ZJAWY

(3 historie o milości)

Przetłumaczył Robert Sknadaj

-----------------------------------------------------------------------------------

Aleksandr MOŁCZANOW (ur. 1974, Siamża, Obwód Wołogodzki) – filolog i scenarzysta. Absolwent wydziału filologicznego i moskiewskiej Szkoły Filmowej (kurs Aleksandra Borodianskiego). Pracował jako dziennikarz. W 2001 roku przeniósł się do Moskwy, gdzie pisał kryminały dla wydawnictwa „Eksmo” i opowiadania humorystyczne dla czasopisma „Krokodił”.

Jest autorem siedmiu utworów scenicznych: Dziennik Szachida (Dniewnik szachida, 2006),Miasto ze śniegu (Snieżnyj gorod, 2006), Adrenalina (2007),Śniegu brak (Sniega niet, 2007), Zjawy. Trzy historie o miłości (Prizraki. Tri istorii o lubwi, 2008), Napastnik (Napadajuszczij, 2010) i Zabójca ( Ubijca, 2010).

Na język polski został przetłumaczony dramat Zabójca (tł. Alicja Cybińska, druk: „Dialog”, 11/2011). Prapremiera Zabójcy w Rosji odbyła się na scenie Teatru.doc (4 III 2010) w reżyserii Michaiła Jegorowa. Na małej scenie Teatru Młodego Widza w Moskwie (26 X 2010) utwór wystawił reżyser z Sankt Petersburga Dmitrij Jegorow. Zabójca ma w Rosji około piętnastu inscenizacji.

Inscenizacje Zabójcy w Polsce: Piwnica przy Krypcie (Szczecin, 26 IV 2012, reż. Paweł Niczewski), Teatr Współczesny (Warszawa, 26 I 2013, reż. Wojciech Urbański), Teatr Ludowy (Kraków, 24 V 2013, reż. Jarosław Tumidajski).

Andriej Moskwin

------------------------------------------------------------------------------------

HISTORIA 1

Oleg

Profesor

Sanitariusz

Kierowca

Karetka jedzie ulicami miasta. Na przednim siedzeniu są kierowca i sanitariusz. W kabinie pasażerskiej znajduje się Oleg, leży na noszach twarzą w dół. Obok siedzi profesor w białym kitlu.

OLEG Coś mi jakoś tak paskudnie.

PROFESOR Bywa gorzej. Najważniejsze, by nie odlatywać, młody człowieku… Proszę zachowywać przytomność, i wszystko będzie w porządku.

OLEG Coś mnie mdli.

PROFESOR Zdarza się. Efekt uboczny. Zrobiłem panu zastrzyk.

OLEG Jest pan lekarzem?

PROFESOR Tak, jestem.

OLEG A co tam w ogóle ze mną?

PROFESOR Rana w plecach. Głęboka na cztery centymetry. Stracił pan dużo krwi, ale żyć będzie. Gdyby ostrze trafiło nieco bardziej w lewo, zaczepiłoby kręgosłup. Zostałby pan inwalidą na całe życie.

OLEG Nie pamiętam ni cholery. Kto to zrobił?

PROFESOR Nie złapano ich, poszukiwania trwają.

OLEG Jasne. Suki. Guzik ich znajdą, jak od razu nie złapali. Boli, zaraza...

PROFESOR Nic strasznego, do wesela się zagoi.

OLEG Tak, za miesiąc mam ślub. A gdzie Wika? Bylismy razem. (usiłuje wstać i rozejrzeć się) Co, nie puszczono jej ze mną do karetki?

PROFESOR Nie puszczono. Wzięła taksówkę i od razu pojechała do szpitala. Ale raczej nie puszczą jej dziś do pana. Co najwyżej jutro, a i to po piątej. Godziny odwiedzin są od 17 do 19.

OLEG No, kurcze, wpadłem jak śliwka w kompot. A mówiłem jej przecież, po kiego nam te balety? Nie lepiej w domu zostać, telewizję pooglądać? Kabaret może... A ona nie, telewizor się jej znudził, woli poobcować z ludźmi. Naobcowała się. Wie pan, zdrzemnę się chwilkę. Spać chcę. Ja dopiero z pracy.

PROFESOR Niech pan zaczeka. W szpitalu trzeba będzie dopełnić procedur. Zaśnie pan, a potem trzeba będzie budzić.

OLEG Co tam za procedury? Cztery centymetry to zadrapanie. Jodyną posmarują i tyle.

PROFESOR Obawiam się, że potrzebne będą szwy.

OLEG No, kurka. Nie podoba mi się to. W dzieciństwie zszywano mi czoło. Bawiliśmy się z chłopakami w wojnę. Pukawkę miałem taką, różową. Pamiętam świetnie, podkradam się do Kolki Wieczierinina z tyłu, by go wziąć jako jeńca, przystawiam mu do potylicy pistolet i wrzeszczę: „Haende hoch, Szwabie przebrzydły!”. A ten się odwraca i wali mnie w pierś. Poleciałem do tyłu, odwracając się, by nie upaść na plecy, podstawiłem rękę z pistoletem. I akurat tym pistoletem – miał taką ostrą muszkę – prosto w łeb. Podniosłem się, czułem się strasznie rozżalony. Nie bolało nawet. Dotykam ręką czoła, patrzę – cała ręka we krwi. O wtedy to dopiero zacząłem wrzeszczeć i biegać. Latam, a chłopaki wokół przerażeni. Wychowawczyni podbiega do mnie i chce zaprowadzić do domu, ale za chwilę wzywa karetkę. Przed oczami mi to stoi. Przywieźli mnie do szpitala, a tam lekarka nachyla się nade mną z krzywą igłą. Znów zacząłem wrzeszczeć jak głupi i nie przestawałem, póki mnie zaszywała. Potem zakleili szew plastrem. Pewna dziewczynka powiedziała mi następnego dnia, że na plastrze jest pięć takich okrągłych plamek, jedna po środku, cztery po bokach. Nie uwierzyłem, wtedy przysunęła się bliżej – była w okularach i właśnie w nich to zobaczyłem – rzeczywiście, cztery po bokach i jedna w środkach. Czemuś te plamki na całe życie zapamiętałem, a dziewczynki nie. Lena Korablowa? Albo Tania Tropkina? Nie pamiętam... któraś z nich nosiła okulary.

PROFESOR Może to pańska Weronika?

OLEG Co za Weronika?

PROFESOR Ta, o której pan opowiadał. Pana narzeczona.

OLEG (śmiejąc się) Ona nie ma na imię Weronika, tylko Wiktoria. Po naszemu – zwycięstwo, wie pan? W tłumaczeniu.

PROFESOR Tak, wiem.

OLEG Ona nie chodziła z nami do przedszkola. Miała ojca żołnierza, a do nas przyjechała, kiedy już była w dziewiątej klasie. A chodzić zaczęliśmy w jedenastej.

PROFESOR Chodzić? Nigdy o czymś takim nie słyszełem. Myślałem, że mówi się „spotykać się”.

OLEG Że co? A u nasz wszyscy tak mówią – ona z nim chodzi. Wpierw chodzi się rok, potem się pobiera. My chodzimy prawie dwa lata. Ożeniłbym się z Wiką zaraz po szkole, ale ona poszła do technikum pedagogicznego. A jej rodzice powiedzieli: niech jeszcze trochę pochodzą. Kiedy mieli mnie wziąć do wojska, ona mówi: jeżeli cię do Czeczenii wyślą i tam zabiją, to choć wspomnienie po małżeństwie pozostanie.

PROFESOR Do Czeczenii poborowych nie wysyłają, czyż nie?

OLEG To oni mówią, że nie wysyłają, a w rzeczywistości to już nam tobołki pakują. Ministra obrony pan w telewizji widział? Mało, że cywil, to jeszcze sam z siebie durny do zawrotu.

PROFESOR Ciekawie pan to ujął.

OLEG Aha, to moja babka tak mówi. Zazwyczaj o mnie. Dobra, doktorze, ja sobie jednak kimnę póki co. Jedziemy i jedziemy. Jeżeli potem obudzą, trudno.

PROFESOR (z irytacją) Czy nie może pan pięciu minut poczekać? Pan sobie usnie, a ja sam się wynudzę okrutnie.

OLEG Tak w ogóle, to nie jestem tu, by pana zabawiać.

PROFESOR Przepraszam. Lepiej niech pan mi opowie o sobie. Czym się pan zajmuje?

OLEG A, nic szczególnego, biznesem.

PROFESOR Naprawdę?

OLEG A co, gwiazdę kabaretu przypominam? Jewgienija Pietrosiana może? Ni cholery chyba.

PROFESOR Niepotrzebnie się pan obraża. Po prostu zapytałem. Jest pan taki młody.

OLEG I co dalej, skoro młody?

PROFESOR Zazwyczaj biznesem zajmują się ludzie nieco bardziej starsi.

OLEG Dlaczego?

PROFESOR Doświadczenie, znajomość ludzi – to przychodzi z wiekiem.

OLEG Pan jest w starszym wieku. Robi pan w biznesie?

PROFESOR Nie mówimy teraz o mnie. To nie moja parafia.

OLEG Otóż to. Nie wie pan, a gada.

PROFESOR A cóż za biznes, jeżeli to nie tajemnica?

OLEG Salon samochodowy.

PROFESOR Ma pan własny salon?

OLEG Nie do końca własny. Znaczy, w ogóle nie mój. Pracuję tam jako sprzedawca. Ale mam zamiar wkrótce otworzyć własny.

PROFESOR Jestem pewien, że wszystko się panu ułoży.

OLEG Pan sobie kpi?

PROFESOR Gdzieżbym śmiał!

OLEG Właśnie widzę.

PROFESOR Wręcz przeciwnie, szczerze życzę panu otwarcia własnego salonu.

OLEG A panu co do tego?

PROFESOR Miło mi będzie zobaczyć, jak młoda osoba toruje sobie drogę przez życie.

OLEG Da pan spokój, wisi to panu. Mówi mi to pan z grzeczności.

PROFESOR Nie tym tonem, proszę. Koniec końców, jestem od pana dwa razy starszy, jeżeli nie trzy.

OLEG No i niech…

Pauza.

PROFESOR Młody człowieku…

OLEG Mhm?

PROFESOR Słyszy mnie pan?

OLEG Mhm.

PROFESOR Wierzy pan w duchy?

OLEG Nie-a.

PROFESOR Dlaczego?

OLEG Co znaczy dlaczego? Nie wierzę i już.

PROFESOR A w Boga pan wierzy?

OLEG Nie-a.

PROFESOR Zatem, jest pan ateistą?

OLEG Nie-a. Ale w Boga nie wierzę. Leciałem raz samolotem ponad chmurami, żadnego Boga nie widziałem.

PROFESOR A może on jest nie za chmurami, a gdzie indziej, w innym miejscu.

OLEG Na przykład?

PROFESOR W duszy.

OLEG Dusza też nie istnieje.

PROFESOR Cóż to pan plecie za głupstwa!

OLEG Wie pan co, jeżeli pan jest lekarzem, a ja pacjentem, to proszę przestać mnie łajać. Bo poskarżę się pana przełożonemu.

PROFESOR Jeszcze pan zdąży. Może chce pan, bym opowiedział historię o duchach?

OLEG Proszę.

PROFESOR Pewien profesor zakochał się w studentce. Zostawił żonę, dzieci i z nią zamieszkał. Wynajął mieszkanie. Wydawało mu się, że odmłodniał o 30 lat. Znów zaczął oddychać pełną piersią. Wróciła mu chęć do pracy, napisał nawet dwa referaty. Oczywiście, jego współpracowanicy z katedy szeptali za jego plecami. Pewnego razu rektor wezwał go do siebie i długo się wahał, chciał coś powiedzieć, ale tego nie zrobił. Święty człowiek, rosyjski inteligent z krwi i kości! Aż pewnego wieczoru do wynajętego mieszkania zawitała żona profesora i zabrała go z powrotem do domu.

OLEG Jak to, zabrała?

PROFESOR A tak. Wzięła za rękę i zabrała. Nie wiadomo jak, ale kobiety potrafią to zrobić.

Pauza.

OLEG A profesor co, nie mógł odmówić? Pogoniłby ją i tyle.

PROFESOR Nie mógł tego zrobić, nie znalazł w sobie sił.

OLEG Co za głupek z tego pańskiego profesora.

PROFESOR A teraz pan wymyśla. (pauza) Kto wie, może i głupek.

Pauza.

OLEG A co dalej?

PROFESOR Studentka przepłakała cały wieczór, a w nocy powiesiła się na pasku od szlafroka. Zielonym takim, jak z „Trzech sióstr”.

OLEG A profesor?

PROFESOR Przez cały tydzień siedział w wynajętym mieszkaniu i czekał, aż ona wróci.

OLEG Kto wróci? Żona?

PROFESOR A co ma do tego żona? Studentka.

OLEG Ona przecież umarła.

PROFESOR On czekał na pojawienie się jej ducha. Zjawy, widma, jak pan woli.

OLEG Doczekał się?

PROFESOR Nie.

OLEG Głupia historia, a w dodatku to się działo w wynajętym mieszkaniu... Pan sobie wyobraża, jak się czuli właściciele? Wynajęli komuś mieszkanie, przyszli po pieniądze, a tam studentka, która się powiesiła, oraz zwariowany profesor.

PROFESOR Nie zwariowany, tylko bardzo nieszczęśliwy.

OLEG To po cholerę od żony odchodził?

PROFESOR Mówi pan, jak młody staruszek. Jak gdyby wszystkie rozumy pozjadał, wiedział wszystko za wszystkich.

OLEG Co, nie… nie wiem, a może…

PROFESOR Nic pan nie wie. Pan...

Karetka zatrzymuje się.

PROFESOR No co, gniewny młodzieńcze, jesteśmy na miejscu. Życzę panu powodzenia.

OLEG Do widzenia.

Profesor zrzuca kitel i wychodzi z karetki, trzasnąwszy drzwiami. Sanitariusz odwraca się.

SANITARIUSZ Ty, patrz, jest przytomny. Już myślałem, że nie dowieziemy.

KIEROWCA Wynosimy go.

Kierowca i sanitariusz wychodzą z karetki, biorą nosze z Olegiem, wyciągają je z samochodu i zabierają.

GŁOS OLEGA I nie dowieźliby, gdybym odleciał w karetce. Ten przeklęty profesor ze swoją durną gadką uratował mi życie. Wyszedłszy ze szpitala, chciałem go odnaleźć, ale nie po to, by mu podziękować… Pragnąłem natrzaskać starego bydlaka po gębie za jego łgarstwa. Wika nie pojechała do szpitala taksówką. Rana brzucha, którą odniosła koło klubu, okazała się śmiertelna. Zawieziono ją od razu do kostnicy. Ale profesorka nie znalazłem. Na uniwersytecie mi powiedziano, że umarł rankiem następnego dnia po naszym spotkaniu. Tak w ogóle, to okazało się, że on nie był lekarzem, tylko historykiem. I skoro nakłamał mi o tym, że jest lekarzem, nakłamał o Wice i o zjawach, to teraz co wieczór przychodzę na tamto miejsce koło klubu. Stoję i czekam, aż wróci do mnie Wika.

HISTORIA 2

Olga

Andriej

Mężczyzna

Salon w dwupokojowym mieszkaniu. Olga siedzi przy stole, wycinając z magazynów fotografie gwiazd i wklejając je do albumu. Słychać trzaśnięcie drzwi, wchodzi Andriej. Olga wstaje i patrzy na niego, ale ten przechodzi obok, rzuca torbę na podłogę, zdejmując od razu koszulę. Idzie do łazienki, odkręca wodę. Wraca po kilku sekundach, wycierając nagi tors ręcznikiem. Idzie do kuchni, trzaska dzwiami lodówki. Wraca do pokoju.

ANDRIEJ I co, znowu nie ma żarcia?

OLGA (szeptem) Ciszej, Lenoczka śpi, obudzisz ją.

ANDRIEJ To trudno. Kimacie cały Boży dzień, a potem nosi was pół nocy. A ja mam na ósmą do pracy.

Olga siada i w milczeniu wycina następną fotografię, przyciska ją do ust, a następnie wkleja do albumu.

ANDRIEJ Spoko.

Andriej wychodzi do kuchni, skąd po chwili donosi się trzaskanie drzwiczek, a następnie wraca z grubym kawałkiem chleba i kubkiem herbaty. Siada do drugiego stołu, stojącego koło ściany, i włącza komputer.

OLGA Skończyły mi się pieniądze. Lenoczce trzeba kupić jedzenie, a mnie trochę kosmetyków.

Andriej włącza grę komputerową. Z głośników donoszą się strzelanina i wrzaski.

OLGA A ściszyć byś nie mógł? Lenoczka śpi. Dla własnej córki litości nie masz.

Andriej wyłącza głośniki i zakłada słuchawki.

Olga wstaje, podchodzi do niego i macha ręką przed jego oczami. Andriej przerywa grę i zdejmuje słuchawki.

ANDRIEJ No i?

OLGA Nie masz tego już dosyć?

ANDRIEJ Mam, ale cóż zrobisz?

OLGA Dlaczego wróciłeś tak późno?

ANDRIEJ Bo nie mam ochoty wracać. Mam dość oglądania twojej sfrustorowanej gęby i pustej lodówki.

OLGA To poszedłbyś sam i kupił, co trzeba. W innych rodzinach faceci po sklepach z torbami latają, a u nas...

ANDRIEJ W innych rodzinach baby pracują, a nie w domu siedzą.

OLGA Miej litość, z dzieckiem siedzę.

ANDRIEJ Lence zaraz stukną trzy lata, już dawno czas iść do przedszkola.

OLGA Nie chcę jej tam oddawać, zarażą ją czymś lub otrują.

ANDRIEJ To wyrośnie na głupią kwokę, jak i ty.

OLGA Ile mam znosić twoje chamstwo?

ANDRIEJ Ile trzeba, tyle będziesz.

OLGA Za co mnie nienawidzisz?

ANDRIEJ Nie nienawidzę, tylko mam cię gdzieś. Dobra, nagadaliśmy się już? Dzięki za kolację. (odgryza kawałek chleba, popijając łykiem herbaty) Mogę kontynuować? (odwraca się do komputera)

OLGA Zaczekaj.

ANDRIEJ Czego jeszcze?

OLGA Chcę ci coś opowiedzieć.

ANDRIEJ Zamieniam się w słuch. Masz pięć minut. Start.

OLGA Dlaczego jesteś taki niemiły?

ANDRIEJ To nie ma nic do rzeczy. Chciałaś coś opowiedzieć.

OLGA Andriej, musimy coś zrobić.

ANDRIEJ Chcesz rozwodu? Żaden problem. Ale ja zostanę tutaj. Jeżeli chcesz, możesz zabrać Lenkę i spadać do rodziców. Żaden problem. Ale na alimenty raczej nie licz. Będę musiał opłacać tę chatę.

OLGA Słuchaj, nie wierzę, że to ty mówisz mi to wszystko. Przecież zawsze byłeś taki dobry, dlaczego nagle się zmieniłeś? Od chwili, gdy urodziła się Lenka. Przestałeś mnie kochać?

ANDRIEJ Owszem, przestałem.

OLGA I pewnie już znalazłeś inną?

ANDRIEJ Może i znalazłem.

OLGA Kto to jest? Dawaj, wal, skoro zdobyliśmy się na tę rozmowę.

ANDRIEJ Nie znasz jej.

OLGA (zamyślona) Nie, nie masz nikogo, chcesz mnie tylko zdenerwować. Zaraza, co robić?

ANDRIEJ Czy ja wyraziłem się nie po rosyjsku, mówiąc, co masz robić?

OLGA Andriusza, nie wierzę, że naprawdę chcesz...

ANDRIEJ Dlaczego nie wierzysz?

OLGA Wydawało mi się, że ostatnio jest między nami lepiej.

ANDRIEJ Doprawdy? A to niby czemu?

OLGA Prawie się nie kłócimy.

ANDRIEJ Bo nie rozmawiamy w ogóle, dlatego się nie kłócimy. Nie, Olu, nic nie jest ani nie będzie lepiej między nami.

OLGA Poczekaj, właśnie chcę ci opowiedzieć...

ANDRIEJ Ja już tysiąc razy słyszałem te twoje opowiastki.

OLGA Mam wrażenie, że zaczynam wariować. Nawet nie tylko ja, ale i Lenoczka również. Potrzebujemy lekarza, psychologa. Albo i psychoanalityka. Wydaje mi się, że to wina naszych z tobą stosunków. Podświadomość...

ANDRIEJ Ale o czym ty w ogóle teraz mówisz?

OLGA Ja ci przecież już od pół godziny mówię. Razem z Lenoczką zobaczyłyśmy dziś zjawę.

ANDRIEJ Oho, zaczęło się.

OLGA Co niby? (podnosi głos) Co się niby zaczęło? Daj mi dokończyć.

ANDRIEJ Słucham, kurka, tego twojego ględzenia, nadstawiam ucha. Obydwa nawet.

OLGA Ja nie ględzę. Obie widziałyśmy zjawę, byłyśmy przerażone. Lenoczka potem przez dwie godziny płakała, dopiero niedawno usnęła.

ANDRIEJ Miał na sobie biały płaszcz?

OLGA Bardzo śmieszne. To był mężczyzna koło czterdziestki, miał niebieski sweter. Chodził po mieszkaniu.

ANDRIEJ Pewnie wył i brzęczał łańcuchami?

OLGA Nie. Chodził po mieszkaniu i rozgląda się po kątach pokoju. Razem z Lenoczką siedziałyśmy na łóżku, koło samej ściany. Wchodził do sypialni kilka razy, lecz nas nie widział.

ANDRIEJ Chodził po mieszkaniu i rozglądał się po katach pokoju?

OLGA Tak.

ANDRIEJ Głupi jakiś ten duch.

OLGA Jak gdybyś wiedział, co normalnie robią zjawy.

ANDRIEJ Po jakich kątach? Tu? Albo tu?

OLGA Wszystkich.

Andriej wstaje, obchodzi pokój, ogląda kąty.

ANDRIEJ Co u...

Andriej schyla się i podnosi z podłogi malutką ikonkę.

ANDRIEJ A to skąd? On zostawił?

Andriej kładzie ikonkę na stół.

OLGA Boję się.

ANDRIEJ Mówisz, że Lenka też go zobaczyła?

OLGA Tak i bardzo się przestraszyła. Pytała się, kiedy przyjdzie tata.

ANDRIEJ Dziwna historia. Trzeba poszukać w internecie czegoś o zjawach. Może gdy przyjdzie taki koleś i położy w rogu ikonkę, to, być może, przyniesie szczęście. Może trzeba ją teraz nosić na piersi. Może jest cudowna?

OLGA Andriej, boję się.

ANDRIEJ Słuchaj, a ty czasem tego nie zmyśliłaś? Może sama położyłaś tę ikonkę?

OLGA Spytaj Lenoczki, jak nie wierzysz.

ANDRIEJ Spytam.

Rozdaje się stukanie w drzwi.

ANDRIEJ Spodziewasz się kogoś?

OLGA Nie. Nie otwieraj.

ANDRIEJ Czemu?

OLGA To on.

ANDRIEJ Zjawy nie stukają w drzwi. Jak się boisz, idź do tamtego pokoju.

OLGA Przegoń go.

Andriej idzie do drzwi. Olga zagradza mu drogę.

OLGA Nie, nie idź. Nie idź, błagam. On... to będzie straszne.

ANDRIEJ A daj spokój, nie boję się zjaw. Szczególnie, jeżeli pukają do drzwi, a nie przechodzą przez ściany.

Olga ucieka do drugiego pokoju. Andriej idzie otworzyć. Wraca w towarzystwie mężczyzny w swetrze.

MĘŻCZYZNA Witam. Nazywam się Anatolij Siergiejewicz... (zauważa ikonkę, bierzę ją do rąk) O, widzę, że pan ją znalazł.

ANDRIEJ To pan ją położył w kącie?

MĘŻCZYZNA Tak.

ANDRIEJ I po kiego? I w ogóle, jak pan tu wszedł?

MĘŻCZYZNA O złożenie wizyty poprosili mnie rodzice pańskiej żony. A ściślej, byłej żony. Od nich otrzymałem klucze.

ANDRIEJ Ale numer! Po kiego grzyba?

MĘŻCZYZNA Na moją prośbę. Wpierw chciałem obejrzeć... mieszkanie. Na wszelki wypadek.

ANDRIEJ Proszę oddać klucze.

Mężczyzna kładzie klucze na stół.

MĘŻCZYZNA Proszę.

ANDRIEJ A teraz wynocha.

MĘŻCZYZNA Proszę się nie denerwować. Jestem doświadczonym psychologiem, praktykę prowadzę przez ponad piętnaście lat. Rodzice pana... pana byłej żony opowiedzieli mi wszystko.

ANDRIEJ Co opowiedzieli?

MĘŻCZYZNA To przydarza się ludziom, którzy doznali psychologicznej traumy. Śmierć żony i córki była silnym wstrząsem... ale my panu pomożemy. Mamy pierwszorzędne sanatorium. Tam pan będzie mógł odpocząć, oddalić od siebie zmartwienia... oraz… zjawy.

ANDRIEJ Coś nie kumam.

MĘŻCZYZNA Mówię o pańskich zjawach.

ANDRIEJ Jakich zjawach?

MĘŻCZYZNA Pańskiej nieboszczki żony. I córki.

Andriej odwraca się i powoli idzie ku drzwiom do drugiego pokoju. Otwiera je i długo stoi na progu. Następnie zbliża się do mężczyzny i jednym ciosem zwala go z nóg. Mężczyzna krzyczy, Andriej nachyla się i uderza go prawą ręką raz za razem, póki ten nie zamilkł.

HISTORIA 3

Władimir

Galina

Brzeg rzeki. Na ławce siedzą Władimir i Galina.

WŁADIMIR Nie, naprawdę, cieszę się, że przyjechałaś. Pewnie obraziłaś się na mnie. Chcę, byś wiedziała, że... że chciałem... że myślałem o twoim dobru. Jesteś młoda, piękna. Myślałem, że beze mnie będzie ci... jakby to powiedzieć prościej… byś nie traciła na mnie czasu. Nie traciła pieniędzy. Sądziłem, że powinnaś robić karierę, założyć rodzinę, urodzić dzieci. A ze mnie to jaki pożytek? Pierw chciałem się powiesić albo żyły podciąć. Ale przyprawiłbym cię tylko o ból głowy. Moje problemy zostałyby z miejsca rozwiązane. A na tobie wisiałyby wydatki – pochówek, różne ekspertyzy… czy co tam jeszcze robią z trupami? No, a jeśli szczerze, to się bałem. Więc uznałem, że mogę przecież zwyczajnie wyjechać… Tam, gdzie byś mnie nie znalazła, nawet gdybyś chciała.

A gdzie mogłem wyjechać? Tutaj przynajmniej mam dom rodziców. Oni już dawno się wyprowadzili do miasta, a dom pozostał. Tapety są stare. Rozpaliłem piec i wszystko wysuszyłem. Dało się żyć. Ze wspólnego konta wziąłem połowę pieniędzy. Wszystko uczciwie – po czterysta dla mnie i dla ciebie. Sądziłem, że mi wystarczy. Wydatków tu niewiele, tylko chleb, a jego prawie nie jem. Kiedy wyjechałem? Co, nie pamiętasz? W maju, albo w czerwcu… Pamiętam, że było gorąco. W pociągu kupiłem kuszetkę, bo taniej. Zmęczyłem się, droga była długa, upał niemiłosierny. Przyjechałem i przez dwa dni nie mogłem wstać. Odsypiałem się, odpoczywałem.

Potem zająłem się nieco domem, wymyłem podłogi, posprzątałem. Znalazłem zastawę, ugotowałem sobie kaszę gryczaną. Zacząłem wychodzić z domu, wpierw na podwórko, a potem i nad rzeczkę. Nie kąpałem się, wchodziłem do wody tylko po kolano. Ale z czasem zacząłem się kąpać, chociaż mi nie wilno. Pomyślałem sobie: niech to diabli wezmą, przecież teraz nikt mi nic nie powie.

Ogródek cały zarósł. A u sąsiadów, widzę, grządeczki równiusieńkie, truskawki, marchewka. I tak nie miałem nic do roboty, więc zacząłem się grzebać w ogrodzie. Ziemniaki zasadziłem, cebulę, koperek, ogórki, marchew… choć późnawo już było. Ale to nic,wszystko wyrosło i od połowy lata miałem własne ogórki.

Jak ci się tu podoba? Widzisz, jaki las? W tej chwili jest tu cudownie, a co dopiero na wiosnę. Zaś jesienią i zimą, lub podczas deszczu robi się ponuro. Dokoła drzewa, a nad głową chmury. To przytłacza, o klaustrofobię przyprawia. Specjalnie na taką okazję mam wódkę. Jak tylko pada deszcz, siadam na tarasie i popijam sobie. Nieźle, nawet przyjemnie. Oczywiście, piję niedużo, wiem, że nie wolno. Nalewam pół szklanki i po łyczku co pół godziny. Akurat na dobry nastrój. Próbowałem nawet zapalić papierosa, ale migiem brało mnie na kaszel.

Z sąsiadami kontaktu nie mam, tylko się witam. Nic mi po nich, ani im po mnie.

W szopie znalazłem książki. Niektóre przemokłe, całe pożółkłe, a inne w porządku – da się czytać. Poczytałem, wspomniałem młode lata i marzenia o byciu pisarzem. Nie pamiętam, mówiłem ci, czy nie: w szesnaście lat napisałem całą walizkę wierszy. No, może nie tyle walizkę, co pudło na akordeon. No, takie małe, czarne. Pojechałem do Wołokowca, do wydawnictwa. Chciałem zaproponować książkę do druku. Na dworcu poszedłem po bilet powrotny. Postawiłem walizkę, kupiłem ten bilet, wyciągam rękę – a pudło wsiąkło. Podwędzili go, parszywce. Tylko zawiedli się pewnie nieźle. Myśleli, że mają akordeon, a tam wiersze. Takie sobie, dość marne. Bardzo się zmartwiłem wtedy, a teraz się cieszę, że nie skompromitowałem przed wydawcą. Szczerze mówiąc, wiersze były kompletnie do niczego. Udawałem Majakowskiego. Szalałem wtedy za futuryzmem. Wyglądało mniej więcej tak: „Kroczę, kroczę, dzielnie kroczę. W zimną noc do sklepu wkroczę”. Grafomania, szkoda gadać. Zresztą na uniwerku napisałem kilka opowiadanek. Horrory, jak u Stephena Kinga. O mrówkach-ludożercach i odbiciu w kałuży, które zabiło swojego właściciela. Więc taaa… kolejna grafomania.

I tak toczyło się moje życie. A, zapomniałem – znalazłem w szopie pewną powieść. Nie wiem, czytałaś, czy nie – „Szkoła uczuć” Flauberta. Na uniwerku nie czytałem nic, prócz „Pani Bovary”. A tu wziąłem i przeczytałem, a potem pomyślałem, że nic nie mam do stracenia. Przecież całe życie marzyłem o napisaniu książki. To dlaczego nie teraz? Wszystko mi jedno w sumie. Nawet, jak nie wyjdzie, to sam chociaż się nacieszę. Nie myślałem o tym jakoś tak poważnie, ale nie, nie, jednak myślałem. Pewnego razu wziąłem i poszedłem do sklepu. No, do tego, z wiersza, on u nas tu jeden jedyny. Kupiłem zwykły zeszyt w kratkę. Te, w kratkę, zawsze wolałem od tych, w linijkę. Usiadłem reszcie do pisania. I, niemal jak Flaubert, całe swe życie przelałem na kartkę.

Wpierw dzieciństwo, rodziców i dziadków, różne swoje wybryki. Następnie szkołę. Wyobraź sobie, że od trzeciej klasy z nikim nie rozmawiałem. Każdy z chłopaków chciał zostać kierowcą, tylko ja jeden – kosmonautą. Książki czytałem o kosmosie, „Drogę na kosmodrom” Jarosława Gołowanowa o Grupie Inżynierów Nieodpłatnie Pracujących. Budowałem rakietę w szopie. I za to byłem bity przez chłopaków. No, i wszyscy zostali kierowcami, tylko ja, nieudacznik, nie zostałem kosmonautą. Potem studia. Niemal od razu załapałem się na staż w gazecie – sądziłem, że to będzie moja pisarska odskocznia. I tu się właśnie przeliczyłem. Pisakiem zrobiłem się wcale niezłym, a pisarzem – żadnym.

Trzeba mi było dalej siedzieć cicho w akademiku, jeść zupę z torebek albo z kostki rosołowej i pisać. Może wreszcie by coś z tego wyszło. A tu mi się zachciało odrobiny luksusu. Kolorowego telewizora, by oglądać filmy, i wieży. W tym czasie akurat powstała stacja telewizyjna NTV, pojawiła się możliwość oglądania kina dla wybranych. Po nocach leciały dobre filmy – Felliniego, Tinto Brassa… Może i porno, ale przecież są świetnymi reżyserami. Zacząłem pracować w gazecie. Wpierw w dziale kryminalnym, a z czasem – w politycznym. Była jesień 1995 roku. Akurat skończyłem studia i ożeniłem się po raz pierwszy. Praca w gazecie była zabawna, jedne po drugich odbywały się wybory. Kasę miałem taką, jak nigdy w życiu. Z akademika do redakcji jeździłem taksówką. Potem wynająłem mieszkanie, pisałem po trzy artykuły dziennie. Wiadomo, literatura poszła w odstawkę. I w ogóle – im więcej pieniędzy, tym mniej szczęścia. Wtedy zacząłem pić, na baby chodzić. Rozwiodłem się.

A potem wziąłem i wyjechałem do Moskwy. Nic nadzwyczajnego. Pół kraju tak miało. Opisałem, jak urządzałem się w Moskwie... łapówki za meldunek, wynajęcie mieszkań, różne dziwne fuchy. Ciebie poznałem, pokochałem, życie znów nabrało barw... Paliłem trzy opakowania dziennie... kaszel, ból w płucach, żreć zupełnie nie mogę, mdli od razu, szpital, badania, diagnoza i dupa blada… Przepraszam, wiem, że nie lubisz, gdy klnę. Już nie będę. Powieść miała jakąś zbyt prościutką fabułę, ale, zapewne, coś w niej, znaczy, we mnie, było. Nie wstając, pisałem przez dwa miesiące. Tyłek caluśki zasiedziałem, długopisów wypisałem z dziesięć sztuk, a tych zeszytów zeszło aż sześć. Potem musiałem to jeszcze wklepać do komputera, ale to osobna historia. Z trudem znalazłem komputer. Wiesz gdzie? W urzędzie skarbowym, dasz wiarę? Jakiś wysłużony 286, pamiętający epokę kamienia łupanego. Dogadałem się z facetem, wpuszczał mnie na noc i wypuszczał z rana. Po nocach wklepywałem przez miesiąc. Nastepnie zgrałem na cztery dyskietki i wysłałem do czterech wydawnictw: „EKSMO”, „AST”, „OLMA” i „AMFORA” – śmietanka branżowa.

No, uznałem, że swoje zrobiłem, a na odpowiedź czekać nawet nie będę. Lepiej nie wiedzieć. Może to znów grafomania? Położyłem się na kanapie i szykowałem na smierć. Ale nastała jesień, umierać zimno. Przyniosłem drewna na opał i napaliłem w piecu. Usiadłem koło ognia, zaparzyłem herbaty. Siedzę, za oknem deszcz, a u mnie ciepło. Myślę sobie: dobra, piec to ogryzł, później umrę. W ogóle, przy tej książce zapomniałem o moich płucach. Prawie nie bolały. Pomyślałem, być może uda się przetrwać zimę. Deszcz ustał, więc poszedłem wykopywać ziemniaki. Ogórki zbierać. Póki wszystko wykopałem, osuszyłem, umieściłem w piwnicy, a ogórki zasoliłem – nadszedł pierwszy śnieg. Jesteśmy dużo dalej na północ od Moskwy, już pod koniec wrzesnia może przyprószyć. Dobrze, że miałem zapas opału z Bóg wie jakiego jeszcze roku. Aż dziwne, że sąsiedzi nie roztaszczyli. Ze strychu wyciągnąłem narty, rankiem po lesie śmigam, potem napalam w piecu, do bani idę, a wieczorami czytuję książki. Miodzio. Nawet się nie zdziwiłem, gdy przyszły listy aż z dwóch wydawnictw. Przyjęto moją książkę do druku. Przecież napisałem im tam na początku, że umieram na raka. Nie wiem nawet, czy to książka ich zaciekawiła, czy moja historia. Otóż, na chybił trafił zadzwoniłem do jednego z wydawnictw. Wysłano mi umowę i nawet zaliczkę.

Nagle zyskałem cel – dożyć do wydania książki, potrzymać ją w rękach. Dlatego udałem się do szpitala. Na badania. Pomyślałem, może zamówić jakichś lekarstw, póki mam trochę kasy. Bo w ogóle, pisząc powieść, zaniedbałem kurs leczenia. Powiedzieli mnie: „Chłopie, żadnego nowotworu nie masz. Płuca czyściutkie, jak u noworodka”. Pierw pomyślałem, że mają jakiś felerny rentgen. Wsiadłem do autobusu i pojechałem do Wołkowca, raz jeszcze wykonałem zdjęcie klatki piersiowej i zrobiłem resztę badań. I znów nic – czysto. Żyj i ciesz się, mówią. Na początku zdębiałem. Idę cały w skowronkach po mieście, łzy leją się ciurkiem, sam nawet nie wiem, co i o czym mysleć. Usiadłem na ławce, spoglądam na gołębie – a gęby mają głupie, aż dziw – i płaczę.

Wróciłem do domu, chodzę w kółko, miejsca sobie nie mogę znaleźć. I natychmiast zrobiło mi się… nie wiem, jakoś samotnie, ciasno... Zatęskniłem za ludźmi, za społeczeństwem. Parę razy mało się nie zerwałem, by pojechać do ciebie. Lub chociaż zadzwonić. A potem myślę, że na pewno masz już własne życie. Ale miałem ochotę podzielić się radością. No dobra. Wybrałem się do domu towarowego, kupiłem telewizor. Zacząłem oglądać wiadomości, o tym, co się w świecie dzieje, różne seriale. No i jakoś przetrzymałem zimę. Na wiosnę ukazała się książka. Tytuł został zmieniony, ale nazwisko było moje. Mój tytuł brzmiał filozoficznie: „Przedostatni pojedynek”. A oni przerobili go na „Do utraty tchu”. Zły tytuł, zresztą skradziony. Był taki stary, czarno-biały film z Jeanem-Paulem Belmondo. Ale walić to, i tak starych filmów nikt teraz nie ogląda. Zaproszano mnie zresztą na prezentację książki, ale nie pojechałem. W telewizji leciał reportaż. Łzawy taki, z udziałem jakiś babek z hospicjum. Twierdziły, że głównym tematem jest kwestia miłosierdzia do nieuleczalnie chorych, chociaż książka w ogóle o czymś innym. W ogóle nie porusza tego tematu.

A następnego dnia przychodzi do mnie zawiadomienie o rozmowie telefonicznej. Rankiem poszedłem na pocztę, okazało się, że dzwoniła dziennikarka z pisma „Niedźwiedź”. Rozmawialismy długo, z półtorej godziny. Zapewne, ta rozmowa kosztowało pismu majątek. Prosiła mnie o wysłanie moich fotek. Coś tam wysłałem, co znalazłem w albumie rodzinnym. Jeszcze z uniwerku, gdy miałem długie włosy. Własnie ta fotka i została umieszczona na okładce. Ślicznie wyszło. I wywiad na dziesięć stron. Czytam potem, myślę – ni cholery sobie, to ja tak mądrze gadam? I o eutanazji, i o Sparcie, i o doborze naturalnym.

Zadzwoniłem potem do redakcji, że finito, nie mam już raka, wyleczyłem się. Najpierw dziennikarka się obraziła, myślała, że wychujałem ich wszystkich. Oj, wybacz, oszukałem. Myślała, że to było specjalnie, by przyciągnąć uwagę. Darła się, jakby ją przypalali. A ja do niej – kochana, przyjedź dawaj, a ja ci wyniki badan pokażę. Miałem przecież, kurka, nieoperowalny nowotwór. Z czymś takim to nawet w szpitalu nie trzymają, tylko wysyłają do domu na terapię symptomatyczną. Znaczy, nie leczą, tylko dają przeciwbólowe, żeby łatwiej było zdechnąć. W końcu sczaiła i powiedziała, że przedzwoni. Aha, a dokąd właściwie przedzwoni, przecież nie mam telefonu. By zadzwonić, muszę latać na pocztę. Oczywiście, nie przedzwoniła, ale po tygodniu zjawili się panowie z telewizji, z Pierwszego kanału. Jeden z nich – specjalny korespondent w naszym kraju. Brodacz taki, fajny gość. Poszliśmy razem do bani, wypilismy sobie, wszystko jak nalezy. Cały czas opowiadał mi o swoich delegacjach – to dopiero ostra fucha. Mówił, jaki mieli wypadek, jak podrywali miejscowe dziewczyny. Ot, napisać by o tym książkę czy tam dramat, albo zrobić film. Bo dziennikarze to mają jednak nierówno pod sufitem. Znam z autopsji, dlatego mówię. Opowiedziałem mu wszystko, pokazałem, gdzie mieszkam, co robię, specjalnie poszedłem na narty, choć już się wszystko niemal potopiło – byle tylko nakręcił, jak spędzam wolny czas na wsi. Duszę przed nim otworzyłem, by facet mógł zrobić dobry reportaż. I zrobił. Nawet nie reportaż, a cały film dokumentalny. Półgodzinny. O tym, jak pisarz ze wsi znalazł sposób na leczenie raka, za pomocą sportu, bani i pozytywnego myslenia. Wyobrażasz sobie?

Kurna mania, po tym filmie to dopiero się zaczęło. Jako pierwsza zjawiła się baba z Magnitogorska, której matka umierała na raka. Ja rozumiem, ludzie stracili już nadzieję, a tu nagle pokazują, jak człowiek wziął i przegnał kostuchę gołymi rękami. I co miałem jej powiedzieć? Jedź do domu i zamawiaj grób? Zatrzymała się w hotelu, a ja usiadłem do pisania recepty. No i dawaj pisać, co ślina na język przyniesie. Cóż mogłem napisać. Dieta – głównie ogórki i ziemniaki, praca fizyczna, ćwiczenia sportowe, bania. Czyli generalnie wszystko, czego chorym na raka się zakazuje. Napisałem i mówię: zapraszam następnym razem z mamą, jak wyzdrowieje. I faktycznie, przyjechała tego lata. Z mamuśką. Paskudna taka starucha, pogryzła się ze wszystkimi moimi sąsiadami. Ale zdrowa! Od rana do wieczora biegała po lesie. Przepis jej pomógł. Nie wiem, czemu, ale pomógł. A w slad za nią przywiało tu innych. Na początku nawet usiłowałem się wykręcić. Ale oni nic nie chcieli słyszeć. Byli przekonani, że z racji wydanych na podróż środków i poświęconego czasu teraz mają święte prawo rozporządzać się mną.

Otóż, jako lekarz-cudotwórca zdobyłem większą sławę, niż jako pisarz. Dzwonili z wydawnictwa, powiedzieli: napisz książkę o swojej metodzie leczniczej. Obiecane honorarium przekraczało wypłatę za powieść aż o dziesięć razy. No, to napisałem... Niebawem ma się ukazać już piąta książka. W twardej okładce. O mojej metodzie. Okazało się, że potrafię leczyć wszystko, nie tylko raka. I bezsenność, i depresję, i choroby serca. I nawet z nadwagą radzę sobie efektywniej, niż tradycyjne sposoby. A wszystko to dzięki pozytywnemu myśleniu, sportowi i pracy na świeżym powietrzu.

Wtedy też zrozumiałem, że sensem życia jest robienie czegoś dla innych. Gdy robisz dla siebie – nigdy nic z tego nie wyjdzie. Taak... I do ciebie nawet dotarła moja sława. Chyba dlatego przyjechałaś? Wspominałem o tobie… nawet często. Uwierz mi. Chciałem zadzwonić, ale jakoś nie miałem odwagi. Bałem się tego, co mi powiesz. Ale naprawdę... nie miałem nikogo przez ten czas. W ogóle nikogo, choć propozycje padały. Różni przecież ludzie przyjeżdżają, a niektórzy byli nawet atrakcyjni. I blondynki, i brunetki. Wybacz, pewnie nieprzyjemnie ci o tym słuchać. Więcej nie będę. (pauza) Galu, chciałem cię spytać. Nie wiem co i jak tam u ciebie. Nie wiem, może wszystko dobrze, a może nie do końca. Wszystko jedno. Przez cały ten czas marzyłem... że przyjedziesz do mnie. Tak, jak teraz. Że będziemy siedzieć tu, na ławce, i opowiem ci wszystko, co do joty. A ty mnie wysłuchasz i zostaniesz, zamieszkasz ze mną. Moglibyśmy, gdybyś chciała, od czasu do czasu jeździć do Moskwy. Mógłbym pozwolić nawet kupić mieszkanie, mam teraz sporo pieniędzy. Zamieszkalibyśmy tam, ale na krótko, na miesiąc albo na zimę. Ale lato spędzalibyśmy tu. Przywykłem do wsi, klienci też się przyzwyczaili, że zawsze jestem do ich dyspozycji... Rozważ, nie odpowiadaj od razu. Ja poczekam. Zatrzymałaś się w hotelu? Jutro rano sam do ciebie wpadnę.

Władimir podnosi się, całuje Galinę w policzek i oddala się. Galina gładzi ręką policzek. Nagle dzwoni jej telefon. Wyciąga go z torebki.

GALINA Halo, Misza?... Tak, cześć, to ja... No nic, posiedziałam na brzegu rzeczki... Nie, na cmentarzu byłam rano... Tak, wiem, że to już dwa lata... Tak, taka jestem sentymentalna... Koniec końców, to nie na twoich rękach zmarł na raka mąż... Nie, bliżej pochować się nie dało... Chciał wrócić do domu... Wiem... Nie, ja wiem... Majaczył w ostatnim tygodniu, gdyż trzymano go przez cały czas na morfinie... Mówił, że mnie zostawi, bym się z nim nie męczyła. I wróci tutaj... Wciąż chciał napisać jakąś powieść... Chcę zrozumieć, dlaczego... dlaczego tak go tu ciągnęło... Tak, rozumiem... Nie, nie powiem. Dlatego… dlatego, że ty akurat tego nigdy nie zrozumiesz.

Koniec.