie mogę znaleźć jakiegoś konkretnego przykładu, ale… Zanim zacząłem pisać ten tekst, powstał inny utwór, który miał tytuł „Przyszedł smutek, wielki ból – przecież to zakazana miłość”. Chcę tylko zaznaczyć, że za chwilę wszystkie wspomniane wcześniej wątki jakoś się połączą, ponieważ dotyczą tego samego. W ogóle to muszę popełnić pewien nietakt, ale jest to nietakt konieczny. Chcę wykorzystać listy do Dimy Wołkostriełowa. Dwa listy, które do niego napisałem. Tak, bardzo chcę te listy wykorzystać, bo są właśnie o infantylizmie i ludziach, którzy są po czterdziestce, w okolicach pięćdziesiątki i starsi. Bo bardzo chciałem o nich napisać sztukę. Oto te listy:

„Pierwsza linijka piosenki Nadieżdy Kadyszewej, ta, która jest w tytule i na początku pierwszego czterowiersza, nie jest dokładna. Pierwsze słowa to jakby stukanie do drzwi, i zależy mi na tym, by fraza była niedokładna. Tak, wcześniej nie pisałem o tym problemie, to znaczy o problemie pokolenia. Dlatego, że to pokolenie było i pozostanie dla mnie jakby… w zasadzie nie bardzo go szanuję. A potem zrozumiałem: co w ogóle ma do rzeczy mój osobisty stosunek. Weźmiemy, na przykład, Jewgienija Pietrosiana, który dla wielu i dla mnie też jest gównem, wcale mnie nie śmieszy, i w ogóle jakoś tak ubogo mu wszystko wychodzi. Ale przecież są ludzie, którzy mają frajdę z tego, co mówi. Albo weźmy zespół „Złoty Pierścień”. To przecież także jest do kitu! Ale to jest tylko moje zdanie. Tak samo seriale rosyjskie, z których zdecydowana większość to badziewie. Ale to tylko według mojego gustu badziewie, a innemu przecież nie musi tak się wydawać. Niektórzy z niecierpliwością czekają na wieczór, żeby tylko włączyć telewizor i przeżywać to, co tam pokazują. I zrozumiałem, że seriale te sformułowały już pewien dyskurs. Mają one swój zestaw znaków – fabularnych, sensownych, tak jak u Pietrosiana! I u Nadziei Kadyszewej! Przecież ten dyskurs już się ukształtował. Być może komuś wydaje się on ubogi, ale jeśli nieco się zdystansować od osobistego subiektywnego gustu, z tymi tekstami można coś zrobić, popracować nad nimi. Spróbowałem wżyć się w tekst pieśni Nadieżdy Kadyszewej oraz w los bohaterów seriali mimo to, że mam całkiem inne upodobania. Spróbowałem patrzeć na to tak, jakbym nie znał niczego innego i jakbym niczego bardziej odpowiadającego mojemu gustowi nie widział. Przecież dla kogoś nawet Woody Allen albo Coeny to gówno, nic więcej. A ten, kto ogląda Coenów, uważa Pietrosiana za gówno. Ale to nie znaczy, że oni są złymi ludźmi. Refleksja na ten temat bardzo mi pomogła. Uświadomiłem sobie, jak należy pisać dla takich „dorosłych” osób. Proszę wyobrazić sobie pełną salę sześćdziesięciolatków, którzy oglądają spektakl pod tytułem: „Przyszedł smutek, wielki ból – przecież to zakazana miłość”. To przecież jest dyskurs! Wypisałem podstawowe sytuacje (tak mi się wydawało), wydzieliłem kluczowe sceny, te w których „Bóg dał i więcej nie da”… zepsuty samochód, komisja lekarska, jeden z bohaterów – chciwy ale dobry mąż, siniaki u późnego dziecka. Przecież to serial, tam wszystko może się wydarzyć. Po prostu zauważyłem, że jestem w stanie wykorzystać ten dyskurs, mogę go ulepszyć i zaadaptować na własny użytek. Zrobić to w taki sposób, jak moim zdaniem taki dyskurs powinien wyglądać. I tyle”.

A teraz drugi list: „Dima! Jeśli się namyślisz, przyjeżdżaj, ot tak po prostu, nie czekając na okazję! Dziękuję ci bardzo za twoje przemyślenia. Moim zdaniem, rezultat powinien być widoczny, ponieważ udało mi się jak gdyby zdystansować, to znaczy wypowiedzieć nie własne zdanie. Po przeczytaniu tekstu Katia powiedziała, że to wszystko brzmi bardzo poważnie, i że młodzież oglądać tego nie będzie. Ale kiedy pisałem, kurczę, rozumiesz… nie mogę powiedzieć, że ja się nabijałem, ale tam są takie rzeczy… jak je trochę wzmocnić, to już wyjdzie jazda! Będzie satyra, ale tego akurat chciałem uniknąć. No, ale w zasadzie wyobrażałem to sobie tak: jeśli przyjdą młodzi ludzie, to przekonają się, że właśnie taką mam świadomość. A jeśli chodzi o wiek widzów, to… oni albo zidentyfikują się z historią, zwiążą z fabułą – siniaki u dziecka, samochód się zepsuł, albo w ogóle będą się nudzić. A gdy na film przyjdą starsi ludzi, będzie to coś w rodzaju performance’a. To tak jakby zrobić taki jednorazowy spektakl: zaprosić niezbyt mądre aktorki i powiedzieć, by grały ładne, ale jędzowate kobiety. Z pewnością im to wyjdzie słabo, będzie to trash, dlatego, że kobiecie z wysokim mniemaniem o sobie trudno grać piękność. To takie masło maślane. To tylko Margarita Tieriechowa miała w tym powodzenie, tak mi się wydaje. No więc piękną kobietę, jędzę gra nie za bardzo ładna i nie za mądra aktorka. Ale w tym szajsie będzie dużo sensu. Powstaną pytania w stylu: czy tak można? Czy piękno w ogóle istnieje? Czy kobieta jest w stanie uświadomić sobie w pełnej mierze co to takiego kobiece piękno? Czy to przypadkiem nie jest iluzja? W takim spektaklu można nawet dokonać krytyki ogólnie przyjętego pojęcia piękna. Ale jeśli na spektakl przyjdą właśnie takie nie zbyt mądre i ładne kobiety, nie potrafią uchwycić tego podtekstu. One go po prostu nie zrozumieją. Dla nich na scenie będzie się działo dokładnie to, co one są w stanie zobaczyć. To samo będzie również z tym tekstem. Jeśli przyjdą tylko takiego typu ludzie, dla nich na scenie będzie zachodzić tylko to, co zachodzi.

Jeszcze chciałbym wskazać na pewne nieporozumienia, które mogą się pojawić u odbiorcy. Będzie on chciał przymknąć oczy na pewne zjawiska, ponieważ uważa, że coś takiego w ogóle nie istnieje. Na przykład, ciężka kobieca dola, jak u Nataszy. Albo kwestia, że Bóg nie ześle więcej, niż dasz radę unieść. Bo to pokolenie w ogóle nie ma problemów. Im się wydaje, że ich życie jest bardzo ciężkie. Bóg nie zsyła im więcej, niż mogą unieść. A przecież mogą unieść, oj mogą. Zresztą śpiewa o tym Kadyszewa: „Zabijamy czas w nudne, długie noce w towarzystwie niekochanych osób”. Więc nie zabijaj! Pamiętam taką oto scenę: bohaterowie wybiegają z samochodu, śpieszą się na spotkanie z dyrektorem, jeszcze ciut ciut i byłaby to fantastyczna scena, satyra. Byłoby mocne kino autorskie, w stylu Sałtykowa-Szczedrina. Albo, na przykład, siniaki u dziecka. A matka, Larisa, jest przecież przekonana, że w przedszkolu na pewno jest zła wychowawczyni. Tego oczywiście nie mógł zrobić jej mąż Walerij, który boi się jak kąpią synka, więc mocno go trzyma, żeby nie wpadł do wanny. Jasna sprawa, to musiało zrobić inne dziecko. To są takie stereotypy. Taka świadomość, której nie zmieni krzyżówka. I jeśliby tak z dystansu, z innej strony na to spojrzeć, to okazuje się, że mamy dość sporo powodów do uśmiechu. Ale jak tu się uśmiechać, skoro w ten sposób wyjdzie na to, że jesteś jak najmądrzejszy Bóg. Okazuje się więc, że nie wolno się uśmiechać. To jest niemoralne w stosunku do czyjegoś światopoglądu. To odjazd. Sałtykow-Szczedrin, Gogol… Przecież to nie są źli, podli, marni ludzie. W społeczeństwie istnieje wyobrażenie o tym, co jest złe, co należy wyśmiewać. Ale po co cokolwiek wyśmiewać? Gdzie jest granica: wyśmiewasz – więc sam byś chciał być innym, lepszym, ale nie udaje ci się. Albo odwrotnie: sam taki jesteś i dlatego wyśmiewasz. Muszę zaznaczyć, że nie chciałem korzystać z satyry, mimo iż nie obdarzam przedmiotu mojego zainteresowania wielkim szacunkiem. Ale jeśli, na przykład, przeczytałem więcej książek, więcej widziałem i uważam się za bardziej obrotnego w życiu, to nie daje mi to żadnego powodu, aby patrzeć na innych z góry. Szczególnie w takim zawodzie jak nasz. Zakazana miłość. Dima! Ileż niedoskonałości dzisiejszego czasu zawiera to pojęcie. Zakazana miłość. Przypominają się dawne czasy: carska Rosja, jak, kurczę, wieśniaczka jednego pana zakochuje się w wieśniaku drugiego pana. Ale oni nie mogą być razem, bo należy przeprowadzić kupę skomplikowanych operacji: prosić swojego pana, i tamtego drugiego, by kupić i odkupić tamtego chłopaka i dziewczynę, wystosowywać pisma. To wszystko są poważne przeszkody. I ta właśnie dziewuszka, kiedy młóci żyto, to wtedy może śpiewać o zakazanej miłości. Dlatego, że istnieje wiele przeszkód, które nie zależą od ciebie. A jaka teraz jest miłość zakazana? Co w niej zakazanego? I w tym właśnie tkwi niezgoda. Znowu przydaje się wiele znaczenia zdarzeniu czy sytuacji, której to znaczenie się nie należy. Nie należy tak się martwić o samochód! I bach, nawet się nie zaciął, kiedy pasek urwał. Drobna naprawa. Nie wolno aż tak przeżywać z powodu komisji. I bach! Ciśnienie 120 na 80. Tylko miodek w uszach – trzeba umyć uszy i tyle. I proszę, Bóg nie daje więcej niż możesz unieść. Dlatego, że nie należy przeżywać. I dyrektorka przedszkola pomogła z gazem, zarządziła, żeby poprowadzić go przez jej działkę. Ale jeśli nad tym wszystkim się ponabijać, to zaczyna się masakra. Katia mówi, że to wszystko jest napisane poważnie, że nie czuć tu ironii. Gdyby ona była mocno obecna w tym tekście, to byłoby źle. Scena, kiedy Larisa mówi: „Suka jedna, idź popatrz na siniaki!”, zawiera w sobie ironiczny element. Dlatego, że natychmiast włącza się stereotyp. I jeśli dalej to rozwijać, to zaczyna się to, czego akurat nie lubię: spojrzenie autora na sytuację. Autor jest władcą losu, mentorem. Czasem spojrzenie to bywa zbyt ostrym. W tej historii są dwa wstrząsające momenty: siniaki i to, jak z samochodu wyskakują ludzie i biegną do dyrektorki. A Walera się krępuje, dlatego że dyrektorka zdecydowała, żeby prowadzić gaz przez jej działkę. Ale jeśli to bardziej uwypuklić, to będzie prawdziwa frajda! Jednak chciałoby się, żeby w tym wszystkim najważniejszą była opcja patrzącego. By od niego zależało, czy to wszystko jest bardzo poważnie, albo troszkę poważnie, ale z maksymalnym szacunkiem. Odtąd dyskurs serialu nałożony jest jakby na bardziej realistyczną sytuację tegoż serialu. Ale to nie jest postmodernizm. Dlatego, że to nie jest pastisz. Ja nie parodiowałem serialu. Ja będę musiał jeszcze napisać tekst. Tylko bohaterami będą inni, nawet w tym samym wieku, ale o większych możliwościach finansowych. Możliwe, że ten nowy będzie podobny do tego. Ale tam też da się pokazać wiele interesujących rzeczy, np. kto ma większą kasę, bardziej się przechwala. Ale nie chce mi się wyśmiewać ani krytykować przechwałek. Chciałbym jak w tym tekście. Dima! Mówię serio – jeśli się namyślisz, to przyjeżdżaj!”…

Infantylność. W moim poprzednim tekście akurat pisałem o infantylności. W zasadzie bardzo się starałem, żeby było odwrotnie, żeby tekst był o czymś innym, ale tak czy siak temat ten wylazł. Tak czy siak musiałem dokonać obserwacji anomalii. W badaniu relacji pomiędzy normą i anomalią skrystalizował się konflikt. Przy czym jako przykład wziąłem historie trzech konkretnych osób, uwzględniłem też pewne zbiorowe postacie. Bohaterowie sporo mówią, pada dość wiele słów, a ja miałem trudności z wyborem precyzyjnych przykładów by wyrazić sedno sprawy. W rezultacie muszę używać tych wszystkich słów, ale przykłady nie zawsze były odpowiednie. Infantylność jest wtedy, kiedy reakcja na zdarzenie nie odpowiada zdarzeniu. Anomalność jest wtedy, gdy jest jakaś norma, a w tym moim przypadku taka norma jest, to całkiem jasne i to ta norma nie daje mi spokoju. Bo wszystko, co widzę dookoła, wydaje mi się infantylne i anomalne. Już widzę, jak w tej chwili pewny mądry, uważnie czytający te słowa człowiek się uśmieje i powie, żem się sam przyznał do infantylności i anomalii. I że to dlatego widzę wokół tylko infantylność i anomalność. Tak jest, a jednocześnie tak nie jest. Bo… no właśnie! To, jak widzisz i odbierasz świat, uzależnione wyłącznie od ciebie samego. Z drugiej zaś strony jest to, co cię otacza, kształtuje. Jeśli dookoła mnie jest tylko anomalia i infantylność, jak mogę być normalny? Znowu potrzebne są bardzo dobre przykłady. No, na przykład, taki rosyjski film… nie pamiętam jego tytułu. Krótko opowiem: stoi facet w budce telefonicznej i dzwoni. I ma saszetkę z bronią. Nagle taki chwyt operatorski – budka zaczyna się obracać. Że niby taki jakby klip. Powstaje pytanie: na chuja ona się obraca? Co to ma znaczyć? Człowiek z saszetką z bronią dzwoni z budki, a ona się kręci. Tutaj mamy pewną sprzeczność. Ten chwyt operatorski nie odpowiada niczemu – ani sytuacji, ani charakterowi filmu. Nie ma podstaw, by był wprowadzony. I to jest infantylność. To z bardzo dobrym efektem można prześledzić na przykładach z kultury. W moim rodzinnym kraju mówi się sporo o drugiej wojnie światowej, to znaczy oczywiście nie tylko o niej. Przede wszystkim mam tu na myśli władzę. Więc druga wojna światowa, bohaterstwo narodu – to są kwestie, które nie ulegają dyskusji. Ja to rozumiem. Ale jak tak ciągle mi to przypominają, to robi się infantylnie. Świadczy również o niezaradności i głupocie. Świat się zmienia, a mówienie przez cały czas o czynie jednego narodu i robienie z tego fundamentu ideologicznego jest akurat infantylne. No bo świat się zmienia, narody się zbliżają. A tu mamy jeden naród, który stracił więcej niż wszyscy i tego nie wolno zapomnieć? Dlaczego nie wolno? Może trzeba na odwrót – może właśnie trzeba zapomnieć. To wszystko mówię dlatego, że chcę przywołać przykłady infantylności. A z drugiej strony ktoś może równie dobrze powiedzieć tak: o to właśnie jest przykład infantylności! To, że proponujesz to wszystko zapomnieć! Dlaczego niby zapomnieć? Czemu w ogóle mówić człowiekowi, że ma robić to i to? Skąd ten nakaz, żeby zapomnieć? Zgadzam się, tak. Ale jeśli to przeanalizować, przemyśleć, nasuwa się coś takiego: czyżby naprawdę w historii ludzkości nie było innego narodu, który także kiedyś, w jakiejś wojnie, bardzo dużo stracił? Ale zawsze się okazuje, że tego nam nie wolno zapominać. A ja nie pamiętam i niczego nawet nie wiem i wiedzieć o tej wojnie nie chcę. A jeśli zacznie się jakaś wojna, to w ogóle sobie nie wyobrażam jak ja miałbym walczyć. Dlatego, że to zwyczajnie głupio. Dlatego, że to nie jest mi potrzebne. I moje stanowisko nie jest infantylne. To jasne. Dlatego, że ja już zrozumiałem, że wojna to interes. Przedsięwzięcie biznesowe. Jeśli jest broń, to znaczy, że ona powinna strzelać. I po cholerę mi – jeśli ja z tego biznesu nie dostaję żadnej doli – po cholerę mi się bić? Jakiego skrawka ziemi ja miałbym bronić? Pojadę sobie i będę żyć w innym miejscu. Jest mi wszystko jedno, gdzie będę żyć. Bo w zasadzie, teraz życie wszędzie jest takie same. Po co mam bronić McDonaldsa i sieci hipermarketów? To wszystko jest w innych miejscach, pojadę i będę korzystać tam z elektryczności i wszystkich innych rzeczy. I nie uważam, że to infantylność. Infantylnie jest wierzyć, że trzeba iść i bronić ojczyzny. Ojczyzna to cała planeta. To wszystko podaję jako przykład. I dlatego, na przykład, za błędy Hitlera czy Stalina powinna ponosić odpowiedzialność cała ludzkości, a nie pojedynczy naród. Co ma do tego naród? Bardzo dobry wydaje się przykład z murzynami i rapem. Bardzo ciekawie jest także prześledzić, jak z biegiem czasu zmieniały się pewne idee. Najpierw murzyni byli niewolnikami. Nie mieli nic. Potem przestali być niewolnikami, zaczęli walczyć o swoje prawa, dążyć do sprawiedliwości. Konflikt murzynów ze światem nabierał tempa, rozwijał się z biegiem czasu. Z czasem pojawili się bogaci murzyni. W porównaniu z murzynami-niewolnikami to duży krok do przodu. Nadszedł moment, gdy wykorzystanie wyrazu „murzyn” zaczęło być niepoprawnie politycznie. Teraz trzeba mówić Afroamerykanin. Jeśli chodzi o mnie, to nie mam z tym żadnych problemów – Afroamerykanin to Afroamerykanin. Niech tak będzie. Ale ci sami Afroamerykanie są raperami, mają dużo pieniędzy, drogie samochody, złote łańcuchy, sikają do złotych muszli klozetowych, mają ogromne wille i śpiewają nie tylko o dyskryminacji rasowej, ale i o tym, jacy oni są okropnie bogaci i wszystkich mają gdzieś. To zrozumiałe. To rozwój idei w czasie. Tak trzeba. To rehabilitacja. Przez pewien czas Afroamerykanin może sikać do złotego sedesu. Dlatego, że cała ludzkość jest ich dłużnikiem. Biali są ich dłużnikami, bo Afroamerykanie byli niewolnikami. Rehabilitacją jakby wyższego stopnia jest fakt, że teraz Afroamerykanin jest prezydentem. Wszyscy są teraz jakby rehabilitowani. W stosunku do białych są rehabilitowani. Od teraz już nie wolno im więcej srać do złotego sedesu. Skończyło się ich dzieciństwo. Przyszła pora na muzułmanów. Na muzułmański rap. Teraz muzułmanie zaczynają walczyć o swoje prawa. Ten proces jest nieunikniony. Ale kiedy biały zaczyna prowadzić się jak raper-Afroamerykanin, potrząsa palcami, na których błyszczy kupa złotych pierścionków i dużo złotych łańcuszków mu wisi na szyi i on sra do złotego sedesu świadczy to o tym, że jest infantylny. Dlatego, że to głupio w stosunku do rozwoju ludzkości na świecie w ogóle. W ten sposób wraca on do epoki barbarzyństwa. Nie może pretendować do tego, aby być branym na poważnie. To infantylnie. Ja nie chcę tu nikogo ganić. Po prostu doszedłem do takiego wniosku. I wydaje mi się, że to jest nawet zgodne z logiką. I w dalszym ciągu przeszkadza mi infantylność. Moja biologiczna infantylność. Pod względem biologicznym jestem nawet opóźniony w rozwoju w stosunku do wieku. I kiedy ja, jako osoba infantylna, wychodzę na ulicę, to mam świadomość, że po ulicach chodzą tylko infantylni ludzie. Idę ja, infantylny, i wszyscy wokół infantylni… i to mnie bardzo niepokoi. To jest poważny problem. Niepokoi mnie to, ale oczywiście nie na tyle, żeby stać z transparentem na ulicy. Ale niepokoi w większym stopniu, niż problem narkomanii. Dlatego, że wiem, że dopóki państwo zarabia na narkotykach pieniądze, ten wydumany problem pozostanie problemem. Kiedy dorosły, dojrzały facet mówi do ciebie: „Jakiego chuja ci ten Internet?! Po co bez przerwy siedzisz przed komputerem?”, to jest przykład infantylności. Albo gdy pięćdziesięciolatek ubrany jak osiemnastolatek, w każdym dogodnym wypadku mówi „fajnie”, omawia nowości wśród gadżetów, albo jak to oni z kolegą sobie pociupciali – to też przykład infantylności. Albo jeszcze jeden: idę sobie ulicą i widzę faceta w ogromnym, po prostu ogromnym samochodzie. Ulica maleńka, a on się kurwa ledwo na niej mieści. Można oczywiście powiedzieć, że ty nie możesz sobie na taką furę pozwolić, jesteś żebrak. Ale to przykład infantylności. Na przepełnionych przez samochody ulicach jeździ ogromnym samochodem. A w tym czasie żebrak siedzi… widziałem taką kobietę… ręce miała bardzo chore – artretyzm, ona czasami… często ją widuje jak prosi o pieniądze. Stoi, nic nie mówi. A jest też taki facet, cały w strupach, i on to dopiero potrafi zrobić bardzo żałosną minę. I rozumiem od razu, że ten facet jest infantylny. Dlatego, że on gra na swoim kalectwie, wystawia je na pokaz. Często liderzy krajów trzeciego świata wystawiają niedostatki swoich krajów na pokaz. I to też jest infantylność. I idziesz tak sobie zwyczajnie ulicą i nagle zaczynasz rozumieć, że wszystko dookoła ciebie jest infantylne, i ty sam też. I do wszystkiego trzeba dochodzić samemu, samemu obmyślać. Jestem pewny, gdy ten tekst czyta publicznie aktor, ktoś siedzi na widowni i myśli: „Więc cały czas analizuje, do czego to podobne”. Myśli sobie: „To postmodernizm. Oczywiście, to nie sztuka. To Griszkowiec. Albo nie. Tu nie ma takiej silnej, estetycznej, nacechowanej talentem treści. Jednak to sztuka. Tak. To sztuka. Ale możliwe także, że to taki eksperyment…”. Ktoś tak siedzi i myśli, a ja nie mogę się zabezpieczyć przed czymś takim. Ale chciałbym, żeby takich opinii było mniej. Dlatego dla mnie to wszystko jest ważne. Kurczę. Ale… to znaczy, jeszcze raz anomalia. Dalej będę mówić o anomalii. I dlatego muszę zapytać: co to jest norma? Co znaczy norma? To wtedy, kiedy każdy z nas należy do grupy, wspólnoty, społeczeństwa. Jeśli chodzi o mnie, to ja nie żyję we wspólnocie. „Tak, niby nie żyjesz. Każdy ma prawo tak myśleć. Wszystko jedno należysz do wspólnoty”. Bo wspólnota ma pewne możliwości, z których mogą korzystać jej członkowie. I norma jest wtedy, gdy maksymalnie wykorzystujesz te możliwości. Jeśli oczywiście chcesz. Chcieć wykorzystać te możliwości – to norma. A jeśli nie chcesz, to to jest reakcja obronna. Są różne urządzenia… Wspólnota daje możliwość korzystania z tych różnych urządzeń, technologii. Każdy może ich używać. Ale każde takie urządzenie ma swoją cenę, i ta cena się waha w zależności od tego, jak długo dane urządzenie funkcjonuje w społeczeństwie. Im nowsze urządzenie, tym wyższa cena. Są drogie urządzenia, są takie, które już dostatecznie długo są drogie. Na przykład, samoloty. Samoloty są drogie same z siebie – ich koszty produkcji są wyższe niż samochodu, i nie każdy może sobie pozwolić na kupno samolotu. Dalece nie każdy. Być może w tej chwili ktoś… no dobrze, wszystko jest jasne! Teraz będzie mowa o ubóstwie i bogactwie. Tak, z jednej strony będzie, a z drugiej – nie… Więc okazuje się, że społeczeństwo ma urządzenia, których cena waha się w zależności od różnych przyczyn. I nie wszyscy mogą sobie kupić najdroższe, albo po prostu drogie urządzenia. Trzeba albo oszczędzać pieniądze albo wziąć kredyt. I teraz okazuje się, że społeczeństwo każdemu daje możliwość kupna samolotu. Ale wzięcie kredytu na samolot wydaje się niemądre, kiedy masz dziecko na utrzymaniu, nie masz mieszkania, jakie byś chciał, albo nie możesz jechać na wakacje wtedy, kiedy chcesz. Oczywiście można powiedzieć: „Bierz kredyt na samolot!”. Ale gdy nie ma się mieszkania, gdy nie ma się możliwości opłacenia nauki dziecku, zabierania ukochanego człowieka codziennie do drogiej restauracji, kupowania codziennie najlepszych artykułów spożywczych, wzięcie kredytu na samolot jest infantylne! Ale oczywiście można powiedzieć: „No i co z tego, że to infantylne, skoro mi się chce to zrobić?!”. Ale to akurat będzie bardzo infantylnie, ponieważ brać kredyt na samolot to… już sam nie wiem, jak to nazwać. Wydaje mi się, że ten, kto potrzebuje samolotu, to i tak może go od razu kupić. A samolot na kredyt to cwaniactwo, a cwaniactwo to zawsze infantylność. Ale społeczeństwo daje taką możliwość. A więc idę sobie ulicą, i oto pytanie: czy spotkam choć jednego człowieka, który ma samolot? Czy przynajmniej jedna osoba realizuje tę możliwość, jaką daje jej społeczeństwo? Ani jedna. Ani jedna osoba idąca ze mną ulicą, i ani nawet ja sam, nie realizuje tej możliwości, jaką nam daje społeczeństwo. Czyli to nie jest norma. To jest anomalia. Wszyscy ludzie, którzy idą ze mną ulicą, włącznie ze mną – my wszyscy jesteśmy anomalni. Dlatego, że nie jesteśmy w stanie zrealizować możliwości, jaką oferuje nam społeczeństwo. I wtedy zaczynam się zastanawiać – dlaczego? Dlaczego właśnie tak jest? Widocznie jest jakaś przyczyna, polegająca na jakimś szczególnym postrzeganiu świata przez wszystkich, którzy idą razem ze mną ulicą. Gdzieś zakradł się błąd. A jeśli jest jakiś błąd – to jest infantylność. Dopuśćmy, można powiedzieć… można zaprzeczać, że potrzebujemy samolotu. Ale to jest działanie nieprawidłowe, bo skąd można wiedzieć, że jakaś rzecz nie jest nam potrzebna, skoro nigdy jej nie używaliśmy? Można powiedzieć, że ja intuicyjnie czuję, że ta rzecz nie jest mi potrzebna. Ale to również jest przykład infantylności. Ja intuicyjnie czuję, że ona mi niepotrzebna. Żeby zrozumieć trzeba spróbować. Przecież to nie jest zagrożenie życia, gdy na przykład założysz na głowę foliową torebkę, odetniesz sobie dopływ powietrza i spróbujesz nie oddychać przez trzy minuty. Dasz radę wytrzymać? Intuicja mi podpowiada, że nie muszę tego sprawdzać. Dlatego, że to bezpośrednio zagraża mojemu życiu. Ale samolot nie niesie takiego bezpośredniego zagrożenia. I mówić, że on mi nie jest potrzebny, to znaczy chować się, bać się swojej bezradności. Chodzić w różowych okularach i uciekać od rzeczywistej wiedzy, że nie mam możliwości zrealizowania tego, co mi proponuje społeczeństwo. I nikt na ulicy nie może! A ten, kto może – tego nie ma obok mnie. On nie chodzi ulicami. To znaczy, że to, co ja widzę dookoła, to anomalia. A ta anomalia zachodzi przez infantylny pogląd na świat. Każdy, kto idzie obok mnie ulicą, ma infantylny pogląd na świat. Wszyscy znajdujemy się w jednej wielkiej anomalii. Kiedy to zrozumiałem, zrobiło mi się bardzo źle. Szybko się z tym wprawdzie pogodziłem, ale zachciało mi się napisać o normalnym człowieku. Nie tak, żeby rozkoszować się anomalią, nie tak, żeby delektować się reportażami kanału NTW, ale znaleźć człowieka, który ma wszystkie klepki, u którego jest równo pod sufitem. Takiego, od którego uda się nauczyć jak być nieinfantylnym. Chociaż można powiedzieć, że to moje staranie jest infantylne. Ale to taka postawa… Tak można mówić o wszystkim. To forma regresywna. To tak, jakby zadawać sobie pytanie: co robić? Albo – po co żyję? Te pytania są wirusami. W związku z tym opowiedział mi siostrzeniec pewien dowcip, miał wtedy dziesięć lat. To znaczy opowiedział taką historyjkę: chłopiec się obudził, siedzi wróżka i mówi: „Powiedz dwa życzenia, spełnię każde jakie sobie wymyślisz”. Chłopiec mówi: „Chcę, żebyś wbiła gwóźdź w ścianę tak, żeby nikt nie mógł go nigdy wyjąć”. Wróżka tak zrobiła. Przyszedł czas na drugie życzenie. „A teraz go wyjmij”. Koniec. Wydaje mi się, że po takim życzeniu wróżka powinna umrzeć. To życzenie – wirus. Ono przekreśla cały ten dyskurs, ono jakby… nie, nie jakby, tylko obala pozycję wyjściową: na początek wbij tak, żeby nikt nie dał rady wyjąć, a potem wyjmij. Wszystko. Tak działa wirus, ciągu dalszego nie ma, po takim życzeniu dyskurs się skończył. To samo jest z pytaniami „co robić?” i „po co żyję?”. Te pytania to są wirusy, które powodują śmierć dyskursu, że dyskurs zwija się wokół nich, martwieje. Czy w ten sam sposób martwieje dyskurs wokół bogatych? Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że tak. Zamyśliłem się nad tym pytaniem tak tylko, nagle przyszło ono mi do głowy… W tej chwili nie mam możliwości rozwinięcia tego wątku. Ale wśród moich znajomych wszyscy są infantylni tak jak ja. Nie jesteśmy typowi. Zrozumiałem, że nie znajdę tu normalnego człowieka. Postanowiłem więc odnaleźć go teoretycznie. Pomyślałam, że jeśli on realizuje możliwość, jaką daje wszystkim społeczeństwo, to znaczy, że on jest bogatym człowiekiem. To znaczy, że wszyscy bogaci ludzi są normalni. Ten wniosek od razu spowodował u mnie pewien szok. Zauważyłem, że musi być jakiś błąd, jakaś nieprawda. Potem pomyślałem, że to wszystko jednak prawda. Jeśli człowiek jest bogaty, to znaczy, że jest normalny. A jeśli człowiek był bogaty i z jakichś przyczyn stał się biedny, to znaczy, że jest infantylny. Pewnie wszyscy znają takich ludzi albo historie o takich ludziach. Dzieję się tak dlatego, że bogactwo jest jeszcze lepszym startem do zdobycia jeszcze większego bogactwa. A jeśli przejebałeś swoje bogactwo, to znaczy, że gdzieś coś nie styka. To znaczy, że dany człowiek jest infantylny. Miałem w głowie obraz pewnego człowieka, wymyśliłem go wzorując się na tym, z kogo chciałem spisywać normalnego człowieka. Po pierwsze, ustaliłem, że to powinien być biznesmen, człowiek interesu. To nie może być aktor. Ponieważ… no wśród aktorów są bogaci, którzy latają samolotami, mają wille, ale to tak jak z afroamerykańskimi raperami. I tu trzeba pomówić o kanale przepustowym. Wyobraźmy sobie sytuację, przy której człowiek chce zarobić pieniądze, jak ja, na przykład, w zawodzie twórczym. Załóżmy, istnieje pewna ilość pieniędzy. Jakaś kwota, która jest skojarzona z pewnym rodzajem działalności. Przecież to jest oczywiste, że sprzedając surowce naturalne zarobisz więcej, niż pisząc powieści. To znaczy jest pewna ilość pieniędzy, która jakby rozchodzi się po kanałach biznesu. I ta ilość pieniędzy, która idzie kanałami biznesu, i ta, która idzie kanałami twórczości – nie są równe. To było dla mnie kolejne rozczarowanie. Nagle zrozumiałem, że do tego momentu nie myślałem w ten sposób… no o tym, że są jakieś sumy pieniędzy, które idą konkretnymi kanałami, że każda sfera ma swój własny pieniężny kanał. Myślałem, że istnieje jedna duża masa pieniędzy, wspólna dla wszystkich. Dla wszystkich sfer działalności. Potem do mnie doszło, że to jednak nie tak. W biznesie ta suma jest znacznie większa, niż w twórczości. Dlatego, że w biznesie zakres działalności jest szerszy. To znaczy… czy możemy określić, kto to reguluje? Kto te strumienie ukierunkowuje? Dokładnie nikt. Nie ma takiego człowieka. To w gruncie rzeczy tylko moje przypuszczenie, ale absolutnie odpowiada rzeczywistości. Na początku myślałem o rozumie. Myślałem, że mądremu człowiekowi wszystko jedno, czym on się zajmuje. Ten mądry człowiek zrozumiał, że w biznesie obraca się dużo większymi pieniędzmi, niż w twórczości. I znowu zrobiło mi się niedobrze. Zrozumiałem, że twórczością zajmują się niemądrzy ludzie. Wszyscy rozumni ludzie już dawno obliczyli, że biznes w większym stopniu pozwala tę możliwość wykorzystać. Jeśli wrócić do tego wcześniejszego pytania, to znaczy do tej możliwości, którą daje świat… to znaczy pozwala maksymalnie wykorzystać potencjał tej możliwości. Mądry człowiek wszystko obliczył i zrozumiał, że w biznesie jest więcej szans i zaczął zajmować się biznesem. Tutaj priorytet tkwi nie w tym, czym ty się zajmujesz, ale w tym, żeby w pełni realizować te możliwości, żeby maksymalnie wyeksploatować ten potencjał, który nam proponuje wspólnota. To znaczy, że twórczością zajmują się ludzie głupi. Po takiej myśli zrobiło mi się nieswojo. Bardzo trudno się przyznać, że jesteś głupi, chociaż wydawało ci się, że szedłeś po właściwej drodze. Ale przecież, kurczę, ja nie chcę zajmować się biznesem, ja chcę pisać teksty! I okazuje się, że to głupio i że jestem infantylny. Dlatego, że nigdy nie dam rady wykorzystać w pełni tej możliwości, jaką daje wspólnota, nie dam rady wygrzebać tych zasobów, bo ilość pieniędzy, przeznaczona na mój kanał, czyli twórczość, nie pozwoli mi na to. Po prostu nie wystarczy tych pieniędzy. I tu mnie znów olśniło. Przecież w biznesie ta ilość pieniędzy jest o wiele większa i możliwość zarobienia pieniędzy, jaką mają wszyscy, dosłownie wszyscy zaangażowani w biznes, jest o wiele większa. To znaczy, jakby sobie wyobrazić tę ilość pieniędzy jako wymiona, to ona ma w biznesie tyle kanałów odchodzących, tyle sutków. Bardzo wiele sutków, tak że dla każdego w zasadzie znajdzie się sutek i każdy może sobie z niego ssać pieniądze. No więc sutków jest wiele i z każdego idą pieniądze… Jest ich wiele i dlatego więcej ludzi dostaje te pieniądze. Ta duża kwota jakby rozchodzi się na wiele maleńkich części. A w zawodzie związanym z twórczością tych sutków jest o wiele mniej. O wiele. I odpowiednio potoki pieniędzy, które z nich płyną, są o wiele większe. To znaczy, sutków jest mniej, ale więcej pieniędzy z nich płynie. To mnie uspokoiło. To znaczy, że nadal mam szansę zostać mądrym, normalnym człowiekiem i zajmować się tym, co mi się podoba. Więc mógłbym poszukać takiego normalnego człowieka wśród ludzi zajmujących się twórczością Ale tu mamy kolejny problem: oni nie chodzą ulicami. To trzeba zrozumieć, to bardzo ważne. Bardzo wielu chodzi ulicami – mam na myśli aktorów, muzyków… Jednak nie ma wśród nich bogatych. Chodzą ci, którzy nie dostali się do tego kanału. A skoro nie są bogaci, to znaczy, że są infantylni. A to znaczy, że to anomalia i jeśli ja piszę o biednym aktorze, to znaczy, że znów buduję tekst na opozycji normy i anomalii. Albo po prostu znów piszę o infantylności. Więc teraz musimy wszystko podsumować, by nam się to nie rozlazło. Normalny człowiek – to mądry, bogaty człowiek, który ulicami nie chodzi. To trzeba zapamiętać. To jakby początek takiego specyficznego, teoretycznego portretu pamięciowego. To znaczy, można mówić: ja pieniędzy nie potrzebuję, ja potrzebuję tego, nie potrzebuję tamtego, ale fakt pozostaje faktem – między rozumem i bogactwem stoi znak równości, rozum równa się bogactwo. I jeśli nie rozumieć tego, nie przyjmować do wiadomości, to znaczy być infantylnym człowiekiem, który popadł w głęboką anomalię. Bardzo się złościłem na rodziców, którzy mi tego nie powiedzieli, nie wyjaśnili, i którzy sami do tego nie doszli, nie zrozumieli. Dla nich pomiędzy rozumem i bogactwem nie stoi znak równości. Przez chwilę się złościłem. Ale wszystko, co miałem do powiedzenia o takim typie, takich ludziach, napisałem w poprzednim swoim utworze. A teraz bardzo chciałem napisać o normalnym człowieku. Wydało mi się nawet, że znalazłem takiego. To właściciel kawiarni. Mamy w mieście taką jedną, bardzo modną kawiarnię. Najmodniejszą. Chciałbym o niej pisać nie dlatego, że jest modna. Mówię to po prostu dlatego, że chcę stwierdzić fakt, wymienić miejsce. A więc ona jest uważana za najmodniejszą. Nie chce mi się teraz przedstawiać jak to wszystko rozwijało się w czasie, nie chce mi się opowiadać historii, czyli zaczynać od tego, kim jest właściciel kawiarni i jak wygląda, i że ma tatuaż… On naprawdę ma tatuaż – taki podobny do pewnego godła. Kolor tego tatuażu też taki podobny… jak godło. Ktoś może teraz ironicznie zapytać: „No i gdzie ty widziałeś ten tatuaż?”. Ale ja naprawdę widziałem go, on jest w widocznym miejscu. Można i dalej ironizować: „A to w jakim takim miejscu?”. Nie chcę już więcej mówić, ale gdybyście spotkali tego człowieka, to zauważylibyście ten tatuaż. Z początku nie nadawałem tej osobie jakiegoś specjalnego znaczenia. Tylko mnie zdziwiła, wydała się taka niecodzienna… Ja jakby skatalogowałem sobie w głowie tego człowieka, właściciela kawiarni, jako przedstawiciela pewnej kategorii. To znaczy, on podpadał pod ten typ ludzi, jakiego potrzebowałem, jako ten typ, o którym chciałem napisać. I żeby było jasne – okazało się, że on nie jest tym człowiekiem, którego potrzebuję i o którym chcę napisać. Okazało się, że on nie jest ani mądry, ani normalny. Okazało się, że jest anomalny. Chociaż od razu sobie uświadomiłem, że znalazłem tego, kto by nauczył mnie żyć. Dlaczego? To bardzo łatwe, trzeba tylko chwilkę się zastanowić. Wyobraziłem sobie, że jeśli ktoś jest mądry i bogaty, więc jest normalnym człowiekiem. On ma swój biznes. Ma kawiarnię. Jest właścicielem kawiarni. Na półkach w kawiarni leżą książki Burroughsa, nie o Tarzanie, a o pederaście… Są tam jeszcze jakieś inne książki, ale już nie pamiętam tytułów. Tam zawsze gra modna muzyka, ale dojrzała modna muzyka, to znaczy Tricky, Massiv Attack, Radiohead. Crystal Castles tam nie usłyszysz. Ten człowiek ma tylko jedną kawiarnię. Ładną, stylową kawiarnię. I on sam jest bardzo dobrze ubrany i dba o twarz, o skórę twarzy. To widać. Przy czym ubrany jest nie jak podrostek, nie w sportowym stylu, przypomina bardziej dżentelmena. Tylko czemu, kurczę, on ma tylko jedną kawiarnię? Jeśli jesteś biznesmenem, to robisz wszystko, żeby twój biznes się rozwijał. A jak może się rozwijać biznes, jeśli masz tylko jedną kawiarnię? Zrozumiałem więc, że on nie jest biznesmenem. Niestety to znowu anomalia. Można niby powiedzieć: a mnie wystarcza, a mnie wystarcza dochodów z tej jednej kawiarni, żeby żyć, żeby mieć na ubrania, na jedzenie, mnie z jednej kawiarni wystarcza. Ta ograniczoność – mnie wystarcza! – jest to, co odróżnia człowieka normalnego od człowieka, który ma nierówno pod sufitem. Nie powinno, kurczę, wystarczać! Nie powinno! Powinno być tak: trzeba dążyć ku temu, by ten zasób, który proponuje społeczeństwo, maksymalnie wyeksploatować. Trzeba otworzyć drugą i trzecią kawiarnię! Może splajtujesz, to możliwe! Ale jeśli masz pieniądze… Jesteś dorosłym facetem i masz prawo wydawać pieniądze na drogie szmatki. Ale zaczyna być coś nie tak, jeżeli uspokajasz się, jeżeli kupisz sobie kolejną modną szmatkę wydając na to swoje dochody, i nie rozwijasz swojego dzieła, swojej pracy… Logicznie rozumując, nie jesteś mądrym człowiekiem. Jesteś infantylny. Przejebałeś swoje bogactwo. To pierwszy krok. Drogie spodnie to pierwszy krok. A potem ktoś powie: „Znam go! On był bogaty, ale przejebał wszystko i teraz mieszka ze mną na jednej klatce schodowej! To mój sąsiad!”. To akurat jest infantylność – mieć możliwość rozwoju własnego biznesu i nie skorzystania z tego. Nierobienie tego, zatrzymanie się na jednej kawiarni i powiedzenie: „To mi wystarcza”, to źle. To jak kolesie, którzy opowiadają: „Byłem dyrektorem firmy, zarabiałem pieniądze, ważyłem 140 kilogramów, byłem otyły i miałem zadyszkę. Kiedy zdarzył mi się atak serca i lekarze mnie odratowali, zrozumiałem, że nie można tak dalej żyć. Teraz jestem tu. Tam pada deszcz, a ja siedzę tu w Indiach i medytuję, znowu jestem zdrowy, zjednoczyłem się z naturą i wszystko teraz u mnie jest zajebiście”. To kolejne kroki w kierunku anomalii. Jeśli ty, mając swoją firmę, własny biznes, ważysz 140 kilo i masz zadyszkę, to to mówi tylko tyle, że jesteś infantylny. Ty jesteś infantylny! Dlatego, że masz wszelkie możliwości ku temu, żeby wyglądać normalnie. Tej możliwości nie mają ci, z którymi ja chodzę ramię w ramię po ulicach, i wymagać ode mnie tego, żebym wyglądał normalnie, to infantylność. To jak dziewczyny, które starają się wyglądać dobrze. Malują się, robią fryzury, pedikiur, manikiur, solarium… I oto idzie taka dziewczyna ulicą, a na asfalcie siedzi brudny śmierdzący bezdomny, i on też jest człowiekiem, jak ta dziewczyna, przecież nie jest z innej planety. I on samym swoim istnieniem przekreśla całkowicie każde staranie tej dziewczyny, żeby wyglądać efektownie. Każde jej dążenie do piękna. Albo weźmiemy jakiegoś chłopaczka o długich włosach, w porwanej czarnej koszulce i w śmierdzących trampkach. Ten chłopaczek i bezdomny – oni całkowicie przekreślają każde dążenie tej dziewczyny do piękna. Dopóki są tacy chłopcy i tacy bezdomni, dziewczyna, która chce wyglądać pięknie, będzie infantylna. Dlatego, że istnieją tacy jak ona ludzie, którzy to wszystko mają gdzieś, na wszystko srają. Oni samym swoim istnieniem przeczą jej staraniom. Można zapytać: czy to na pewno ludzie? Ale oni mają taki sam wygląd, taką samą biologiczną budowę, co ci, którzy tak myślą, i mają nawet jednakowe DNA. I tu w sklepie z modną odzieżą, o ironio losu, zobaczyłem właściciela tego sklepu. Natychmiast było jasne, że on jest właścicielem. To znaczy każdy człowiek na moim miejscu stwierdziłby, że to ten właśnie człowiek jest właścicielem tego miejsca, gdzie przyszliśmy na zakupy. To był taki człowiek około 55 lat, podczas gdy właściciel kawiarni może mieć gdzieś 44 lata. To taki typowy przedstawiciel ludzi w swoim wieku. Ma wąsy, okulary. Jak się bliżej przejrzy – w złotych oprawkach. Garnitur, kurtka skórzana, ale bez wyjebonów, typowa męska kurtka. Zobaczyłem go i od razu się ucieszyłem. Pomyślałem: o to jest człowiek, który nauczy mnie, jak być normalnym! Nie muszę do niego podchodzić by się poznać, nie muszę się zaprzyjaźniać, dokuczać mu w ogóle w jakikolwiek sposób. Muszę tylko podsłuchać, w jaki sposób on mówi. Dlatego, że bardzo łatwo jest mi naśladować inną osobę. Posłucham pięć minut, jak człowiek mówi, i już mogę kopiować jego mowę. Mogę pisać tak, jak on mówi, pisać jego sposób mówienia. Przekazywać ustnie mi się nie uda, nie mam wystarczających umiejętności w tym względzie. Więc podszedłem do niego ciut bliżej, żeby usłyszeć, co on mówi. Był razem ze swoimi pomocnikami. I oni coś tam do niego mówili, a ja widzę, że on ich wcale nie słucha. To znaczy słucha, ale tak jakby jednym uchem wpuszcza, a drugim wypuszcza. Prawie nie słucha. I nie usłyszałem w ogóle niczego, co on mówił. Jego pomocnicy wyszli ze sklepu, coś mu tam mówili, a on jakby ich nie słuchał. To był sklep z modnymi młodzieżowymi ubraniami, i właściciel tego sklepu to koleś w zwyczajnej skórzanej kurtce. Więc od razu stało się dla mnie oczywiste, że on się w ogóle nie zna na modzie, a tym bardziej na młodzieżowej. Zatrzymał się w tej kwestii trzydzieści lat temu. Ale mimo wszystko otwiera jeden sklep, później drugi i trzeci. A to dlatego, że dla niego moda i styl nie mają znaczenia. On jest biznesmenem. Nawet wymyśliłem sobie dialog… w głowie zbudowałem sobie taki tekst, w którym właściciel sklepu i właściciel kawiarni są znajomymi, dlatego, że właściciel sklepu przyjaźnił się ze starszym bratem właściciela kawiarni. I właściciel sklepu chce w jakiś sposób pomóc właścicielowi kawiarni, z uwagi na pamięć o starszym bracie odnosi się do właściciela kawiarni w ogromnym ciepłem. Mówi do niego: „Sierioża! (tak nazwałem w swoim tekście właściciela kawiarni) Sierioża, ja przecież na modzie się nie znam, ja jej nie rozumiem. Ale spójrz – otwieram jeden sklep, drugi, trzeci!”. I uderza w kierownicę samochodu. Rozmowa akurat toczyła się podczas jazdy samochodem. Właściciel sklepu chciał, żeby właściciel kawiarni, Sierioża, grał z nim i innymi biznesmenami w piłkę nożną. W moim tekście biznesmeni grają w piłkę nożną. A Siergiej, właściciel kawiarni, gra w squasha. Suma summarum nie napisałem tego tekstu. Dlatego, że zrozumiałem, że odnośnie do tego właściciela sklepu odzieżowego mój tekst jest infantylny. Przede wszystkim o czym i z kim ten człowiek mówi? Więc trzeba to wszystko podsumować. Znalazłem normalnego człowieka, który mógłby nauczyć mnie, jak przestać być infantylnym. Chciałem bardzo o tym człowieku napisać. Ale nie zdołałem usłyszeć, jak on mówi. Nie mogę naśladować jego mowy, bo nie słyszałem jej. Zacząłem się zastanawiać: dlaczego on im nie odpowiadał. Dlaczego nie rozmawiał ze swoimi pomocnikami, nie słuchał ich. Zarozumiałość? Pycha? Od razu odrzuciłem te ewentualności. Zarozumiałość, zarówno jak i cwaniactwo – to infantylność, takie zachowania występują tylko w sferze anomalii. Bogaty człowiek jest pozbawiony pychy. Dlatego, że bogaty człowiek to mądry człowiek, a to znaczy normalny. Normalny człowiek nie może być zarozumiały. A więc dlaczego nie rozmawiał? Wydawało mi się, że już doszedłem do tego: dlaczego. On jest mądry, bo jest bardzo zaangażowany i zna się na biznesie, ma więcej niż jeden sklep. I on wie, na przykład, co i kiedy ludzie mu powiedzą. Możliwe, że nie będzie znał jakichś tam detali, ale ogólnie to on wie, co i kiedy mówią mu ludzie. A samemu mówić? Co on sam ma mówić? Jeśli jesteś gadułą, to jest pierwszy krok do anomalii. Dialog to rozrywka infantylnych. Mądry człowiek milczy. On nie ma nic do powiedzenia innym. Bogaty człowiek równa się normalny człowiek, a więc milczy. Zrozumiałem to bardzo jasno, bardzo dokładnie. I to jest absolutna prawda. Dialog, mowa to przestrzeń anomalii. Normalny człowiek nie mówi. Zrozumiałem to, a również to, że w tradycyjnej formie, w jakiej się pisze utwory sceniczne, nie uda mi się napisać o normalnym człowieku. Bo dla niego sama forma tradycyjnego dialogu jest infantylna. Ona jest dla niego anomalna, on się do niej nie zniża. Infantylne byłoby także rozpisywanie jego życia za pomocą dialogów. Sam teatr jest dla normalnego człowieka infantylny. Jedynym wyjściem z tej sytuacji wydało mi się po prostu o wszystkim opowiedzieć, tak jak zrobiłem to w tym tekście. Dlatego, że taki człowiek nie wchodzi w dialog. Spotkałem go tylko jeden raz. I mam bardzo silne podejrzenia, że to właśnie był normalny człowiek. Oczywiście na początku myślałem tak też o właścicielu kawiarni. Właściciel kawiarni też milczy. Ale on ma tylko jedną kawiarnię. On nie jest biznesmenem. Chociaż właściciel kawiarni wydaje mi się taki sympatyczny… i chciałbym napisać o nim tekst. Ale to będzie wtórne w stosunku do tego tekstu, który napisałem wcześniej. To znaczy tylko tak, tylko w taki sposób można napisać o normalnym człowieku. Normalny człowiek pojawił się na chwilę, rozświetlił sobą przestrzeń i zamknął temat.