TO JA ZWYCIĘŻYŁAM

Jarosława PULINOWICZ

TO JA ZWYCIĘŻYŁAM

Tłumaczenie: Jakub Adamowicz


Jarosława PULINOWICZ (ur. 1987, Omsk) – dramatopisarz. Absolwentka Akademii Teatralnej w Jekaterynburgu (kierunek – „dramaturgia”, kierownik – Nikołaj Kolada). Mieszka w Jekaterynburgu. Napisała około dwudziestu utworów scenicznych.

Na język polski przetłumaczono: monodramat „Marzenie Nataszy” („Nataszyna mieczta”, tł. Alicja Chybińska) oraz sztuki: „Feniks powraca do domu” (tł. Jerzy Sygidus), „Niekończący się kwiecień” („Bieskoniecznyj apriel”, tł. Jakub Adamowicz), „Ja wam jeszcze pokażę” („Kak ja stał...”, tł. Jerzy Sygidus).

Polska prapremiera „Marzenia Nataszy” – Teatr Powszechny w Warszawie (19 II 2012, reż. Wojciech Urbański). Czytania: Teatr Nowy (Poznań) w ramach cyklu „Dramaty nowe. NOWA ROSJA” (9 XII 2012, opieka reżyserska Aneta Groszyńska, Natasza – Gabriela Frycz) oraz Teatr Polski (Wrocław, reż. Anna Ilczuk, 11 II 2013).

Dramat „Marzenie Nataszy” został opublikowany na łamach antologii „Antologia współczesnego dramatu rosyjskiego. T. 1. Nowy realizm” (pod red. Andrieja Moskwina, Warszawa 2011).

Utwór „Niekończący się kwiecień” został napisany w 2011 r. i brał udział w konkursach: „Eurazja” i „Lubimowka” (2011). Inscenizacje: Centrum Teatralne na Strastnom (Moskwa), Teatr Dramatyczny (Ułan-Ude), Teatr Dramatyczny „Benefis” (Jelec), „Przestrzeń Teatralna Andrieja Moguczego” (Sankt Petersburg), Teatr Dramatyczny (Kemierowo). Prapremiera sztuki „Feniks powraca do domu” („Ptica Fieniks wozwraszczajetsia domoj”) odbyła się na deskach zespołu „Etiud-Teatr” (Sankt Petersburg, reż. Jekatierina Gorochowskaja, 25 II 2012). Inne inscenizacje: Samarski Teatr Młodego Widza (SAMART, Samara, reż. Wiera Popowa, 28 II 2012); Teatr „Parafraz” (Glazow, reż. Damir Sielimzianow, 10 III 2012); Teatr Dramatu i Komedii (Oziorsk, reż. Jekatierina Gorochowskaja, 29 IV 2012).

Andriej Moskwin


Osoby:

Natasza, 16 lat

NATASZA Ona mnie nienawidzi, wiem o tym… Ona niczego nie ma, ta pryszczata idiotka. Podstawówki nie skończyła… Nigdy nie była śliczna, ale teraz to wygląda zupełnie jak trup. Kto by taką chciał? Sama się doigrała… Sama jest sobie winna. Nawet matka nie chce mieć z nią nic wspólnego.

Sama widziałam, jak jej matka krzyczała w korytarzu, a to nasza sąsiadka – osiem rodzin mieszka w naszym domu… „Nie chcę cię znać, wcale nie jesteś moją córką, ja normalną urodziłam, a nie narkomankę. A może ty w ogóle masz AIDS, i nie można cię dotykać. Zjeżdżaj stąd, żebym cię więcej na oczy nie widziała…”. No i dalej w tym stylu. A ja akurat następnego dnia miałam egzamin z fortepianu, więc siedzę, przygotowuję się. I kiedy te krzyki się zaczęły, moja mama wyszła i powiedziała jej mamie: „To są pani problemy, proszę tak nie krzyczeć. Skoro to pani ma córkę narkomankę, to dlaczego moja córka ma cierpieć z tego powodu”. Zagroziła, że wezwie milicję… Jej matka widocznie się wystraszyła, bo wróciła do swojego mieszkania, trzasnęła drzwiami i później siedziała już cicho. Mama widziała, że aż się cała trzęsłam z tego wszystkiego, dała mi waleriany i zaprowadziła do pokoju. Przytuliła mnie i powiedziała: „Teraz rozumiesz, dlaczego nie chcę, żebyś się szwendała po ulicach?”. A ja to już dawno zrozumiałam, nawet nie tyle, że zrozumiałam, a jakoś przywykłam…

Mama od dziecka zapisywała mnie do kółek zainteresowań, najpierw tańce, potem pływanie, muzyka, a teraz telewizja. Skończyłam szesnaście lat, a mam już kilka dyplomów, jeden – z kursu tańca w szkole sztuk pięknych, trzy następne – z pływania. Zajęłam aż pierwsze miejsce w mieście i drugie w okręgu. Poza tym mam jeszcze kupę dyplomów, kończę wokalistykę w szkole muzycznej, no i z jednym chłopcem prowadzę audycję młodzieżową w studiu telewizyjnym.

Właściwie to studio mnie uratowało, wcześniej w szkole nie traktowano mnie na serio. Nie, traktowano mnie normalnie. Nie byłam gburem, dawałam ściągać. Ale gdzie po szkole idą wszystkie dziewczyny? Włóczyć się. No i w czasie tych przechadzek zapadają najważniejsze decyzje – kogo trzeba bojkotować, komu podłożyć świnię, jak wyciągnąć od rodziców kasę na dyskotekę.

Mnie, co prawda, nigdy to nie dotyczyło – mówię, że traktowano mnie normalnie, bez żadnych złośliwości. Raz nawet poszłam z nimi na koncert, to było ze dwa lata temu, Iwanuszki przyjechali do naszego miasta. Mama sama podeszła do mnie i powiedziała: „Słuchaj, Natasza, pewnie chciałabyś pójść na koncert”. Nie powiem, że bardzo chciałam iść, ale mama i tak dała mi pieniądze, żebym sobie jakieś ciuchy kupiła. Trzeba było pokazać mamie, że jej starania nie poszły na marne, więc poszłam.

Koncert zupełnie mi się nie spodobał, bo już wtedy zajmowałam się śpiewem i parę razy o mało uszy mi nie odpadły od tych piosenek i od tego, że dźwięk nie był czysty.

A jeszcze do tego ta moja sąsiadka, którą wyrzucili z domu, przyszła z jakimiś chłopakami. Udało im się jakoś przemycić wódkę, pili ją z plastikowych kubków wprost na parkiecie. A potem jeden z tych jej chłopaków zaczął ją łapać za tyłek, a ona tak przy wszystkich zaczęła się z nim całować! O mało mnie szlag nie trafił, jak on jej zaczął ten swój język do gardła wciskać. Jasne, że to nie moja sprawa, po prostu to żadna przyjemność patrzeć na coś takiego, to przykre, że tacy jak ona mieszkają za twoją ścianą. A ile ona wtedy miała? Wychodzi, że miała czternaście lat, moja rówieśnica, tylko chodzi do młodszej klasy, bo raz ją zostawili na drugi rok.

A kiedy koncert zbliżał się do końca i u połowy dziewczyn tusz do rzęs spłynął ze łzami, ona do mnie podeszła i cicho, na ucho, szepnęła… „Ale czyściutka jesteś cała, mamusię kochasz, chcesz, żeby wszyscy cię mieli za taką porządną? Nienawidzę cię, nienawidzę takich jak ty, obyś zdechła, suko, zdychaj, zdychaj, a jak już zdechniesz, to zatańczę na twoim grobie, jasne?”. Całe usta miała wysmarowane jaskrawo-czerwoną, rozmazaną szminką, podkład na twarzy miała nierówno rozłożony. Czuć było od niej jakimiś słodkimi perfumami, papierosami i alkoholem. Nic jej nie odpowiedziałam. Pewnie nawet teraz nie byłabym w stanie jej odpowiedzieć, bo to idiotka, w szkole dostaje pełno uwag za zachowanie i brak postępów w nauce. Co można jej odpowiedzieć? Dlatego po prostu poszłam do domu. Wrażenie było takie, jakby mnie wrzucili do beczki z dziegciem.

W domu opowiedziałam o wszystkim mamie, a ona odpowiedziała mi bardzo trafnie: „Natasza, jak chcesz, to oczywiście porozmawiam z jej mamą. Ale lepiej po prostu nie zwracaj na nią uwagi. Od chamów i idiotów lepiej trzymać się z daleka. Jesteś od nich więcej warta”. Przestałam zwracać na nią uwagę.

Zazwyczaj przychodziłyśmy na przystanek o tej samej porze. Stoimy i czekamy na autobus. Odejdziemy od siebie jak można najdalej. Ale nawet przez poranną mgłę widziałem to jej spojrzenie, wyglądało, jakby mogła nim spalić wszystko wokół. Wtedy była zakatarzona, nie nosiła rękawiczek, dlatego ręce na mrozie zrobiły jej się czerwone jak burak, z białymi spękaniami. Jak ja bym miała takie spierzchnięte ręce, to chyba bym zwariowała, to przecież jest nieładne, wręcz odrażające, ręce jak papier ścierny, nawet u chłopaka to okropność, a tym bardziej u dziewczyny. Kiedy byłam w studiu telewizyjnym i został wyemitowany pilotażowy odcinek, ona na moich drzwiach napisała węglem słowo, nie powiem jakie… Ona sama taka jest…

Z tym studiem to w ogóle śmiesznie wyszło. Pewnego razu do naszej klasy przyszła kobieta z telewizji i powiedziała, że będzie wybierać młodzież do programu dla dzieci, no, żeby oni tam byli prowadzącymi… Tak jakby casting, tylko dziecięcy. Chłopaki, głupole, od razu powiedzieli: „Co my, geje czy co”, i odmówili. Przez ten casting nie mieliśmy historii, dlatego wszyscy chłopcy pobiegli do domu, a dziewczyny do łazienki – zadbać o urodę.

Gdyby to wszystko było po lekcjach, to nigdy do żadnego studia telewizyjnego bym nie trafiła, bo plan dnia mam rozpisany co do minuty – tego dnia miałam śpiew, potem szybko do domu, odrobić lekcje i na basen. A tak, skoro zostało trochę czasu, postanowiłam spróbować, bo przecież to ciekawe. Do tego mam gęste włosy i na zdjęciach zawsze dobrze wychodzę, jak tylko nie mrugnę. Jak to się mówi – jestem fotogeniczna. Wszystkie owalne i trójkątne twarze są fotogeniczne, a kwadratowe i prostokątne – nie. To łatwo sprawdzić, trzeba ołówkiem obrysować kontur twarzy i od razu stanie się jasne – jesteś fotogeniczna czy nie.

Jak weszłam do łazienki, to nie było jak się przecisnąć, dziewczyny ze wszystkich klas kłębiły się przed lustrem, o mało się nie pobiły przez to lustro. I ona tam stała, tyle, że nie przed lustrem, a przy ścianie – patrzyła na swoje odbicie w kafelkach i rysowała coś palcem. Tak wyszło, że stanęłyśmy obok siebie. Nawet zrobiło mi się jej żal, no bo przecież wiadomo, że do żadnego programu jej nie wezmą, worki pod oczami, chuda, blada, niejeden trup lepiej wygląda. Lecz ona, nie bacząc na to, stała i patrzyła… Potem spytała mnie ochrypłym głosem: „Masz lusterko?”. Pogrzebałam w torebce, znalazłam i podałam jej. Popatrzyła w nie, rozczesała włosy palcami, wyjęła szminkę z kieszeni, pomalowała usta. A potem z całej siły walnęła lusterkiem o ścianę… W powietrze uniosło się milion odłamków, jak pył. Mówię do niej: „Coś ty zrobiła? Jak tak można z cudzą rzeczą?”. A ona wzrusza ramionami: „Wybacz, to było niechcący…”. W tym momencie chciałam ją uderzyć, rozerwać na drobne kawałki, ale przypomniałam sobie słowa mamy i po prostu po cichu odeszłam, wyszłam z łazienki… Potem dziewczyny z klasy mówiły, że chciały się za mną wstawić, pobić ją od razu, ale bały się, że się potargają przed castingiem. One wszystkie wyczesały sobie najróżniejsze fryzury, wysmarowały się lakierem, a ja zrobiłam sobie tylko kucyk, jak w życiu. W jakimś czasopiśmie mamy wyczytałam, że naturalność – to najlepszy styl.

Zebrali nas tam w auli, troje ludzi siedziało – tamta babka, dwóch facetów, był też operator, który naciągał na scenie niebieskie płótno. Później się dowiedziałam, że ta babka to redaktor programu Wiera Siemionowna, a faceci – reżyser Andriej Panow, prosił, żeby mówić do niego po prostu Andriej, i jeszcze jeden reżyser, tylko nie telewizyjny, a teatrów dziecięcych – Wasilij Siergiejewicz Kapustin. A operator – to tylko Sławka Żywodiorow, dopiero co skończył osiemnaście lat, kazali mu przyjąć pseudonim, bo Żywodiorow to nie jest telewizyjne nazwisko.

No i zaczął się casting. Wywoływano nas według listy. Nie trzeba było robić nic szczególnego, po prostu opowiedzieć o sobie przed kamerą, potem jakiś żart albo śmieszne zdarzenie z życia, i, jak umiesz, zaśpiewać albo zatańczyć. Wszystkie nasze dziewczyny przed kamerą zaczęły się wstydzić, śmiać, zasłaniać twarz, albo odwrotnie, zachowywały się jak kompletne idiotki – przeciągały słowa, próbowały mówić jak w telewizji. Tylko, że głupio im to wychodziło, wyglądało, jakby wszystkie miały coś z głową nie w porządku. Wiera Siemionowna najczęściej przerywała takim w pół słowa, mówiła: „Dziękuję, wystarczy”, i wzywała następną. Przyszła kolej na nią. Podeszła i usiadła na krześle przed kamerą. Zrobiła to bardzo spokojnie, choć widziałam, że drżały jej ręce. Poprosili ją, żeby opowiedziała o sobie. Zaczęła opowiadać, również bardzo spokojnie i cicho, tak jakby opowiadała nie komisji, a sobie albo nam. A na co nam o niej słuchać, można by pomyśleć, że jej nie znamy?

Mówiła dosyć długo, zaczęłam się już denerwować, bo byłam następna w kolejności, a musiałam już lecieć na zajęcia. Nie pamiętam, o czym ona im tam opowiadała, pamiętam tylko, że jak ją zapytali, co ona lubi, to odpowiedziała: „Lubię być sama w pokoju, jak nikogo nie ma. Lubię też, jak na dworze jest taka pogoda, że śnieg zmienia się w deszcz i można długo stać na ganku i patrzeć…”.

Właściwie, to ładnie powiedziała, ale postać tak na ganku można, jak ma się czas, jak jest kiedy powłóczyć się z przyjaciółmi po ulicach. A co, jak nie ma czasu nawet na odrobienie lekcji i trzeba je odrabiać na przerwie? Moja uwaga odpłynęła gdzieś z tymi myślami, a kiedy się ocknęłam – ona dalej mówiła i mówiła, rozwaliła się na krześle, zupełnie jakby siedziała z przyjaciółmi w parku i opowiadała tylko o sobie. Już wszyscy czekali, aż jej w końcu powiedzą „dziękujemy, wystarczy”, ale nikt z komisji jej nie przerywał, wszyscy słuchali z uwagą. Pomyślałam – odpuszczę sobie ten casting, polecę już na muzykę, ale w tej chwili ona skończyła i Wiera Siemionowna powiedziała: „Wiernikowa Natalia”.

Podeszłam, usiadłam, starałam się cały czas mieć plecy wyprostowane, bo piękne plecy – to warunek bycia pięknym, też u mamy to wyczytałam. Opowiedziałam o sobie, o swoich sukcesach, o muzyce, o tańcu, o pływaniu. Andriej, reżyser, zapytał – jak zdołam prowadzić program, skoro mam tyle zajęć. Odpowiedziałam, że najważniejsze – to odpowiednio rozplanować swój czas, a w razie potrzeby dogadam się z wykładowcami i będą mnie puszczali na zdjęcia. Potem poprosili, żebym zaśpiewała. Zaśpiewałam starą, angielską piosenkę, akurat ją ćwiczyłam z nauczycielem. No i właściwie nic więcej mi nie powiedzieli, zapisali, tak jak w przypadku wszystkich przede mną, mój telefon, służbowy telefon rodziców, spytali o zawód rodziców. Moi rodzice wykonują ciekawe zawody, zawsze lubię o tym mówić – mama jest psychologiem w pewnej firmie, a tata wykłada angielski na uczelni.

Tamtego dnia spóźniłam się dziesięć minut na zajęcia, ale z ważnego powodu, dlatego Anastasja Pawłowna, która uczy mnie śpiewu, nawet ucieszyła się z mojego powodu, powiedziała: „Natasza, może niedługo będziemy cię oglądali w telewizji, zostaniesz gwiazdą”. Tak naprawdę, nigdy nie chciałam być gwiazdą, ja tylko lubię występować na koncertach, uczestniczyć w zawodach, bo jest to jak dowód, że nie jesteś tylko dziewczynką, zwyczajnym człowiekiem, a coś możesz, potrafisz coś, czego nie potrafią inni. I mama zawsze po koncertach kupuje tort albo piecze ciasto. Wtedy siadamy całą rodziną, rodzice piją wino, a ja sok, i nawet nikt nie włącza telewizora, wszyscy mówią o moim koncercie albo zawodach. Tata zawsze wszystko filmuje kamerą, a my potem oglądamy ponownie mój występ i każdy wyraża swoje zdanie. Tacie, na przykład, zawsze się wszystko podoba, a mama może powiedzieć coś w stylu: „Ten kostium gryzie się z lakierkami”, albo: „Mówiłam, żebyś wzięła mój lakier, cała ondulacja ci się potargała”… Ale ja wiem, że mama tak mówi, żeby się odróżnić ode mnie i taty. Moja mama uważa, że każdy człowiek powinien mieć coś, co go wyróżnia, że można być w pełni człowiekiem tylko wtedy, gdy potrafi się rozmawiać z ludźmi, a przy tym nie upodabniać się do nich. Mama ma pełną szafę różnych ciuchów, a wszystkie te ciuchy szyje jej znajoma krawcowa, bo mama uważa, że kupowanie ubrań w sklepie to prosta droga do zlania się z masami. Też mam parę ciuchów od krawcowej mamy, ale, szczerze mówiąc, nie lubię ich nosić, bo wtedy pół klasy gapi się na mnie jak na jakieś zwierzę. Tata czasem mówi mamie: „Przez to twoje dążenie do odróżniania się niedługo zbankrutujemy”. Mam bardzo mądrego tatę. Zna pięć języków. A ja na razie tylko angielski, tata chciał uczyć mnie francuskiego, ale potem z mamą zdecydowali, że muszę najpierw skończyć muzykę, bo od takiego nawału zajęć głowa mi pęknie. Dokładniej, to mama zdecydowała. Po prostu tata chce, żebym studiowała na jego uczelni języki obce, a mama, żebym została artystką albo muzykiem. Mówi, że nieważne, co będę robiła, ważne, żebym lubiła to, co robię i odróżniała się od innych. Pewnie nie chcę się za bardzo odróżniać od innych, bo wtedy zupełnie na nic nie zostanie czasu, a ja, mówiąc szczerze, chciałabym kogoś mieć. Wcześniej chciałam… Bo teraz w moim życiu pojawił się Siergiejew, ale wszytko po kolei.

Gdzieś po tygodniu podeszła do mnie nasza dyrektorka i powiedziała, że o piętnastej czekają na mnie w miejskiej telewizji, mam na dyżurce powiedzieć swoje nazwisko i mnie zaprowadzą. Oczywiście od razu zrozumiałam, że przeszłam, bo pozostałym nic takiego nie powiedzieli. Chciałam zadzwonić do mamy, sprawić jej radość, ale potem postanowiłam, że najpierw tam pojadę, bo co, jeśli by się jednak okazało, że nic z tego? Ledwie wysiedziałam na lekcjach, pobiegłam do szkoły muzycznej, uprzedziłam, że dziś z ćwiczeń nic nie wyjdzie. Anastasija Pawłowna życzyła mi powodzenia i podarowała brelok w kształcie jabłka – coś w rodzaju talizmanu.

Przyszłam do studia telewizyjnego i, tak jak mówiła dyrektorka, podałam swoje nazwisko. Zjechała po mnie Wiera Siemionowna, zaprowadziła mnie do studia, to znaczy jeszcze nie do samego studia, a do swojego gabinetu. Pogratulowała mi, powiedziała, że przeszłam i za tydzień zaczną się zajęcia z pedagogiem i zdjęcia, poprosiła, żebym się nie malowała i nie strzygła włosów. Do tego okazało się, że znaleźli mi do pary chłopca z innej szkoły, jest ciut młodszy ode mnie, ale to nawet lepiej, bo sprawia wrażenie, że jesteśmy rodzeństwem albo przyjaciółmi z dzieciństwa, a to lepiej pasuje do koncepcji programu. Niedługo rozmawiałyśmy, dała mi scenariusz, poprosiła, żebym do następnego spotkania przynajmniej pobieżnie się z nim zapoznała, bo, jak powiedziała, tekst będzie leciał z promptera – to taki ekran w telewizji, z którego prezenterzy wiadomości odczytują tekst, ale tak czy inaczej, póki się do niego nie przyzwyczaimy, lepiej, żebyśmy uczyli się tekstu.

Powiedziałam, że wszystko zrozumiałam, i jak już wychodziłam, usłyszałam na korytarzu rozmowę dobiegającą z sąsiedniego gabinetu. Wiem, nieładnie jest podsłuchiwać, ale tam padło moje nazwisko, a ja właściwie nie podsłuchiwałam, tylko zwolniłam kroku. Rozmawiali ci sami faceci, co byli na castingu – Andriej, reżyser i Wasilij Siergiejewicz, pedagog w teatrach dziecięcych. Andriej mówił głośno, tak że w ogóle nie trzeba było się starać podsłuchiwać. „Proszę mi jednak powiedzieć, dlaczego bierzemy tę Wiernikową czy tam Warnikową, a nie Skworcową?”. Wymienił ją, ona ma takie nazwisko. I potem jeszcze dodał: „Uważam, że ta dziewczynka, ta Skworcowa, ma dużo większy potencjał i jest ewidentnie bardziej utalentowana od pańskiej Wiernikowej”. I wtedy Wasilij Siergiejewicz zaczął mówić, jakby się usprawiedliwiając: „Andriej, znam tę dziewczynkę, ona chodziła do naszego teatru na zajęcia do grupy wsparcia psychologicznego… To bardzo trudne dziecko, wymaga do siebie odpowiedniego podejścia. Wyobraź sobie taką sytuację – wyznaczono termin zdjęć, zaproszono ludzi, a dziecka nie ma. Gdzie jej będziesz szukał? Albo nagle dostanie na planie ataku histerii. Andriej, powtarzam, psychika tej dziewczynki jest bardzo niestabilna…”. Dalej nie słuchałam. Nagle odechciało mi się dzwonić do mamy, odechciało mi się prowadzić ten program… Skoro jestem takim beztalenciem, to dlaczego w takim razie mnie bierzecie? Tylko dlatego, że mam stabilną psychikę? Lenka Andriejewna, nasza starosta, jest niesamowicie spokojna, jak słoń, nic jej nie wyprowadzi z równowagi, w takim razie ją weźcie! I w czym ONA jest bardziej utalentowana ode mnie? W tym, że rozwaliła się w tym fotelu i mruczała coś pod nosem? Ma beznadziejną dykcję, w życiu nie wydusi z siebie nic ponad wysokie ce.

Wróciłam do domu bardzo zdołowana, nawet jeść mi się nie chciało. Oczywiście, mama od razu na mnie wskoczyła: „Natasza, co się stało?”. Nie zamierzałam jej o tym mówić, ale moja mama jest psychologiem, ona i z partyzanta wydusi prawdę, zresztą powinna pracować w wywiadzie. Mówiąc krótko, powiedziałam jej, co zaszło. Mama popatrzyła na mnie i rzekła: „Natasza, przecież zdanie każdego człowieka jest subiektywne”. Dodała potem: „Wzięli cię nie ze strachu, że Skworcowa może nie przyjść na zdjęcia, a dlatego, że ty oprócz tego, że jesteś utalentowanym człowiekiem, to jesteś jeszcze bardzo odpowiedzialna. Przecież wybierali cię spośród setek, a przeszłaś tylko ty…”. Zrobiło mi się jakoś tak lżej na duszy od tych słów mamy, usiadłyśmy w moim pokoju i zaczęłyśmy czytać scenariusz. Bardzo szybko się go nauczyłam, był bardzo prosty. Dużo trudniej jest się nauczyć Puszkina. Tym bardziej, że ja mówiłam, a mama porównywała z tekstem, czy mówię dobrze, czy nie, dlatego nie trzeba było marnować czasu na odszukiwanie potrzebnego fragmentu.

Po tygodniu zaczęły się zajęcia przygotowawcze. Zapoznali mnie z moim współprowadzącym – Piet’ką Mamoczkinem, śmieszne nazwisko, prawda? Jasnowłosy, niższy ode mnie o głowę, w ogóle nie mam pojęcia, jakim cudem on przeszedł na castingu. Jest oczywiście bardzo śmieszny, urodzony aktor, ale nie może nawet minuty usiedzieć na miejscu. Wszystko go ciekawi, od razu poszedł przepytywać operatorów, zaczął stroić miny do kamery. Wiera Siemionowna nawet zwróciła mu uwagę.

Wyjaśnili nam, że powinniśmy grać samych siebie, czyli Piet’ka takiego niemogącego usiedzieć w miejscu urwisa, który wiecznie pakuje się w kłopoty, a ja, odwrotnie, coś w rodzaju jego starszej siostry, powinnam postępować właściwie i cały czas wyciągać go z opresji. Zdecydowano, że odcinek pilotażowy, to znaczy zupełnie pierwszy, zostanie nagrany, a następne odcinki będą szły na żywo. Będzie do nas dzwoniła młodzież, która będzie zadawała pytania, a my będziemy z nimi rozmawiali. Wyjaśnili, co to znaczy pchełka – taki malutki mikrofon, który chowa się pod ubraniem, co to ucho – też coś w rodzaju mikrofonu, tylko że zakłada się go, żeby słyszeć reżysera w czasie występu na żywo, co to takiego kamera aktywna – to kamera, która w tej chwili ciebie filmuje. To bardzo proste, wystarczy tylko zwracać uwagę, na której kamerze zapaliło się czerwone światełko, to właśnie ta kamera jest aktywna i na nią trzeba patrzeć. Przedstawili koncepcję programu, to też nic trudnego – chodzi o to, żeby opowiadać młodzieży o życiu młodzieży, o tematyce społecznej, następnie edukacyjne reportaże i relacje o wszystkich dziecięcych festiwalach i jakichkolwiek dziecięcych osiągnięciach. Oczywiście, dziennikarzy wybrano nie spośród dzieci, a spośród studentów wydziału dziennikarstwa, tak więc ja z Piet’ką okazaliśmy się w tym projekcie najmniejszymi trybikami.

Oprócz tego, do naszego studia mają przychodzić goście – również dzieci, które czymś się wyróżniły, albo dorośli, w jakiś sposób związani z dziećmi. Program nazwano „Nasz świat”. Zdjęcia zajęły jakieś dwa dni, później jeszcze było nagranie z dwiema dziewczynkami, które zwyciężyły w okręgowych zawodach gimnastycznych. Dziewczynki były bardzo stremowane, poczułam się wtedy prawdziwą gospodynią programu, bo bez przerwy musiałam przekręcać pytania podane w scenariuszu i zadawać je w nowej formie, żeby one choć na cokolwiek odpowiedziały. Do tego one patrzyły na mnie i na Piet’kę takim i oczami, jakbyśmy byli jakimiś kosmitami… A przecież, co w tym takiego dziwnego, zadać parę pytań przed kamerą?

Wtedy, po wywiadzie z tymi dziewczynkami, zapoznano mnie z Siergiejewem. Widziałam go już wcześniej, taki wysoki, jasnowłosy chłopak z kolczykiem w uchu. Ma bardzo piękne oczy, takie głębokie, nawet jak zwyczajnie patrzy, to wydaje się, że niezwyczajnie… Operator Sławka mnie z nim zapoznał, okazało się, że Siergiejewa nazywają Saszą, pracował w telewizji jako reżyser dźwięku, mimo że nie miał żadnego wykształcenia, po prostu bardzo kochał muzykę i wszystko, co jest z nią związane. Dlatego po szkole trafił od razu tutaj. Ma zaledwie dwadzieścia jeden lat, a już wróżą mu stanowisko głównego reżysera dźwięku, tak mi Sławka powiedział. Bardzo zdolny chłopak. Zapoznanie się poszło tak sobie. Sławka mnie przedstawił, potem Sasza sam się przedstawił. Zapytał mnie: „A ty zawsze jesteś taka surowa, czy może tylko taką grasz?”. Roześmiałam się, oczywiście. Potem ktoś go zawołał, a ja i tak już musiałam iść na basen. A jak pływałam na basenie, wyobrażałam sobie, że on płynie obok i od razu pojawiał się uśmiech na mojej twarzy…

Na trzy dni przed emisją programu puścili jego reklamę. Swoją mordę widziałem częściej w telewizji niż w lustrze. Nasz telefon w domu nie milknął ani na chwilę – koleżanki mamy, jakby im odbiło, wszystkie dzwoniły, żeby jej pogratulować, jak gdyby to ona została spikerką, a nie ja. Dalej chodziliśmy z Piet’ką na zajęcia do Wasilija Pietrowicza, ćwiczyliśmy z nim głównie wymowę, wykonywaliśmy różne ćwiczenia w rodzaju łamigłówek słownych albo rli-lri-lri-rli… Język można połamać, jak to się mówi. Ale szybko robiłam postępy, na zajęciach ze śpiewu uczą nas podobnych rzeczy, Piet’ka zapamiętywał o wiele wolniej.

Czasem na zajęcia przychodził Andriej, reżyser, i wtedy czułam się jakoś dziwnie. Wyraźnie wyczuwałam, że mnie nie lubi, zawsze chwalił tylko Piet’kę, nawet nie patrzył w moją stronę. Andriej wyjaśniał nam, jakie nieprzewidziane zdarzenia mogą zaistnieć w czasie realizacji programu na żywo, jak odpowiadać na telefony widzów, co mówić, jeśli dojdzie do rozłączenia rozmowy. W sumie, szybko to zapamiętaliśmy, tylko Piet’ka prosił o powtórzenie po dziesięć razy, nie dlatego, że jest jakiś tępy, a dlatego, że jest nieuważny i zawsze ma mnóstwo pytań. Andriej nawet zapytał: „Pietia, czy ty na pewno masz czternaście lat, a nie pięć?”. Piet’ka oczywiście zaraz zaczął udawać pięciolatka, robić miny i dłubać w nosie, a Andriej omal nie zleciał z krzesła ze śmiechu.

Tak wyglądały nasze zajęcia przed pierwszym programem na żywo. Nawet zajęcia z muzyki zaczęłam opuszczać, bo studio wydawało mi się dużo ciekawsze. A najważniejsze, choć nie wiem nawet dlaczego najważniejsze, cały czas widziałam Saszę. Prawie nie rozmawialiśmy ze sobą, tylko się witaliśmy. Ale on za każdym razem, kiedy mnie zobaczył, umyślnie opuszczał brwi i przybierał taki nachmurzony wyraz twarzy, że zaczynałam się śmiać jak szalona. Czasem jeszcze dodawał: „No, co tam, miss Doskonałość, byłaś popływać czy pośpiewać?”. To Wiera Siemionowna wszystkim rozgadała, że oprócz studia mam jeszcze mnóstwo zainteresowań.

No i nadszedł w końcu czas emisji naszego programu. Włączyliśmy z rodzicami telewizor na pół godziny przed rozpoczęciem, tata włożył czystą kasetę do magnetowidu, żeby włączyć nagrywanie od razu, jak się zacznie. Cała się trzęsłam, nie mogłam jeść ani pić. Tata wziął mnie na kolana jak małe dziecko i trzymał za rękę, żebym się nie denerwowała. Zaczął się program… Oczywiście wiedziałam, co w nim będzie, ale i tak się strasznie denerwowałam. Czterdzieści minut zleciało jak dwie sekundy, tylko mama bez przerwy piała z zachwytu – w rodzaju: oj, jak ładnie wyglądasz, albo: oj, jakie dobre ujęcie, tak, że już tata jej powiedział: „Irina, potem się będziesz zachwycała, dobrze?”.

Kiedy program się skończył, linia telefoniczna rozgrzała się niemal do czerwoności – dzwoniły koleżanki mamy, współpracownicy taty, moje koleżanki, Anastasija Pawłowna, dzwonił nawet mój trener od pływania i moja wychowawczyni. Naprawdę miałam wrażenie, że całe miasto, co do jednego, oglądało ten program. Już mi się zaczął język plątać od podziękowań. Nieco później zadzwonił Piet’ka i powiedział: „No co, Nataszka, ale daliśmy czadu, wszystkich porwaliśmy!”. Potem zarżał jak debil i odłożył słuchawkę.

Po szóstej z kolei rozmowie z koleżanką mamy zrozumiałam, że jestem wyjątkowo uzdolniona i w związku z tym powiedziałam tacie, że muszę wyjść na dwór się przejść, bo siódmej takiej rozmowy bym nie zniosła, normalnie mózg by mi wybuchł i umarłabym na chorobę gwiazdorską.

Na naszym podwórku nie ma za bardzo co robić, dlatego poszłam do parku – tam jest bardzo pięknie jesienią, szkoda tylko, że tak rzadko udaje się tu przyjść. Usiadłam na ławce i tak siedziałam, oglądałam swoje buty i liście leżące na ziemi. A potem niespodziewanie przeszedł koło mnie Sasza, od razu go poznałam po pomarańczowej kurtce. I ona… Sasza trzymał ją za rękę, oni mnie nawet nie zauważyli, przeszli obok i zatrzymali się niedaleko, za drzewami. I nagle usłyszałam, jak ona zapłakała, a on cicho ją obejmował i coś cicho mówił, nie słyszałam co… Tylko jedno zdanie: „To tylko… To tylko…”. Pewnie jej powiedział: „To tylko program”. Chyba ona płakała, bo jej nie wzięli, a ona do ostatniej chwili miała nadzieję, że mimo wszystko zmienią zdanie. A właśnie dzisiaj ostatecznie wyjaśniło się, że przed kamerą będę ja i Piet’ka, a nie ona… No proszę, pomyślałam, najpierw ja jej stanęłam na drodze, a teraz ona mnie. Choć zarówno ona, jak i Sasza są mi obojętni, z Saszą nic mnie nie łączy, tylko to robienie min w korytarzach… Ciekawe, co ich łączy? Sasza taki utalentowany, mądry, obiecujący, a ona? Nie może skończyć szkoły, po dwa lata siedzi w jednej klasie, dobrze, że przynajmniej przestała się malować, bo w ogóle wyglądała jak dziwka. Co oni w ogóle w niej widzą, uganiają się za nią, raz Andriej, raz Sasza, grupę wsparcia urządzają, czy co? Tylko dlatego, że ma niestabilną psychikę? No, ale przecież ja też mogę się rozpłakać, urządzić atak histerii, albo pójść i gdzieś przepaść? I co, przez to będą mnie bardziej lubić? Przez te pytania cała euforia ze mnie wyparowała i wróciłam do domu. W domu zadzwoniłam do Piet’ki, słuchawkę podniosła jego mała siostra, mówi: „Oj, pani chce z Piet’ką rozmawiać? A on teraz jest w toalecie”. I zaczęła się śmiać, jakby ją ktoś tam łaskotał. Chyba cała rodzina jest taka – klaunowska… Z jakiegoś powodu też mi się zachciało śmiać, ale tylko pożegnałam się i odłożyłam słuchawkę.

A kiedy kładłem się spać, do mojego pokoju weszła mama, rozmawiałyśmy długo o programie, o planach na życie, o tym, że to ogromna szansa dla mnie i, że mogę teraz zacząć robić karierę, a najważniejsze, mogę się zarekomendować i pokazać, że mnie to interesuje, że wszystkiego szybko się uczę.

I już pod koniec zapytałam ją: „Mamuś, jak zwrócić na siebie uwagę chłopaka?”. Nigdy wcześniej nie pytałam ją o takie rzeczy, ale przecież pewnie na uczelni na tej jej psychologii uczyli też tego. Mama aż rozpromieniała cała i powiedziała: „Opowiadaj”. Powiedziałam jej o Saszy, ale tylko do tego momentu, jak w parku spotkałam jego z nią. Nie chciałam mówić o parku. Wtedy mama mi wyjaśniła, że te wszystkie Saszy miny i prowokujące pytania, to się nazywa flirt i to oznacza, że ja jemu też się podobam, po prostu on nie wie, z jakiej strony do mnie podejść. Poprosiła, żebym opisała charakter Saszy i jego zainteresowania. Jak się dowiedziała, że jego pasją jest muzyka, zaproponowała, żeby był to punkt wyjścia. Ja przecież też uczę się w szkole muzycznej, a więc znajdą się wspólne zainteresowania. Potem poprosiła, żebym się dowiedziała, jakiej muzyki on słucha, żeby było łatwiej znaleźć wspólny język.

O muzyce dowiedziałam się następnego dnia. W studiu wydano bankiet na cześć pierwszego odcinka, mnie i Piet’kę także zaproszono. Po prostu podeszłam wtedy do Saszy i zapytałam: „Sasza, jaka muzyka ci się podoba?”. No, bo jak inaczej można się dowiedzieć? Normalne pytanie, wydaje mi się. Sasza wymienił kilka zespołów, nie wszystkie zapamiętałam, choć niektórych słuchaliśmy z tatą – Portish Head, na przykład, albo Morcheebę. O Nirvanie też nieco wiedziałam, jedynie musiałam zdobyć Sonique, i jeszcze jakieś… Ale okazało się, że niczego zdobywać nie trzeba, bo Sasza sam do mnie podszedł, jak zbierałam się do wyjścia do domu i zaproponował, że mnie odprowadzi. Szliśmy bardzo powoli, dawno tak nie chodziłam, zawsze gdzieś biegłam. Rozmawialiśmy o wszystkim – o naszym programie, o muzyce, potem przeszliśmy na angielski, okazało się, że też go dobrze znał… Ścigaliśmy się w wymienianiu angielskich przysłów. Kiedy podeszliśmy do domu, powiedziałam mu: „Sasza, na pewno przesłucham te zespoły, które wymieniłeś”. A on na to: „Nie trzeba, i tak jesteś piękna”. Pocałował mnie w policzek i poszedł. Nawet nie wiedziałam, co o tym myśleć – czy on chciał przez to powiedzieć, że nic nie może nas łączyć, czy na odwrót, że ja mu się nawet taka podobam. Cały wieczór łamałam nad tym głowę. A mamę zapytać nie mogłam się zdecydować…

Ale następnego dnia wszystko się samo wyjaśniło: kiedy przyszłam do studia, Sasza poprosił o mój numer telefonu i tak zaczęliśmy dzwonić do siebie każdego wieczoru, i nie tylko… Zwykle czekał na mnie przy wyjściu z basenu, szliśmy gdzieś zjeść, a potem odprowadzał mnie do domu. Bardzo dużo rozmawialiśmy, dosłownie o wszystkim na świecie, normalnie nie jestem rozmowna, zawsze staram się skupić na pracy, a nie tracić czas na pustą gadaninę, a tu dosłownie buzia mi się nie zamykała. W szkole powiedzieli mi, że jestem jakaś inna. I rzeczywiście, nagle polubiłam gadać na przerwach z koleżankami, pisać do nich liściki na lekcjach. Jednej dziewczynce nawet opowiedziałam w sekrecie o Saszy. Oczywiście, następnego dnia wiedziała o tym cała klasa, ale cieszyłam się z tego, byłam jak Britney Spears, wszyscy próbują wywróżyć, z kim tym razem zaczęłam romansować. Nauczyciele zaczęli traktować mnie zupełnie inaczej, wychowawczyni powiedziała: „Natasza, jesteś teraz przykładem do naśladowania dla wielu naszych dziewcząt. Dlatego bardzo cię proszę – pamiętaj, że wiąże się to z odpowiedzialnością”. Jak gdybym wcześniej paliła i szlajała się pod bramami!

A ona zupełnie przestała się pojawiać w szkole. Chodziły słuchy, że szukają jej z milicją, ponoć uciekła z domu do jakiegoś chłopaka i nikt nie wie, gdzie jest. To, że uciekła z domu, to wiem dokładnie, w końcu jesteśmy sąsiadkami, a co do reszty… Najbardziej martwiły mnie plotki o chłopaku. Choć codziennie spotykaliśmy się z Saszą i już z pięć razy się całowaliśmy, i rozmawialiśmy o wszystkim, to brakowało mi odwagi, żeby zapytać go o nią. Pytałam tak ogólnie: „Sasza, czy miałeś dziewczyny przede mną?”. On odpowiedział: „No, oczywiście, miałem, czemu pytasz?”. Zapytałam: „A czy spotykałeś się z jakimiś dziewczynami z naszej szkoły?”. On odpowiedział: „A czy ja muszę każdą dziewczynę, z którą się spotykam, pytać o numer jej szkoły?”. Potem popatrzył na mnie bardzo długo i przenikliwie, po czym dodał: „Natasza, o co chciałaś mnie zapytać?”.

Wtedy już nie wytrzymałam, bo już mnie samej znudziło się to oszukiwanie i zapytałam bez ogródek: „Co cię łączyło z Nataszą Skworcową”. Ona też miała na imię Natasza… „I czy wiesz, gdzie ona teraz jest?”. Sasza zamilkł, opuścił oczy i powiedział: „Tak, wiem. Ona mieszka teraz u mnie”. Poczułam się, jakby ktoś oblał mnie kubłem zimnej wody. Albo włożył bryłę lodu za kołnierz. Odwróciłam się i poszłam do domu, szybko, szybko, prawie biegiem. Sasza długo szedł za mną, prawie do samego domu, łapał za ręce, ale ja przecież trenuję pływanie, więc walnęłam go tak, że on upadł… Już w domu przyszła mi do głowy myśl, że mogę ją wydać, opowiedzieć o wszystkim rodzicom, co by nie mówić, byłoby to właściwe działanie, nawet dobry uczynek, jeśli się zastanowić. Ale nie zrobiłam tego. Myślę sobie: niech sobie z nim tam mieszka… Niech on z nią mieszka, skoro tak mu się podoba… Wieczorem zadzwonił do mnie. Poprosił o wybaczenie. Powiedział, że nic go z nią nie łączy, po prostu są ludzie, którzy budzą współczucie, którym chce się pomóc, bo w gruncie rzeczy są to dobrzy ludzie. Że ta dziewczynka ma problemy z rodzicami i z narkotykami i potrzebuje wsparcia. Nie dosłuchałam do końca tych herezji, powiedziałam: „Wybieraj: albo ja, albo ona”. On tylko westchnął i powiedział: „Dobrze, Natasza, rozumiem”. I odłożył słuchawkę.

Pomyślałam, że to koniec, to ją wybrał… Poszłam do łazienki, nalałam wodę do wanny… Długo-długo patrzyłam na maszynki do golenia taty. A potem pomyślałam – pojutrze mam egzamin z fortepianu, jutro mój pierwszy w życiu występ w telewizji na żywo, poza tym rodzice nigdy mi tego nie wybaczą. Czyli przyjdzie żyć dalej, takie właśnie jest życie, że trzeba się w nim nacierpieć… Poszłam do kuchni, zażyłam walerianki i poszłam spać…

A następnego dnia, już po występie na żywo, po tym, jak mama mnie całą wycałowała, a tata podarował mi mój pierwszy w życiu pierścionek ze szmaragdem, usłyszałam, jak matka ją wygania z domu… To znaczy, że on też ją wygnał.

Czyli to ja zwyciężyłam…

To ja zwyciężyłam…

To ja zwyciężyłam…

To ja zwyciężyłam…

Ciemności.