Ta przeklęta literatura

dramat w dwóch aktach

Przełożył Jerzy Sygidus

-----------------------------------------------------------------------------------

Maksym OSIPOW (ur. 1963, Moskwa) – pisarz, lekarz-kardiolog. Absolwent Akademii Medycznej w Moskwie. Po obronie pracy doktorskiej wyjechał do Stanów Zjednoczonych (1991), gdzie wykładał na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Francisco. Przy współpracy z prof. Nelsonem Schillerem napisał podręcznik Echokardiografia kliniczna (wyd. 1993, 2005). Po rocznym pobycie w USA powrócił do Rosji i założył wydawnictwo „Praktyka” (1994), które specjalizuje się w tłumaczeniach i publikacjach literatury naukowej, w tym – medycznej. W 2005 r. przeprowadził się do miasta Tarusa. Pracuje tam jako lekarz w miejscowym szpitalu. Swoje wrażenia z pobytu i pracy na rosyjskiej prowincji opisał w eseju W ojczystym kraju (W rodnom kraju, „Znamia” 2007/5). Od 2007 roku regularnie drukuje prozę i publicystykę. Zdobywca nagrody im. Jurija Kazakowa za najlepsze opowiadanie (2010). W rosyjskim wydawnictwie „Corpus” ukazały się dwa zbiory pisarza: Nie wolno narzekać (Griech żałowat'sia, 2009) i Krzyk domowego ptactwa ( Krik domaszniej pticy, 2011). Utwory M. Osipowa przetłumaczone są na język francuski: zbiór Ma province ukazał się w wydawnictwie „Verdier” (http://www.editions-verdier.fr/v3/oeuvre-maprovince.html).

M. Osipow jest autorem dwór sztuk: Kozioł ofiarny (Kozioł otpuszczenija, 2010) i Ta przeklęta literatura (Russkij i litieratura, 2011). Pierwszy tekst został opublikowany na łamach czasopisma „Sowriemiennaja Dramaturgija” (2011/2). Dramat Ta przeklęta literatura powstał w oparciu o opowieść Kamień, nożyce i papier (Kamień, nożnicy, bumaga), opublikowaną na łamach pisma „Znamia” (2009/7). Prapremiera sztuki odbędzie się na scenie Teatru Dramatycznego w Omsku (reż. Jelena Niewieżyna, VI 2012).

----------------------------------------------------------------------------------

Osoby:

KSENIA NIKOŁAJEWNA – właścicielka baru z pierogami, burmistrz niewielkiego miasta, matka Wieroczki

ROKSANA (Roksanka) IBRAHIMOWA – pracownica baru

NAUCZYCIEL – (SIERGIEJ SIERGIEJEWICZ) – nauczyciel języka rosyjskiego i literatury

WIEROCZKA ŻIDKOWA – jego uczennica (tylko głos)

FRYZJERKA – jego druga uczennica

OJCIEC ALEKSANDER – pop

RUKOSUJEW JEGOR SAWICZ – sędzia

CYCYN PAWEŁ ANDRIEJEWICZ – przewodniczący lokalnej rady miejskiej

SAJEWIEC – młody pracownik milicji

ŻIDKOW – ojciec Wieroczki, były zastępca sekretarza komitetu rejonowego partii

PACHOMOWA – dyrektorka szkoły

PACHOMOWA – kierowniczka baru

PACHOMOWA – sekretarka Cycyna

PACHOMOWA – milicjantka

TADŻYCY, MILICJANCI, ADWOKACI, NAUCZYCIELE

Rzecz dzieje się 7 marca 2006 roku, w przeddzień Międzynarodowego Dnia Kobiet, w drugi dzień Wielkiego Postu, w miesiącu ucieczki Proroka do Medyny.

AKT I

Scena 1

DZIENNIK

Wczesny ranek. Nauczyciel jest w domu, sam. Pisze, czyta co napisał. Na stole niedojedzone śniadanie, jakieś papiery. W pokoju stoi pianino, jest dużo książek i rozmaitych pudełek.

NAUCZYCIEL Stuknęła mi już czterdziestka… Mam czterdzieści lat i póki co, dobrze się czuję… Z drugiej strony jednak zejścia po czterdziestce nie uważa się za śmierć przedwczesną, dlatego nadszedł czas, abym zebrał się w sobie i pozostawił jakąś spuściznę. Jestem nauczycielem języka rosyjskiego i literatury, całe życie spędziłem w tym mieście. Uważam je za średniej urody w nie optymistycznej rosyjskiej skali. Gdyby pominąć wszystko to, co powstało dzięki człowiekowi, to jest tutaj nawet bardzo pięknie…

Wstaje, chodzi.

Po głowie plączą się człowiekowi rozmaite, natrętne myśli… Czterdzieści lat. Słabnie we mnie wiara w człowieka, a zatem – i w Boga. Czy to wszystko ma sens, pytam się, ma sens? Czuję, jakbym siedział odwrócony plecami do życia i patrzał w okno. A tam tylko przeszłość, wciąż przeszłość… Czterdzieści lat – czy to nie powód do rozrachunku z przeszłością?

Nagle pokój wypełnia muzyka, nieprzyjemne odgłosy, okrzyki „Z okazji nadchodzącego święta!”.

Scena 2

ŚWIĘTO

1. Zdrowia, pomyślności, szczęścia w miłości!

Cała przestrzeń wokół domu Kseni wypełniona jest ludźmi: obecni są między nimi przewodniczący lokalnej rady miejskiej Cycyn, sędzia Rukosujew, Pachomowe, Żidkow, milicjanci, Tadżycy i nauczyciele. Ksenia wychodzi do nich.

WSZYSCY Wszystkiego najlepszego z okazji Święta Kobiet, pani Kseniu Nikołajewno! Życzymy zdrowia, szczęścia, powodzenia i wszelakiej pomyślności! Spełnienia marzeń! Wielu osiągnięć w pracy dla dobra całego miasta! Wszystkiego najlepszego! Zdrowia, szczęścia i wielu sukcesów!

Ksenia dziękuje wszystkim wylewnie, acz powściągliwie jak przystało na burmistrza.

CYCYN Sukcesów w zarządzaniu miastem!

PACHOMOWA I w życiu osobistym!

RUKOSUJEW (wskazując ręką na bar z pierogami) Zadowolenia z roli żywicielki ludzi! (posyła jej pocałunek na odległość).

WSZYSCY Pani Kseniu, jeszcze raz wszystkiego najlepszego z okazji jutrzejszego Dnia Kobiet! Powodzenia i wszelkiej pomyślności, zarówno w pracy zawodowej, jak i w życiu osobistym!

2. Przeszłości należy się szacunek

Z tłumu wynurza się Żidkow, wychudzony, zaniedbany starzec. Rozmawia z Ksenią półgłosem na tle otaczającej ich powszechnej wesołości.

ŻIDKOW Ksiusza, przede wszystkim życzę ci zdrowia, bo bez niego ani rusz!

KSENIA Boże! Żidkow, tylko ciebie tu jeszcze brakowało! Wstyd mi przyszedłeś robić, czy co?

ŻIDKOW (skrępowany) Życzenia chciałem złożyć, jak by nie było, małżonce…

KSENIA Byłej, byłej…

ŻIDKOW Nie poprosisz mnie do domu? (wykonuje nieokreślony gest ręką) Niezręcznie mi tak przy ludziach.

KSENIA Nie mam cię czym poczęstować. Jest Wielki Post, słyszałeś coś może o tym?

ŻIDKOW (próbuje ją uszczypnąć) A ty, Ksiucha, nadal całkiem, całkiem… Wpuściłabyś mnie. (mruga znacząco) Uściskałbym cię z okazji święta…

KSENIA Patrzcie go, ręce przy sobie! Ludzie patrzą!

ŻIDKOW To ci powiem, że niepotrzebnie mnie oddałaś do szpitala. Jakiś świerzb mnie dopadł czy coś, cały się drapię.

KSENIA Ale masz przynajmniej dach nad głową, wikt i opierunek.

ŻIDKOW Przyznasz mi jednak, że wyszłaś za mąż nie za jakiegoś tam pierwszego lepszego, a za sekretarza komitetu rejonowego partii! Powinnaś pamiętać, kim byłem!

KSENIA Mój drogi, kiedy to było? Teraz mamy tu… radę miejską.

ŻIDKOW Przeszłości należy się szacunek.

KSENIA Ta twoja przeszłość okazała się być pomyłką.

ŻIDKOW Nieważne. Szacunek się należy…

KSENIA (wzdycha) No, już dobrze. Zabierzemy cię do domu na lato.

ŻIDKOW Na lato? A czy ja w ogóle dożyję do tego waszego lata? Nie-e-e, coś czuję, że lato to ja już spędzę razem z naszą Wieroczką… Choć jako komuniście nie godzi mi się wierzyć w jakieś tam zaświaty…

KSENIA (ze złością) Teraz już się godzi. Teraz wszystko się godzi. (po chwili) Wielki mi komunista… Kraju nie daliście rady ustrzec!...

ŻIDKOW A ty nawet biednej Wieroczki nie potrafiłaś upilnować!... A będziesz mi tu o kraju!...

KSENIA Czy mógłbyś sobie Wieroczką gęby nie wycierać? Chociaż dziś, w święto…

ŻIDKOW Tylko to dziecko (nagle zaczyna chlipać) odnosiło się do mnie po ludzku… Nawet mi książki czytała.

KSENIA Książki, niby jakie?

ŻIDKOW No, ciekawe… Już dziś nie pamiętam. (nagle) Nie kupiłabyś ode mnie pasieki, co?

KSENIA A idź do diabła z twoją pasieką!

ŻIDKOW Ksiusza, a może by tak po malutkim, z okazji święta? Coś czuję, że niedługo kopnę w kalendarz…

KSENIA Idź do baru. Powołasz się na mnie, to dostaniesz, co będziesz chciał.

ŻIDKOW (odchodzi, mrucząc pod nosem) Też mi gest, powołaj się na mnie. Przeszłość była pomyłką, ciekawe! Przeszłość należy szanować… obowiązkowo szanować…

3. Poznajmy się

Przed domem Kseni znów pojawiają się ludzie, jednak już nie tak licznie. Tym razem są to przedstawiciele grona pedagogicznego. Ostatnia składa Kseni życzenia dyrektorka szkoły Pachomowa.

PACHOMOWA Pani Kseniu Nikołajewno, cała szkoła przyszła złożyć pani życzenia wszystkiego, wszystkiego, wszystkiego najlepszego! Przede wszystkim – szczęścia w życiu osobistym!

Podaje Kseni wiązankę kwiatów i papierową teczkę.

KSENIA Kogo ja widzę, całe grono pedagogiczne… (dostrzega w teczce plik kartek) przyszło mi złożyć życzenia. Czyżby znów, przy okazji, trochę po prośbie, z podaniami, tylko szczerze, pani dyrektor Pachomowo?

PACHOMOWA Ależ skąd! (konfidencjonalnie) Znalazłam w pokoju nauczycielskim, w komputerze, zapiski pani sąsiada. Teraz przecież wszyscy świetnie posługują się komputerami, pani rzuci okiem na te pierdoły.

KSENIA (służbowym tonem) Przejrzę.

PACHOMOWA Pani to ma za swoje, Kseniu Nikołajewno, co za naród u nas, zresztą sama pani wie…

Ksenia zaczyna przerzucać kartki. W tym czasie nauczycielki się rozchodzą. Ksenia czyta.

KSENIA „Mam czterdzieści lat i póki co, dobrze się czuję…”. No, no, no… Poczytam sobie, oj poczytam…

Scena 3

WIEROCZKA

1. Lubię się radować i nieść radość innym

Nauczyciel kontynuuje swój dziennik.

NAUCZYCIEL Uważam moje miasto za średnio piękne jeśli mierzyć w nie optymistycznej rosyjskiej skali. Pozostanę w nim najprawdopodobniej do końca i tu złożę me kości. (pokazuje gdzieś za okno) O, pewnie tam mnie pochowają. (uśmiecha się) Próbowałem tworzyć. Przeczytają i zbaranieją – to oni są źródłem mej „twórczości”. A kto szczególnie zbaranieje? Kilku nauczycieli – cała nasza inteligencja. „Jaka jest średnica ziemi? – pyta dzieci geograf. – Nie wiesz? To źle. Ziemia to wszak nasza matka”. Powtarza to pytanie chyba już ze dwadzieścia lat, ale jakoś jeszcze nikt nie zadał sobie trudu, aby się dowiedzieć jaka jest ta średnica ziemi. Dlaczego? Bo my stąd nigdzie nie wyjeżdżamy i ziemia wcale nie wydaje się nam okrągła. A geograf i tak wkrótce umrze na raka: to małe miasteczko, wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, zwłaszcza złe rzeczy.

Nie mam własnych dzieci i może dlatego traktuję uczniów trochę po ojcowsku. „Odsłużę wojsko, jakoś wytrzymam ten czas…” – powiedział niedawno pewien chłopiec z nieodległej wsi. Mam za sobą lata nauczania i wędrówek… Chłopców z moich pierwszych roczników prawie już nie ma pośród żywych, tylko dziewczęta w zdecydowanej większości się ostały. Jestem jeszcze nie nazbyt stary, nie obciążony rodziną, więc chce mi się organizować wieczory literackie, zawsze w czwartki… (chodzi, potykając się o pudełka) Zupełnie nie wiem co zrobić z tymi pudełkami… Te nasze czwartki literackie mają zawsze staranną oprawę: pijemy herbatę, recytujemy wiersze, czytamy prozę… Lubię się cieszyć i nieść radość innym. Nie zniechęciła mnie nawet cała ta historia z Wieroczką Żidkową…

2. Za prawdę, a nawet przeciw niej

NAUCZYCIEL Powinienem był od razu wszystko zapisywać, a tak, to wiele rzeczy uleciało mi z pamięci. Niby wszystko pamiętam… ale niczego szczególnego… Wieroczka… To była niezwykła dziewczyna! Czuło się to wyraźnie w jej gestach – ruchach rąk, głowy, ramion. Obca jej była wszelka kanciastość, nie mówiąc o niezgrabności. Chodziła do mojej klasy od czternastego roku życia do końca. Uczę tylko w starszych klasach.

WIEROCZKA Dlaczego „nie” z czasownikami należy zawsze pisać osobno? Czy nie wygodniej byłoby: „niechcę”, „niekocham”!

NAUCZYCIEL To było pierwsze, co od niej usłyszałem. Popatrzyłem na nią wówczas uważnie i pomyślałem: klasyczny wzór ofiary… Czysta, bezbronna istota, bez skazy…

WIEROCZKA „Już tylu ich porwała tamta otchłań…”.

NAUCZYCIEL Dalej… Dalej jest tak: „Proszę was ciągle, ustnie i pisemnie…”.

WIEROCZKA Za prawdę nie i tak, / Za to, że tyle smutku płynie we mnie / Choć mam dwadzieścia lat…” [1]. Chciałabym pana spytać…

NAUCZYCIEL Wieroczka, proszę, nie! (odsuwa się, zakrywając twarz dłońmi) Bardzo się bałem tych rozmów. No, bo niby jaka ze mnie dla niej para? Ty masz to wszystko od czytania, dziecko. I tylko czytanie może cię z tego wyleczyć.

WIEROCZKA (obrażonym tonem) Chciałam zapytać o coś innego: jeśli przecinki należy stawiać według określonych reguł, to może są one zupełnie niepotrzebne?

NAUCZYCIEL Trzeba by się nad tym zastanowić, kochana, trzeba się zastanowić… Nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytania. Chyba nie przestaniesz przychodzić na nasze czwartkowe spotkania literackie z herbatą?

(milczy chwilę)

Naturalnie, nie przestała. Prowincja, nikt tu niczego nie owija w bawełnę… A wiesz ty co, idź na filologię rosyjską! Uznała to za dobry pomysł… Od tej chwili jej rozprawki to były istne poematy! Choćby ta o Porfirym…

WIEROCZKA On przecież uratował Raskolnikowa, naprawdę uratował!

NAUCZYCIEL A Sonia?

WIEROCZKA Sonia? To była jego miłość, ale istnieje jeszcze na świecie sprawiedliwość! Sam pan mówił: sprawiedliwość i miłość – dwa dzieła Boże! Kara jest niezbędna przestępcy jako ratunek dla duszy, czyż nie tak? To w takim sensie Porfiry uratował Raskolnikowa! Co więcej, okazał się być człowiekiem. Czyż to nie zadziwiające, że „oni” obaj okazali się być ludźmi!

NAUCZYCIEL Wieroczka, ale dlaczego „oni”?

WIEROCZKA Tak, oni! Dlatego, że są inni.

NAUCZYCIEL Nie ma żadnych „onych”, Wieroczka, popełniasz moralny błąd!

WIEROCZKA Porfiry, sędzia śledczy… Brrr… Te jego mętne oczka. To właśnie oni, oni! (płacze) Matka chce, abym została prawnikiem!

NAUCZYCIEL Ksenia Nikołajewna, matka Wieroczki, nie chciała nawet słyszeć o filologii. Wieroczka, twoja matka nie rozmawiała nigdy ze mną na ten temat. Matka – mówiła dziewczyna – też jest inna. (zwraca się do Wieroczki) A twój ojciec? (po krótkiej pauzie) Głupio mi było nawet pytać o niego. Choć przecież często go widywałem – Ksenia na zebrania rodziców posyłała zawsze jego. Komunista Żidkow, tak go tu wszyscy nazywamy. W dawnych czasach był zastępcą sekretarza komitetu rejonowego partii. Zaczął pić, chorować i Ksenia wyrzuciła go z domu. Wtedy to już zupełnie jakoś tak poszarzał, dostał niezdrowej, ziemistej cery i trudno się było z nim dogadać. I ostatecznie Wieroczka nie posłuchała się matki.

GŁOS KSENI Wieroczka, jest takie słowo jak „trzeba”.

WIEROCZKA A czy jest również takie słowo „niechcę”? (śmieje się)

NAUCZYCIEL Mówi się, że młodość bez buntu jest niepełnowartościowa, czy ja wiem… Od razu nie poszła na uniwersytet – nie znosiła porażek.

WIEROCZKA Nie tylko dlatego.

NAUCZYCIEL Cały rok się przygotowywaliśmy! Marzyłem dla niej o Moskwie, a ona wybrała Petersburg. No, co tam jest takiego wspaniałego, Wieroczka? „Nuda, ziąb i granit ciemny!”[2]. Moskwa – to życie!

WIEROCZKA „Nam pozostaje granitowa pycha / Chwały i nędzy surowego grodu...” [3].

NAUCZYCIEL Właśnie, i biedy… Dla Wieroczki Petersburg okazał się jednym wielkim nieszczęściem… Tamtejsi chłopcy byli zepsuci do szpiku kości, okrutni i o ciętych językach. Zaczęły się akademiki, wynajęte mieszkania, Wieroczka z kimś się wiązała, z kimś rozstawała – podłe, cyniczne środowisko! Zaczęły przychodzić od niej listy, ale jakieś takie – jakby nie jej, nie było w nich tej dawnej Wieroczki. Pojechała do Petersburga po kulturę z najwyższej półki, a…

WIEROCZKA Co to za kultura, która nie daje człowiekowi szczęścia? To zwykła pomyłka!

NAUCZYCIEL A potem zajęły ją inne sprawy: rzuciła się w wir pomocy wszystkim skrzywdzonym, upośledzonym i takim, którzy nie mogli już liczyć na nikogo. Wśród takich zawsze znajdą się różne typy, nie wszyscy są święci. I trafiła pewnie na jakichś podłych łotrów.

W głębi pokoju pojawiają się dyrektorka szkoły Pachomowa, a następnie ojciec Aleksander w sutannie.

PACHOMOWA Dokładnie! Na kryminalistów i włóczęgów.

WIEROCZKA Działaliśmy według założonego planu – należało pokazać tym biednym ludziom życie od lepszej, jaśniejszej strony, uczulić ich na piękno choćby muzyki i malarstwa. Przecież oni nigdy niczego dobrego od życia nie zaznali!

NAUCZYCIEL To rzecz niemożebna. Czyż Wieroczka mogła podołać takim wyzwaniom? A potem ta okropna historia… jakby to powiedzieć?... z jednym z podopiecznych. ( z rozpaczą) Najwyraźniej została zgwałcona…

PACHOMOWA (potępiającym tonem) Została.

Nauczyciel odwraca się wystraszony.

PACHOMOWA Najwidoczniej go sprowokowała. Więc sama jest sobie winna. Żadna literatura jeszcze nikogo nie nauczyły życia.

WIEROCZKA W takim razie precz z takim życiem!

NAUCZYCIEL Ostrzegam, nie chcę znać szczegółów!

PACHOMOWA Nałykała się tabletek, czy to aż takie drastyczne? No i się przeliczyła.

NAUCZYCIEL Jak to się przeliczyła?

PACHOMOWA Dość już o tej Żidkowej. Nastąpił niesprzyjający zbieg okoliczności. Nie bez znaczenia był też jej charakter. Gdyby nie była córką szanownej Kseni Nikołajewnej, określiłabym tę całą sprawę dosadniej. Nie na darmo świątobliwy ojciec Aleksander odmówił jej mszy żałobnej. Ale pan w całej tej historii niczemu nie jest winien.

NAUCZYCIEL Jakby to, „kto winien” było tu najważniejsze!

PACHOMOWA Dziewczęta zwykle zakochują się w nauczycielach. Mnie na przykład (uśmiecha się szelmowsko), dopóki nie wyszłam za Pachomowa, podobał się nasz geograf. Zwłaszcza, kiedy pytał: „Z czym możemy porównać średnicę ziemi?”. (znowu surowo) I to by było na tyle. Proszę spokojnie pracować. Radziłabym jednak ograniczyć swoją fantazję i w nauczaniu literatury kłaść większy nacisk na definicje i regułki.

NAUCZYCIEL Nie byłem na pogrzebie. Dyrektorka zrobiła wszystko, aby mnie nie puścić. Pewnie też cierpiała.

PACHOMOWA Cierpiałam. Na swój sposób.(wychodzi)

NAUCZYCIEL Jeśli idzie o ojca Aleksandra – to wszystko prawda…

O. ALEKSANDER (z uniesieniem) Samobójstwo to wielki, jeśli nie największy, straszny grzech!

NAUCZYCIEL Gorszy od gwałtu? Gorszy od….

O. ALEKSANDER …Grzech samobójstwa jest obciążony bluźnierstwem, wystąpieniem przeciwko planom bożym. Taki grzech nigdy nie będzie wybaczony. (wychodzi)

NAUCZYCIEL Nie będzie?... Nawet jeśli sam Bóg tego zechce? (po chwili) Ale z ojcem Aleksandrem Ksenia się ostatecznie jakoś dogadała. Odprawił mszę żałobną za Wieroczkę… Jej śmierć była taka bezsensowna i nikomu niepotrzebna… Nikomu… Już ponad trzy lata… jak Wieroczki nie ma między nami… (nagle) Czasem sobie myślę: a może powinienem był się z nią ożenić, a dopiero potem wysłać ją do Petersburga czy gdzie indziej? Dlaczego tego nie zrobiłem?

Scena 4

KRZYŻ

Ksenia czyta dziennik nauczyciela u siebie przed domowym ołtarzem z ikonami i krzyżem.

KSENIA Żenić mu się zachciało. Patrzcie go… Też sobie pannę znalazł. A żeby cię diabli! Dureń. (wali pięścią w stół) Boże, przebacz mi. ( rozciera obolałą rękę) Córkę mi zabrali, kraj rozwalili. Właśnie takie przemądrzałe, wyszczekane typki jak ty, zdolniacho, rozwaliły ten kraj. Było państwo, rodzina, córka. Przyświecały nam jakieś ideały. Przeszkadzało wam to. (przenosi wzrok na krzyż) Cóż, objawiły się nowe, zupełnie inne… punkty odniesienia. Szybko się na was poznaliśmy. Kto to powiedział: po owocach ich poznacie? Najpierw sama się ochrzciłam, później ochrzciłam córkę, świątynię pomogłam zbudować. A córka mi się i tak zmarnowała. Teraz ani córki, ani kraju. I to ma być dla mnie nagroda. Nie-e-e, to się w głowie nie mieści. Znam swoje powinności. I co z tego? Ten nasz nawiedzony ojczulek, Aleksander Trzeci (uśmiecha się) także głupstwa plecie ( przedrzeźnia go) „Siła moja ze słabości się bierze”. Jaka siła może być w słabości? Mszy żałobnej za Wieroczkę odprawić nie chciał… Musiałam się starać o specjalną zgodę. A potem na stypie powiedział: „U Pana wszyscy są żywi”. Też mi pocieszenie. U Pana może i żywi, ale tu, u nas – nie. Znam swoje powinności: obiecałam świątynię postawić – postawiłam. I nadal będę dbała o wszystko. I nie oczekuję zapłaty. (znowu przenosi wzrok na Zbawiciela na krzyżu) Wiesz co, kochaniutki, trochę cię podopieszczamy! Zbudujemy coś dla ludzi, co? (olśniona nagłym pomysłem) Kaplicę. Postawimy kaplicę! Kapliczkę… W samym centrum miasta… Ach, te nieszczęsne czwartki, wiersze, powieści… (znowu wpada w złość) Jeszcze się dowiemy, kto ci te wiersze i powieści sprowadza. I rozprawimy się z nim. ( drapie się po ręce, syntetyczny materiał bluzki wydaje dziwny, nieprzyjemny dźwięk) A może z ciebie wcale nie taki dureń, co? Do diabła, może z tobą trzeba ostrożniej. Ciekawe, czy Pachomowa tę twoją pisaninę czytała? Jestem pewna, że tak… Ciągle muszę się liczyć z tymi wszystkimi potworami. Jeden ważniejszy od drugiego. Na przykład, ten kurdupel Paweł… Ledwo go wybrali do rady, a już głowę nosi wysoko… tak wysoko! Wielki oficer, wnuk bohatera! „Ja, szef rady miejskiej to pani obiecuję”. A niech go drzwi ścisną! (uśmiecha się szyderczo) Mówią, że tylko łeb ma wielki, a tam podobno wszystko ma o – takie malutkie. Już nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. (ponownie ogarnia ją złość) Tfu. ( rzuca Dziennik nauczyciela na stół) Potem doczytam te bazgroły. (głośno, w przestrzeń) No co tam, bar już otwarty? (wzdycha) Wszystko muszę sama, sama jedna… Nie mam już sił tego ciągnąć, a trzeba… Całe miasto na mojej głowie. To mój krzyż i powinność.

Scena 5

BIZNES

1. Pierogi z mięsem

Bar z pierogami. Na zapleczu siedzi Roksana, zakrywając sobie oczy. Pomieszczenie ma niski sufit, z kranu cieknie woda. Roksana wstaje i usiłuje dokręcić kurek. Na sali przy stoliku siedzi jedynie Żidkow. Pośrodku jadłodajni stoją zakłopotani Tadżycy. Pachomowa, kierowniczka baru, namawia ich do rozejścia się.

PACHOMOWA Idźcie stąd, bo jak przyjdzie szefowa, to was pogoni.

Wchodzi Ksenia.

KSENIA O co się rozchodzi?

PACHOMOWA Niech im pani zapłaci, Kseniu Nikołajewno. Umowa wstępna dobiegła końca.

KSENIA No właśnie. Zabierajcie więc manatki i wynocha mi stąd.

Tadżycy usiłują coś powiedzieć.

Są na was skargi, rozumiecie? A poza tym miałam koszta: zakwaterowanie, wyżywienie, do ciebie (zwraca się do jednego z mężczyzn) to nawet pogotowie musiałam wzywać. A pożytku z waszej roboty było tyle, co kot napłakał. Dalej, zabierać mi się stąd! Poranny spacer dobrze wam zrobi. Skończyłam. Spadać mi stąd! Pachomowa, wyprowadź ich.

Tadżycy wychodzą. Zadowolonej Kseni zbiera się na żarty.

Te Tadżyki to niczym nasze pierogi: mają upływający termin ważności. Ba, są chyba nawet jednorazowego użytku. Zachciało wam się wystąpić z naszego wielkiego państwa, to teraz macie… auf wiedersehen.

2. Módlcie się za nieprzyjaciół swoich

Wyprowadziwszy Tadżyków, Pachomowa wraca z powrotem.

PACHOMOWA Wielebny ojciec Aleksander przyszedł. Mówi, że ma prośbę.

KSENIA To na co czekasz? Proś go!

Ojciec Aleksander wchodzi ostrożnie, ubrany jest po cywilnemu. Ksenia podbiega do niego i składa ręce, aby otrzymać błogosławieństwo.

ŻIDKOW (z kąta) O, prawdziwe objawienie Chrystusa! Aleksander Trzeci!

O. ALEKSANDER (nie zwracając uwagi na Żidkowa) Przychodzę do pani, Kseniu Nikołajewno, z życzeniami wytrwania w Wielkim Poście! Trzeba na to wielkiej siły ducha, a także ciała…

ŻIDKOW Słuchaj no, ojczulku, pasieka by ci się nie przydała? To w końcu czyim ty jesteś ojcem?

Pachomowa doskakuje do Żidkowa i próbuje go przywołać do porządku.

KSENIA To ojciec duchowny. Duchowny… Ojcze, skaranie boskie z tym durnym starym.

O. ALEKSANDER (machinalnie) Panie, miej ją w swej opiece. (już normalnym tonem) Wszyscy mamy jednego ojca niebieskiego, pani Kseniu Nikołajewno.

Siada.

KSENIA Może ojciec głodny. Mamy tu w barze także postne potrawy.

O. ALEKSANDER Dziękuję serdecznie za zaproszenie. Przychodzę tu, by tak rzec, służbowo.

KSENIA Słucham ojca.

O. ALEKSANDER Mam do pani wielką prośbę.

KSENIA Ależ słucham, niech się ojciec nie krępuje.

O. ALEKSANDER Pani Kseniu, potrzebni mi są na gwałt robotnicy. Ci, których mi pani przysłała, porzucili robotę i odeszli… A do Wielkiego Tygodnia czasu zostało naprawdę niewiele…

KSENIA Dla wspomożenia świętej sprawy robotnicy muszą się znaleźć… (do Pachomowej) Leć migiem za nimi.

O. ALEKSANDER Niech Bogu będą dzięki, Kseniu Nikołajewno!

KSENIA Wszystko dla bożej chwały, ojcze Aleksandrze, dla chwały bożej… Nie ma ojciec jeszcze jakichś próśb w zanadrzu?

O. ALEKSANDER Och, kochana pani Kseniu, nie będę ukrywał, że mam! Dzwony by się nam przydały, co nie? Wyobraża sobie pani: wiosna, drzewa całe w kwiatach, powietrze wręcz pachnie i dźwięk dzwonów się niesie hen aż za rzekę… (zamyśla się) Dźwięk dzwonów bardzo przyciąga ludzi do Boga. Pamiętam, jak byłem jeszcze chłopcem…

KSENIA (przerywa mu) Z dzwonami przyjdzie jeszcze poczekać, ojcze… Aleksandrze. Miastu jest potrzebna kaplica.

O. ALEKSANDER Kaplica? A po co nam kaplica? Świątynia świeci pustkami, a tu jeszcze kaplica.

KSENIA Bo nabożeństwa ojca są że tak powiem… nazbyt rozbudowane. Dlatego konieczna jest kaplica. Po prostu niezbędna. (ponownie wpada w przymilny ton) Na cześć naszego niebieskiego Ojca kaplicę nazwiemy pod wezwaniem… Jakie ojciec by sobie życzył? O, tam ją postawimy, dokładnie w tym miejscu. ( pokazuje na dom nauczyciela)

O. ALEKSANDER No, ale tam przecież… stoi czyjś dom.

KSENIA Tak, ojcze, ale on jest wrogiem naszej wiary, naszego miasta. To obcy nam człowiek, ojcze, wróg!

O. ALEKSANDER (ponownie dość rutynowo) Módlcie się za nieprzyjaciół swoich, powiedziano w piśmie.

KSENIA (ze złością) Tak, modlę się za nich, co wieczór się modlę… Moją Wieroczkę, córeczkę moją zgubił. Nic ojciec nie wie… (zamyślona) Czyżbym się miała znowu do waszego zwierzchnika, czcigodnego archireja zwracać? (przygląda się popowi uważnie) Ma ojciec jakieś dziwnie białe usta. Śmietany się ojciec napił, czy co?

O. ALEKSANDER (przestraszony) Z bożym błogosławieństwem, pani Kseniu Nikołajewno. Z powodu słabowitego zdrowia poratowałem się znakomitym, tłustym nabiałem... ( wyciera sobie brodę i wąsy)

KSENIA O, jeszcze tutaj nieco ojcu zostało. Niech ojciec pobłogosławi mój pomysł z kaplicą. A temu tam nauczycielowi damy mieszkanie komunalne. Po co mu, samotnemu, taki duży dom? Czy ojciec ma taką wielką plebanię? Skromnie ojciec żyje, po bożemu. (Pop potakuje głową) Projekt kaplicy przedłożę w swoim czasie. Niech dobry Bóg ma nas w swej opiece!

Pop nieco oszołomiony błogosławi Ksenię i wychodzi.

KSENIA (ze złością) Módlcie się za wrogów… Modlę się za nich, modlę. Każdego dnia.

3. Z charakterem

Roksana wchodzi do sali barowej, podaje piwo Żidkowowi i zbiera brudne naczynia.

KSENIA (do Pachomowej, która dopiero co wróciła, wskazując na Roksanę) A ta co za jedna?

ŻIDKOW (do Roksany) Wiesz, kim ja byłem za sowieckich czasów? Pewnie myślisz, że jakimś niewydarzonym kołchoźnikiem, albo robociarzem? Nie-e-e. Byłem sekretarzem komitetu rejonowego partii! (potrząsa pięścią) O, tak trzymałem całe miasto! Były kłopoty z drogami, wodociągami, nie ukrywam, były. Ale myśmy z tymi kłopotami walczyli. Co się nic nie odzywasz? Nie jesteś Rosjanką czy jak? Moja córka nad takimi jak ty się zawsze litowała.

ROKSANA (niskim głosem, powoli) Będzie pan jeszcze coś jadł?

ŻIDKOW Nie, dla ciebie zostawię. (nagłym gestem przysuwa do siebie talerz) Żartowałem. Nie przejmuj się… W naszej szkole kadr partyjnych uczyło się sporo działaczy z innych republik. Ale wesoło nam było razem! (pokazuje głową na Ksenię) Tamtej tylko czasem niczego nie opowiadaj. Bo zaraz cię pogoni do jakiejś brudnej roboty… Rozumiesz mnie?

Roksana odwraca się, aby odejść.

KSENIA Tak, tak Żidkow. No dalej, raz dwa! Pojadłeś, popiłeś i marsz do szpitala!

ŻIDKOW (ociągając się) Tylko mi nie wspominaj o szpitalu! Od razu mnie wszystko swędzi. (do Roksany) A ty dokąd uciekasz? Nie podrapałabyś mnie czasem po plecach?

Roksana odwraca się gwałtownie i rusza w jego kierunku. Z gardła wyrywa się jej kilka niepojętych, obcych, złowrogich dźwięków. Żidkow porzuca piwo i pędem wybiega z baru. Roksana spokojnie sprząta po nim naczynia.

KSENIA (za Żidkowem) Komuniści zawsze na przedzie? (z ciekawością przygląda się Roksanie) No, no, no… Widać, że ma charakter.

PACHOMOWA Od niecałego tygodnia jest u nas, pani Kseniu Nikołajewno. Dobrze pracuje. Tyle tylko, że stale milczy.

KSENIA I bardzo dobrze. Trzeba pracować, a nie na okrągło mleć ozorem. (głośno do Roksany) Jak masz na imię, panna?

ROKSANA Roksana, po waszemu – też Roksana.

KSENIA (na boku) Roksana, Roksana… Co to za imię? Wieroczka by wiedziała.

PACHOMOWA Była tu jedna letniczka. Taka… uczesana w koński ogon.

KSENIA W koński ogon?

PACHOMOWA No właśnie. (pokazuje) Szukała jej. Uczy podobno rosyjskiego jej synka.

KSENIA Kto uczy, ta nasza Roksana? Rosyjskiego? Ci letnicy całkiem już (puka się znacząco w skroń) powariowali. Może jej coś… zabrała?

PACHOMOWA Nie-e-e, pytałam.

KSENIA No dobrze, niech pracuje. Będę jej płacić.

4. Znajdziesz sobie Macedońskiego

Ksenia z menu w ręce objaśnia Roksanie zakres jej obowiązków.

KSENIA Mamy tak rok w rok. Od maja do września stołują się u nas letnicy, jest ich całkiem sporo. Uruchomiamy wtedy nawet taras. A w pozostałe miesiące przychodzą do nas swoi czyli ludzie z miasta. Serwujemy dania naszej kuchni wschodniej – tatarską zupę „szurpa”, uzbeckie pieczone pierożki „samsa”. Teraz jednak zaczął się Wielki Post i obowiązuje postne menu. Jednak daniem podstawowym są u nas rosyjskie pierożki z mięsem, sławne „pielmieni”. Ale jadłospis niech cię głowa nie boli. (ogląda kartę dań, marszczy się niezadowolona) To menu jest całe wyplamione, trzeba je zmienić. Będziesz umiała włożyć nowe kartki z jadłospisem? (Roksana przygląda się z uwagą, ledwie zauważalnie potakuje głową) Roksana – co ty masz za imię?

ROKSANA Tak miała na imię żona Macedońskiego.

KSENIA (z niepokojem) Jakiego Macedońskiego?

ROKSANA Aleksandra.

KSENIA Ach, Aleksandra Macedońskiego! No tak, ty też staraj się, dziewczyno, a może znajdziesz sobie męża, który będzie niczym ten Macedoński. Może który spośród letników. Zapamiętaj, że droga do serca mężczyzny zawsze wiedzie przez żołądek. Nie wierzysz? ( próbuje się zaśmiać, ale pod spojrzeniem Roksany poważnieje) Nie możesz tak patrzeć na ludzi! (nagle traci całą pewność siebie) Wybacz, ale ja nie jestem Żidkowem. (robi wrażenie, że chce odejść, ale zatrzymuje się) Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet, moja droga Roksanko!

Roksana nie odpowiada.

Scena 6

ONIEGIN

Nauczyciel, w domu.

NAUCZYCIEL Nie wypada mi się skarżyć – żyje mi się tu całkiem dobrze. Gdzieś tam w stolicach ludzie bronią dysertacji, wydają książki, coś istotnego się dzieje, literaci walą się po twarzach w obronie swych artystycznych racji, a tutaj… przytulne ciepełko i swojski smrodek… Zapachy też bywają, a jakże, ale mnie one specjalnie nie interesują. Nasze władze to raptem Paweł czyli Pasza, Ksenia i sędzia. Ludzie nazbyt nerwowi i niespecjalnie piękni. Weźmy takiego Paszę… dureń. Ale został zaakceptowany przez miejscowych. Zresztą, kogo nasi by nie zaakceptowali? Kiedyś słuchali komunisty Żidkowa, teraz Paszki. Może ten ostatni nam drogi pobuduje?... Weźmy teraz sędziego – wywodzi się z klanu bogaczy. Nazwisko ma śmieszne – Rukosujew. Połowa tutejszych gruntów należy do Rukosujewów. W gruncie rzeczy nie jest złym człowiekiem. No i ostatnia – Ksenia… nie mam pojęcia jak ją określić… Przywódca duchowy, ajatollah.

WIEROCZKA Talib w spódnicy. (śmieje się) Nadal nic pan nie rozumie? Matka jest inna, oni wszyscy są inni.

NAUCZYCIEL Może i masz rację – inni? Przecież są dzieci, które znajdują przyjemność w dręczeniu kotów? A tak naprawdę, co mnie obchodzą nasze władze? Żarówki świecą, woda leci… nie zawsze, bywają z nią problemy, ale jednak leci… I życie jest piękne, a cała reszta to bzdura. Ale nie o tym chciałem. ( milczy) Więc czego się wówczas przestraszyłem?

WIEROCZKA (na pół prosząco) Miłości…

NAUCZYCIEL (potakuje głową) I związanych z nią cierpień.

WIEROCZKA Cierpień? Czyżby zazdrości? Śmieszne.

NAUCZYCIEL A może ja jej wcale nie kochałem? Może ja w ogóle nie potrafię kochać? A poza tym wszystkim czy pasowałem do Wieroczki? Przecież byłem od niej starszy, a ona była moją… uczennicą.

WIEROCZKA (wyraźnie) For–ma–lizm.

NAUCZYCIEL Nasze życie tutaj byłoby raczej nie do pomyślenia.

WIEROCZKA Wyjechalibyśmy stąd.

NAUCZYCIEL Ten ostatni rok był jakiś szczególny! Na przykład niedługo przed jej wyjazdem siedzieliśmy razem na werandzie i pisaliśmy pracę dla jednej z mych absolwentek… Wieroczka, jak ona miała na imię?

WIEROCZKA Tych młodszych o rok w ogóle nie pamiętam.

NAUCZYCIEL Pisaliśmy pracę wstępną…

WIEROCZKA Na jakąś głupią uczelnię.

NAUCZYCIEL Wieroczka, nie bądź taka zarozumiała, bo pękniesz.

W głębi pokoju zjawia się fryzjerka. Siada w szkolnej ławce, na kolanach trzyma telefon komórkowy.

FRYZJERKA Do Wyższej Szkoły Umiejętności Wszelakich.

WIEROCZKA Przyjmują wszystkich jak leci, podczas zajęć można mieć włączoną komórkę.

FRYZJERKA (podaje temat pracy) „Co sprawiło, że relacje pomiędzy Tatianą, a Onieginem były złe, by nie rzec, tragiczne?”.

WIEROCZKA Co za banalny temat.

NAUCZYCIEL Cytat. (dyktuje) Perypetie Oniegina i Tatiany stanowią główny wątek poematu. Relacje między nimi nawiązują się w trzecim rozdziale, kiedy to Oniegin po raz pierwszy odwiedza Łarinów… Zakładamy, że idziemy we właściwą stronę pod względem treści i formy.

WIEROCZKA Tatiana żyje na głuchej prowincji. Osobliwość tamtejszej egzystencji polega na tym, że brak jest jakichkolwiek autentycznych przeżyć, dotyczy to osobliwie kobiet.

NAUCZYCIEL Nie powtarzamy się: „osobliwość” – „osobliwie”?

WIEROCZKA Tak, ale to z pośpiechu. Ludzie o bogatej wyobraźni uciekają wówczas w świat iluzji. „Tatiana w ciszy leśnej marzy / I błądzi z książką niebezpieczną / I szuka w niej i odnajduje / Żar, który w piersi własnej czuje…”.

NAUCZYCIEL Tak, tak, Wieroczka, wszystkiemu winne są niebezpieczne książki.

WIEROCZKA Ale mówił pan też, że potrafią człowieka – uleczyć.

NAUCZYCIEL „Nadszedł dla Tani czas kochania”. „Dusza oczekiwała… kogoś”.

WIEROCZKA „I doczekała się…”

NAUCZYCIEL Zauważmy, że zakochanie owładnęło naszą bohaterkę już po pierwszym spotkaniu z wybrankiem.

WIEROCZKA Należy także zauważyć, że bohaterka nie pomyliła się w swych uczuciach – aż do samego końca. „Dziś jeszcze (po co się maskować?) ja pana kocham”. Oniegin niestety przyjął jej wyznanie nazbyt ostrożnie i chłodno. (kpiąco) „Ja kocham panią sercem brata”.

Słychać dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.

NAUCZYCIEL Wieroczka, a ty dokąd? „Tęsknota serca ściga Tanię / nieboga smutki swe ukrywa / chodząc po parku…”.

Wieroczka powraca.

Wieroczka, co tobie?

WIEROCZKA Co za pech. O mały włos natknęłabym się na matkę.

NAUCZYCIEL Tatiana nie może być szczera ze swymi najbliższymi. „Milcząca, bojaźliwa, dzika / Rośnie jak obce dziecko w domu / Nie lubi zwierzyć się nikomu…”.

WIEROCZKA Zakochana jeszcze częściej ucieka z domu.

NAUCZYCIE Ale to nie Oniegin wyrwał ją z ciepłego, domowego kręgu!

WIEROCZKA Nie – nie Oniegin. On „postąpił z Tanią bardzo ładnie” [4].

NAUCZYCIEL A kiedy wreszcie zrozumiał, że ją kocha, niczego już się nie dało zmienić, ani naprawić.

Pauza.

FRYZJERKA Dlaczego nagle przerwaliście? Dalej, dalej, please.

NAUCZYCIEL Wieroczka, a niby skąd on miał to wiedzieć wcześniej?

WIEROCZKA Powinien wiedzieć. Po prostu powinien… Tak to już jest.

NAUCZYCIEL Oniegin był bardziej doświadczony, obeznany, starszy… Nie, nie pisz „obeznany”, tylko „starszy”. Tak, powinien był… (milczy, spogląda na zegarek) Już najwyższy czas zacząć przepisywać na czysto.

FRYZJERKA A wnioski? Jakieś końcowe wnioski chyba muszą być?

NAUCZYCIEL (mówi ledwo słyszalnym głosem) Jakie? Że życia nie można nauczyć się na pamięć jak tabliczki mnożenia. I stąd się wzięła ta cała – jak to napisaliśmy? – zła, by nie rzec, tragiczna historia. (po chwili) Trzeba być człowiekiem z krwi i kości, a nie eterycznym duchem. (milczy) Przeszłości nie da się odwrócić. Mija i nie zostaje z niej nic.

Scena 7

SAMORZĄD

1. Kobiety lubią brutali

Sekretariat przewodniczącego rady miejskiej. Sekretarka Pachomowa skubie tortowe ciastko, stroi miny przed lustrem i odbiera co rusz dzwoniące telefony.

PACHOMOWA Że jak? No piszę. „$” jak dolar? Proszę chwilę poczekać. (do drugiego telefonu) Paweł Andriejewicz jest teraz bardzo zajęty. Zadzwonię do pana później.

Wchodzi Ksenia.

KSENIA Zastałam pana przewodniczącego?

PACHOMOWA Tak, jest na miejscu. Dla pani, kochana Kseniu Nikołajewno, zawsze jest na miejscu! Była już pani może w tym nowym salonie fryzjerskim? ( zdejmuje słuchawki ze wszystkich aparatów i wychodzi. Krzyczy za Ksenią, która jest już na schodach do gabinetu przewodniczącego) Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!

KSENIA Wzajemnie, wzajemnie.

Pojawia się Cycyn. Nachmurzony podpisuje kartki z życzeniami. Kiwa Kseni głową na powitanie, nie odrywając się od swego zajęcia.

KSENIA Pszepana, po co się tak wysilać? Przecież jest ksero. (siada przy nim na krześle) Nic o siebie nie dbasz, mój drogi. Wypalisz się do cna, pracoholiku.

Cycyn wstaje nagle, przygląda się Kseni z uwagą, obejmuje ją i popycha w głąb pokoju.

CYCYN Siadaj Kseniu, obejrzymy sobie film o mnie.

KSENIA Jaki znowu film?

CYCYN Zobaczysz sama, bardzo interesujące kino.

Popycha ją w stronę kanapy.

KSENIA (śmieje się) Paszka, coś ty znowu wymyślił?

CYCYN Po prostu, podrywam cię.

KSENIA Czyś ty z byka spadł? Mało to dziewuch w mieście? (wyrywa się z jego objęć) Choćby u mnie, pracuje jedna młoda Tadżyczka… Mówię ci, kwiat nie dziewczyna (strzela palcami) A jaka zgrabna (wybija obcasami rytm flamenco) Jej oczy strzelają spojrzeniami niczym miotacze ognia... ( bierze ze stołu zapalniczkę i usiłuje to pokazać)

CYCYN (nagle zamyślony) Potrzebny mi jest teraz nowy wizerunek. (rzuca się na Ksenię od tyłu, podciąga jej spódnicę)

KSENIA Wizerunek! (chichocze) Wizerunek! Nie ma sprawy, mój ty dziarski sokole – wyszykujemy ci taki wizerunek, że hej!

Ich namiętność nie trwa długo. Ksenia, chichocząc, wyskakuje na środek pokoju, poprawiając na sobie ubranie. Cycyn także się opamiętuje.

KSENIA Paszka, kto cię nauczył tak się brać za baby?

CYCYN Kto… kto… W szkole pancernej. (zamyślony) Kobiety lubią brutali.

2. Oficerowie piją na stojąco

KSENIA Panie Pawle Andriejewiczu, trzeba nam nieco pourzędować.

CYCYN (przyjmuje majestatyczną pozę) Pani Kseniu, nie ma sprawy, podeliberujmy na kilka ważnych tematów.

KSENIA (bierze papier) Miastu potrzebna jest kaplica.

CYCYN Załóżmy.

KSENIA Wszystkie plany są już zatwierdzone przez władze cerkiewne. Został jeszcze mały drobiazg – ziemia pod budowę.

CYCYN (spogląda pytająco na Ksenię) Masz jakąś propozycję?

KSENIA Mój sąsiad panoszy się na piętnastu arach. I to w samym centrum miasta.

CYCYN (nagle) Niby z nim coś nie tak. Moją Krystynkę uczy. (uśmiecha się) Popatrz, popatrz, to ci… ptaszek.

KSENIA A tak, ptaszek. A bardziej – niebieski ptak.

CYCYN (przekłada papiery na stole) Znaczy decyzja zapadnie zgodnie z programem odrodzenia duchowego, rozwoju naszego piśmiennictwa i czym tam jeszcze?

KSENIA Mój drogi Pawle, od kiedy to jesteśmy biegli w aż tak zawiłych kwestiach? Chodzi wyłącznie o to, aby przydzielić naszemu ptaszkowi lokal z zasobów komunalnych.

CYCYN (kręci głową) Droga pani Kseniu, nie widzę takich możliwości.

KSENIA Z panem, pszepana, to jak z żyrafą lub dzieckiem.

CYCYN (obrażony) Tak, bo ja jestem prostym, uczciwym człowiekiem.

KSENIA (wzdycha) Wiem o tym… Wnuk żołnierza. I obraża się jak dziecko za, skąd inąd, sympatyczną żyrafę?... Masz pogadać z kim należy. Najlepiej jeszcze w tamtym tygodniu…

CYCYN Pani Kseniu, proszę mi wybaczyć, ale tamten tydzień to jest tamten tydzień, a ten tydzień to jest ten tydzień.

KSENIA Patrzcie go, jaki mądry. Gdzie cię tego nauczyli?

CYCYN (wzrusza ramionami) W województwie.

KSENIA No tak, ty teraz w województwie bywasz. (rozkłada ręce) Myślałam, że jesteś mężczyzną. Zawiodłam się srodze. Paweł, czy ty chociaż wiesz, co to kaplica? Najwyższa pora, abyś się dowiedział.

CYCYN . Uważam, że lepiej byłoby postawić kręgielnię. Byłby większy pożytek.

KSENIA A idź mi w cholerę z kręgielnią! Paweł, ty musisz myśleć jak gospodarz tego terenu, urzędnik państwowy!

CYCYN Pani Kseniu, państwo – to pojęcie względne.

Pauza.

KSENIA (z nagłym uniesieniem) A czy ty wiesz, co tam się u niego wyrabia? (coś szepcze Cycynowi na ucho) A żebyś wiedział. Oj potrafi ten ptaszek ćwierkać. Poćwierka, poćwierka i… napaskudzi. (znów mu szepcze do ucha) Gniazdo rozpusty uwił sobie tam ten twój ptaszek. Nie boisz się o własną córkę? Chcesz, żeby ona… Żeby i ona… (sięga po chusteczkę i podnosi ją do oczu)

CYCYN (mrocznym tonem) Już dobrze, przyjrzę się temu dokładniej. Przeanalizuję całą sytuację. Przygotuj decyzję! Tylko, żeby wszystko było zgodne z prawem! Teraz takie czasy, zresztą sama wiesz najlepiej. (sięga po kieliszki i butelkę koniaku) No to, pani Kseniu, walniemy po maluchu z okazji Dnia Kobiet. Życzę pani zdrowia, powodzenia i wszelkiej pomyślności! (wstaje).Oficerowie piją na stojąco.

KSENIA (na stronie) A niech to diabli, udało się.

Scena 8

RZEKA

1. Wszystko przeminie

Brzeg zamarzniętej rzeki. Nauczyciel i ojciec Aleksander uśmiechają się do słońca i do siebie nawzajem, nie potrafią jednak zacząć rozmowy. Nieopodal z okna szkoły dochodzą odgłosy biesiady. Dyrektor Pachomowa proponuje: „No co, dziewczęta, zaśpiewamy?”. Męski głos: „Pytam się was, jaka jest średnica Ziemi? Nie wiesz. To źle. Ziemia to nasza matka, trzeba znać jej średnicę” – śmiech.

NAUCZYCIEL Noce już ciepłe, a lód mimo to trzyma…

Pauza.

O. ALEKSANDER Przyszedł pan popatrzeć jak lody schodzą?

NAUCZYCIEL (kiwa potakująco głową, uśmiecha się) A ojciec też już skończył swą służbę? Dużo ludzi było na mszy? Ojciec mi wybaczy, ale zupełnie nie wiem, jak mam się zwracać…

Pop gestami uspokaja nauczyciela.

O. ALEKSANDER Ja również… Przez tyle lat było zupełnie inaczej… A teraz po rękach mnie całują i w ogóle… A co do ludzi, to nie, nikogo nie było w cerkwi. Ale ja tak nawet wolę… W pustej świątyni…

NAUCZYCIEL „I rdzawym kluczem drzwi otworzę; / W przedsionku, pośród blasków zorzy, / Ja moją własną mszę odprawię” [5].

O. ALEKSANDER . Co to jest?

NAUCZYCIEL „Odwet” Aleksandra Błoka.

Pop wzrusza ramionami. Chwilę milczy. Widać, że coś go męczy.

O. ALEKSANDER Właściwie, to… mi nie wolno… Zaznaczam panu, że to nie jest zdrada tajemnicy spowiedzi. (nagle mocno wystraszony) Tej tajemnicy nigdy nie odważyłbym się złamać. Powiem tak… Pośród przychodzących do mnie są najrozmaitsi ludzie. Niech pan uważa… Są wobec pana pewne zakusy…

NAUCZYCIEL (ciepło) Ojcze Aleksandrze, czyżby chciał mnie ojciec przed czymś przestrzec? I ma to związek z moją sąsiadką?

Pop kiwa potakująco głową.

Znam ją nie od dziś! Doskonale znam… Nie lubi mnie ona, oj, nie lubi! Mi zresztą też jest trudno ją pokochać. Powiem więcej, jest to absolutnie niemożliwe. I cieszę się z tego. Mimo wszystko, dziękuję ojcu!

O. ALEKSANDER (widać, że mu wyraźnie lżej) Wyszło trochę tak, jakbym się panu wyspowiadał. (uśmiecha się speszony) Cała reszta zależy teraz od woli Najwyższego.

NAUCZYCIEL Od woli Najwyższego… Myśli ojciec, że On wszystkim kieruje?

O. ALEKSANDER (wzrusza ramionami) A skąd ja mam to wiedzieć?... Nie wiem…

NAUCZYCIEL Więc po co ojciec… my wszyscy… zwracamy się do Niego?

O. ALEKSANDER (uśmiechając się lekko) Bo to takie… naturalne.

Pauza.

NAUCZYCIEL A oto i Ksenia Nikołajewna. Widzi ojciec, tam idzie, nieopodal sądu.

Pop odwraca się wystraszony.

Co ojciec taki wystraszony? Ksenia i oni wszyscy razem nie wiedzą, co czynią! Proszę się ich aż tak nie bać! Wiadomo, w jakimś stopniu wszyscy się ich boimy…

O. ALEKSANDER (prawie z niechęcią) Pan to, wydaje mi się, nikogo się nie boi!

NAUCZYCIEL Ależ skąd, boję się, boję. Ich się boję i wielu innych rzeczy, nawet tych dobrych, też się boję… Śmierci się boję…

O. ALEKSANDER (zamyśla się) Dusza lęka się śmierci… Nie, nie należy bać się śmierci… Powinniśmy jej oczekiwać niczym młodzieniec swej oblubienicy… Czekać, aż otworzą się nam drzwi…

NAUCZYCIEL To nie takie proste…

O. ALEKSANDER Pan jest nazbyt pyszny… (nieoczekiwanie ze sporym zaangażowaniem) Gdyby nie pańska buta, porozmawiałby pan z Pawłem Andriejewiczem. Wydaje mi się, że uczy pan Krystynę, jego nastoletnią córkę.

NAUCZYCIEL Widzę, że ojczulek dobrze poinformowany!

O. ALEKSANDER To oczywiste w mojej posłudze, wciąż obracam się między ludźmi… Obaj od nich zależymy. Skąd ta Ksenia Nikołajewna wraca? Pewnie z administracji, od Pawła Andriejewicza. Pan by też mógł do niego pójść, pogadać o postępach jego córuni, a przy okazji i swój interes wyłuszczyć. Dokąd ta Ksenia teraz leci? Do sądu. Ciekawe po co?

NAUCZYCIEL Nie mam pojęcia, ojcze Aleksandrze.

O. ALEKSANDER Szkoda… A niby jest pan taki wykształcony… Trzeba wiedzieć co do czego… Jakie mechanizmy rządzą światem.

NAUCZYCIEL (po chwili zastanowienia) Wielebny ojcze, może i istnieją jakieś mechanizmy rządzące światem, ja ich jednak nie znam, i co gorsza, nie mam zamiaru poznać. Nasze władze to… najprawdopodobniej na swój sposób dobrzy ludzie, oni są po prostu inni.

O. ALEKSANDER Inni?! (wystraszonym głosem) Nie ma żadnych innych! To ludzie słabi, grzeszni i pyszni. Chcą być jednak postrzegani jako dobrzy, chcą myśleć o sobie pozytywnie… Należy wczuć się w ich położenie… (nagle) Mogą panu zburzyć dom.

NAUCZYCIEL No, co też ojciec! Nie są aż takimi szubrawcami… (zamyśla się) A jeśliby nawet… To i tak do Cycyna nie pójdę! Wybaczy ojciec.

O. ALEKSANDER (wzrusza ramionami) No cóż, czy to moja sprawa? Tu chodzi przecież o pański dom. Czyżby nie był panu potrzebny?

NAUCZYCIEL Dom? Ja bardzo lubię swój dom.

Mija chwila niezręcznego milczenia. Pop pierwszy je przerywa.

O. ALEKSANDER Proszę mi powiedzieć, dlaczego rzeka nie zamarza całkowicie, tylko pod lodem płynie sobie dalej?

NAUCZYCIEL O, to jest bardzo interesujące zjawisko! Polega na tym, że w odróżnieniu od innych substancji woda ma największą gęstość nie w punkcie krzepnięcia czyli przy zero stopni Celsjusza, lecz przy plus czterech. Dlatego, gdy woda dochodzi do zera stopni Celsjusza, jej krzepnięcie nie postępuje niżej. W ten sposób na powierzchni mamy warstwę lodu, a pod nią żywą wodę. To taka cudowna właściwość tej niezbędnej do życia substancji. Inaczej rzeki zamarzałyby do samego dna i wszelkie życie by w nich obumierało.

Pop uśmiecha się i kiwa głową.

O. ALEKSANDER Czy to nie cudowne… Rzeczka, niebo… słoneczko… wszystko to będzie trwało zawsze, a tamto (pokazuje na miasto) przeminie. Wszystko przeminie i przepadnie w niebyt. I my i cała reszta… Zanim nastałem ja, w naszej świątyni służyło dwóch ojców Aleksandrów, a po mnie nastąpią kolejni Aleksandrowie, Janowie, Mikołajowie, Tichonowie…

NAUCZYCIEL (uśmiecha się, wzrusza ramionami) Pójdę już!

Pop czyni za nim znak błogosławieństwa i szepcze: „Panie, miej go w swej opiece!”.

W gruncie rzeczy, dobry człowiek. Tylko jakiś taki wystraszony… Wszystko minie, wszystko przepadnie… Już sam nie wiem…

2. Urojenia i mrzonki

Zadowolony by nie rzec wesoły nauczyciel idzie w dół rzeki.

NAUCZYCIEL Co mnie jeszcze cieszy: że nie mamy tutaj kolei. Może to i źle dla rozwoju przemysłu, ale przecież drogi żelazne to dopust boży i niewola. (śpiewa ) „Jedzie pociąg z daleka…”. Droga hamowania wynosi podobno półtorej kilometra, kto by pomyślał? Samochód – to co innego! Jak dojdę do większych pieniędzy, to kupię auto… Poprowadzić samochód to żaden problem, spokojnie dam radę. Wybiorę się do znanej wioski Michajłowskoje i do wsi Bołdino, należącej kiedyś do klucza majątku rodzinnego Puszkina. Będę sobie spacerował po tych wszystkich zabytkowych miejscach i nagle spotkam nauczycielkę… Samotną albo z dziećmi, wszystko mi jedno, przywykłem do dzieci!... „Zadowolona pani z wycieczki?” – zapytam ją, a ona mi odpowie w miarę do rzeczy.

WIEROCZKA Raczej cudacznie.

NAUCZYCIEL Porozmawiamy sobie o tym i owym i ja jej oznajmię: „Spodobała mi się pani razu, kiedy tylko panią ujrzałem. – A ona się zaśmieje, jak gdyby mi nie wierzyła. – Przysięgam pani”.

WIEROCZKA Proszę nie przysięgać ani na niebo, ani na ziemię…

NAUCZYCIEL Ona się uroczo nachmurzy, a ja zakończę tę rozmowę jakimś wesołym cytatem z Puszkina. A potem wsiądziemy w auto i pojedziemy prosto do mnie, bez żadnych wcześniejszych rozmów i ustaleń. A po drodze… Co będziemy robić podczas drogi?

WIEROCZKA Zagramy w jakąś grę.

NAUCZYCIEL Dokładnie! W grę! Pieśń nad pieśniami.

WIEROCZKA Bajkę bajek.

NAUCZYCIEL Czterdzieści czterdziestek.

WIEROCZKA (po pewnym namyśle) Świętość świętych.

NAUCZYCIEL Marność nad marnościami.

WIEROCZKA (po jeszcze większym namyśle) Koniec końców.

NAUCZYCIEL Na wieki wieków… Wtedy ona się zastanowi i da za wygraną… Masz takie oczy… Posłuchaj, masz takie oczy jeśli spojrzeć na nie z góry lub z prawej strony…

WIEROCZKA Jaki pan elokwentny!

NAUCZYCIEL Masz takie oczy, jak na niektórych ikonach…

WIEROCZKA Przecież każdy zakochany porównuje swą wybrankę do Madonny?

NAUCZYCIEL To prawda… (powtarza, smakując swe własne słowa) Kto swej ukochanej nie porównywał do Madonny?... No kto?... (rozgląda się) Nauczycielka… Jaka nauczycielka? Wszystko to jakieś bzdury! (nagle) Jakie Wieroczka miała maleńkie, ciepłe dłonie! Nikt nie miał takich dłoni jak ona! ( po chwili) Dziś geograf pyta: „Pamiętacie Żidkową? Prawie zawsze przeszkadzała w prowadzeniu lekcji. A jednak niedawno przypomniałem sobie o niej, pomyślałem – szkoda, że tej dziewczyny nie ma już wśród nas… Wyobraźcie sobie – mówi – zatęskniłem!”. Wieroczka…

Scena 9

SĄD

1. Niemoc

Pokój prowadzący do sali rozpraw. Przy oknie dwaj Tadżycy w kajdankach palą papierosy. Pilnuje ich milicjantka Pachomowa. Tadżycy zaciągają się tym samym papierosem, którego podają sobie z ręki do ręki, ostatecznie parzą się niedopałkiem. Z pomocą spieszy im Pachomowa.

KSENIA (wchodzi, rozgląda się) Jeśli czegoś w życiu żałuję, to tego, że nie zostałam sędzią. Gdy ten ogłasza wyrok: wszyscy stoją, a mnie za każdym razem aż ciarki przechodzą po plecach. Gdy sędzia coś odczytuje – robi mi się błogo na duszy. Jego słowa chłostają niczym bicz – trzy, pięć, dziesięć lat. Na sądowej sali słowo naprawdę zamienia się w sprawczą moc, (potrząsa pięścią) staje się ciałem. (do Tadżyków) I co, zuchy! Najwyraźniej zmarnieliście bez Kseni Nikołajewnej. Spokojnie, odpasiecie się na więziennym wikcie.

Wchodzi Rukosujew w sędziowskiej todze, przeciąga się.

RUKOSUJEW Zaczynamy proces. Witaj Ksiusza. (do Tadżyków) Dalej, chłopcy, raz dwa do sali. Wcześniej zaczniemy – wcześniej skończymy.

Pachomowa wyprowadza Tadżyków.

KSENIA Czy adwokaci są na miejscu?

Sędzia niby to kiwa, niby to dziwnie trzęsie głową.

RUKOSUJEW Zgodnie z paragrafem pięćdziesiątym pierwszym… zapewniają prawo do obrony.

KSENIA A ty, Jegor, czemu tak trzęsiesz głową?

Rukosujew wyciąga zdjęcia rentgenowskie. Ksenia czyta ich opis.

„Atroficzne zmiany mózgowia”. Nikomu tego nie pokazuj. Jakiś taki wyleniały jesteś. Może ktoś urok rzucił? (całuje go w łysą, czerwoną czaszkę) Jakieś łuski masz czy coś. (spluwa, by odegnać urok) Kochaniutki, co tobie?

RUKOSUJEW Nie wiem… Jakaś niemoc mnie dopadła…

KSENIA Jak amen w pacierzu, ociotowali cię. (oddaje Rukosujewowi zdjęcia rentgenowskie) Co te drapichrusty znów nawywijały?

RUKOSUJEW A… nic specjalnego. Zabrali telefon jakiemuś szczawikowi. Tych szczawików (ziewa) było co prawda więcej, ale tylko jeden zgłosił szkodę. Tych, jak powiadasz: drapichrustów, też pewnie więcej było.

KSENIA (zadumana) W życiu zupełnie inaczej niż w sądzie, nie tak pięknie… Dlatego tak mi się tu podoba.

RUKOSUJEW Daj spokój… Na diabła nam poszkodowani, którzy nie chcą w swojej sprawie stawić się do sądu? I ci przeklęci Tadżycy… Co to za podła… (znowu ziewa) przestępcza nacja.

KSENIA Nie osadzaj pochopnie wszystkich! Mam u siebie tadżycką dziewczynę! Mówię ci, jest niesamowita! ( zamyśla się jeszcze bardziej i nagle wpada w niepokój) Chciałabym dziś wcześniej skończyć.

RUKOSUJEW Ksiusza, dokąd ci tak spieszno. Mamy święto…

2. Słowo i czyn

Drzwi do sali rozpraw są otwarte. Ksenia siedzi na kanapie i przysłuchuje się procesowi. Widać jedynie kawałek togi sędziowskiej Rukosujewa.

GŁOS PACHOMOWEJ Proszę wstać, sąd idzie!

RUKOSUJEW (bez wstępów) Proszę usiąść. Przystępujemy do rozpatrzenia sprawy z powództwa Szoch (zacina się) Dżona Szoch–zuk–nowa… i Fat–chu… mniejsza z tym… o dokonanie przestępstwa określonego w części drugiej artykułu sto sześćdziesiątego… (niewyraźnie) Kodeksu Karnego. Oskarżenie wnosi młodszy radca sądowy (niewyraźnie) …owa. Oskarżonych proszę o powstanie.

GŁOSY ADWOKATÓW Wstań! No, podnieś się!

KSENIA (mówi powoli, słucha głosów zza drzwi) Jegor doprawdy pięknie prowadzi rozprawę, wręcz z jakimś takim muzycznym wyczuciem. Bez męczących dłużyzn. Widać, że kocha śpiew. Mówi płynnie, bez zająknięć…

W tym czasie sędzia objaśnia oskarżonym ich prawa.

RYKOSUJEW (czyta, zawodząc niczym psalmista w cerkwi) Możecie bronić się sami lub korzystać z pomocy swoich obrońców z urzędu, (wdech) możecie zrezygnować z usług przyznanych wam obrońców z urzędu w dowolnym momencie procesu sądowego, (wdech) wiedzieć o co jesteście oskarżani, możecie wnieść skargę na istotę oskarżenia przedstawiając sądowi dowody w waszej obronie, (wdech) macie prawo zadawać sobie nawzajem pytania jak również zadawać pytania świadkom, możecie żądać od wysokiego sądu odczytania dokumentów będących istotnymi dowodami i świadczących na waszą korzyść… ( gubi wątek, szybko go jednak odnajduje) Przysługuje wam prawo do składania wyjaśnień, co do każdego przeprowadzanego dowodu. Ponadto przysługują wam w procesie karnym następujące prawa: (spowalnia) prawo do zadawania pytań osobom przesłuchiwanym na rozprawie, prawo do składania wniosku o sprostowanie protokołu rozprawy i posiedzenia wskazując na nieścisłości i opuszczenia, (śpiewnie) prawo do przeglądania akt sprawy i sporządzania odpisów, prawo domagania się wyłączenia jawności rozprawy jeśli nie występuje obligatoryjne wyłączenie jawności, a jawność rozprawy narusza ważny interes prywatny. (zwykłym tonem) Przeczytam teraz akt oskarżenia. Możecie usiąść.

KSENIA …Przydałaby się taka lekcja zwięzłości ojcu Aleksandrowi, każde nabożeństwo przeciąga nawet do dwóch godzin. Jegor jest dobrym sędzią. Raz powziętej decyzji nigdy nie zmienia. Co on tak tą głową kręci? Może rzeczywiście ma coś z tą atrofią? Ach, jak ja żałuję, że nie zostałam prawnikiem… Wieroczka miała zostać…

RYKOSUJEW Czy zgadzacie się ze stawianymi wam zarzutami?

GŁOS ADWOKATA Wstań! Odpowiadaj na pytania sądu!

KSENIA (patrzy przez otwarte drzwi na pierwszego z Tadżyków) Czy on w ogóle rozumie, o co go pytają? Pewnie zamiast do szkoły, chodził na wagary. Taki kraj rozwalili!

GŁOS ADWOKATA Mój podopieczny przyznaje się do wszystkiego i żałuje popełnionych czynów.

RUKOSUJEW A drugi oskarżony?

GŁOS DRUGIEGO ADWOKATA Masz się zwracać per „Wysoki Sądzie”.

GŁOS TADŻYKA Wysoki Sądzie, siedzieliśmy wtedy razem z Witalikiem…

RUKOSUJEW Z jakim znów Witalikiem?! (wali pięścią w stół)

GŁOS TADŻYKA …Spożywaliśmy „Rollton”.

RUKOSUJEW (z chichotem wypada z sali rozpraw) Przerwa na reklamę! Zupy błyskawiczne „Rollton”! Słyszałaś? W każdym procesie ostatnio dzieją się takie jaja! Dalej, pokrój cytrynę, ogórki, oliwki, rybkę pokrój w dzwonka. Ruszaj się, Ksiusza, żywo! (szybko wraca na swoje miejsce, na salę rozpraw)

KSENIA Po prawdzie, jest drugi dzień Wielkiego Postu. (uśmiecha się i kręci głową) Będzie się z czego spowiadać ojcu Aleksandrowi. ( dalej przysłuchuje się procesowi, przygotowując zakąski)

GŁOS ADWOKATA Nie za to cię sądzą, tylko za kradzież. Biłeś oskarżonego? Groziłeś mu? Kto wyciągnął ten nieszczęsny telefon?

GŁOS TADŻYKA Tego nie wiem. Znajdowałem się wówczas w stanie upojenia alkoholowego.

Adwokat jęknął głośno.

RUKOSUJEW Sąd udaje się na naradę. (znów zagląda do pokoju, gdzie siedzi Ksenia)

KSENIA Rok i trzy, odwrotnie, trzy i rok.

RUKOSUJEW (cały czas dziwacznie rusza głową) Zgadłaś, jak zwykle zgadłaś.

Słychać głośny, dobrze postawiony głos sędziego: „W imieniu…”.

KSENIA Najważniejszy moment. (przymyka oczy) W takich chwilach zapominam o wszystkim. Po co tu przyszłam i w ogóle. Kocham sąd, czy ktoś to rozumie?

Uderzenie młotka.

RUKOSUJEW Wyprowadzić!... (dostaje ataku kaszlu, gra mu w płucach) Wyprowadzić osądzonych!

KSENIA To wszystko! (rozczarowana) To już nie ten Jegor, co dawniej.

3. Wszyscy jesteśmy śmiertelni

Sędzia zdejmuje togę, wyciąga z szafy gitarę, kieliszki i koniak.

RUKOSUJEW Ksiusza, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet! Do dna. Toasty się pije do dna. (piją) Stęskniłem się za tobą. Pamiętasz, jak dawniej bywało? (obchodzi Ksenię, obejmuje ją, szepcze) Zgadnij, co ci teraz zrobię?

KSENIA (pieszczotliwie) Jegor, no co ty? Przecież wiadomo, że ty już…

RUKOSUJEW A może mi wróciła seksualna moc, skąd wiesz?

KSENIA (delikatnie wysuwa się z jego objęć, śpiewa) „Mieliśmy wtedy po szesnaście lat…”.

RUKOSUJEW Głos ci się nic nie zmienił… Śpiewaj, śpiewaj!

KSENIA Nie poganiaj mnie, spokojnie.

Rukosujew uspokaja się, ponownie wychylają po kieliszku.

RUKOSUJEW Pogadajmy teraz o sprawach nie z tego świata… (rozwala się wygodnie na kanapie, przymyka oczy) Uwielbiam to… Jaka jest na przykład liczba oznaczająca szatana?

KSENIA Dość późno docierają do nas nowinki na ten temat (bierze do ręki butelkę koniaku) Widzisz ten kod kreskowy? O tu – trzy szóstki. To jest apokaliptyczna liczba oznaczająca szatana. Widać ją na prawie każdym wyrobie!

RUKOSUJEW A po co w ogóle umieszczać jakieś liczby, choćby i te trzy szóstki?

KSENIA Dla… równowagi.

RUKOSUJEW (śmieje się głośno) Dla równowagi, jak to nazywasz, to na koniaku są „Trzy siódemki”, rozumiesz? Pewnie nawet nie wiesz, że jest koniak o takiej nazwie.

KSENIA Widzę, że ci bardzo wesoło. Jasne, czemu masz się smucić?!

RUKOSUJEW No a ty? Tym bardziej powinnaś być wesoła – jutro jest twój dzień.

KSENIA (posępnie) Jegor, pamiętasz moją Wieroczkę?

Rukosujew spogląda na Ksenię przestraszony.

Wyobrażasz sobie, że ktoś ją zwiódł z dobrej drogi na manowce?

RUKOSUJEW Czyżby ten… no ten… nauczyciel? Co ty gadasz, na jakie manowce? Sama mi mówiłaś, że między nim a Wieroczką niczego nie było.

KSENIA A właśnie, że on, nauczyciel. Uczył ich, oj uczył. Jakieś podejrzane czwartki literackie im urządzał…

RUKOSUJEW Przestań, Ksiusza, to nie ma sensu… Wieroczka, za przeproszeniem, od zawsze była jakaś taka nie z tej ziemi. Wciąż się użalała nad swoim porąbanym tatuśkiem… W ogóle nad wszystkimi lebiegami i nieudacznikami. Pamiętasz, jak jakiegoś żebraka z ulicy do domu przyprowadziła?

KSENIA Wtedy to jeszcze prawie dzieckiem była.

RUKOSUJEW Zostaw tego nauczyciela w spokoju. Chyba z nudów ci takie fantazje do głowy przychodzą. Mówią, że to porządny chłop. Zobacz, Pasza też ma córkę, zapomniałem jak jej tam? Swoją drogą, całkiem do rzeczy dziewczyna, nie pindrzy się jak co niektóre. Daj sobie, kobieto, spokój, czas uleczy wszystkie twoje rany.

Pauza.

KSENIA Dość, teraz ty mnie posłuchaj. W mieście jest obcy człowiek. Wróg – nie wróg, choć mi się zdaje, że jednak wróg. Korzysta z każdej sytuacji. Jakieś podejrzane rzeczy wypisuje ten twój, pożal się Boże, nauczyciel… Chcesz sobie poczytać? Przyniosę…

RUKOSUJEW Już dobrze, uspokój się…

KSENIA Wiem, co mówię, twoja ziemia wpadła mu w oko.

RUKOSUJEW (z nagłym zainteresowaniem) Moja ziemia!? Komu!?

KSENIA Komu, komu?… Musisz zrozumieć, Jegorze, że obcy ludzie zaczynają się wkradać do naszego domu. Obcy ludzie!

RUKOSUJEW Kseniu, zapamiętaj sobie: każdy, kto podnosi rękę na naszą… no tę… (zastanawia się) no co ci będę tłumaczył, doskonale wiesz o co chodzi… dostanie… na co zasłużył! (wali pięścią w niewielki stolik) My wszyscy, nasi dziadowie, ojcowie bronili tych ziem przed Francuzami, przed Niemcami! (zastanawia się chwilę) Przed Polakami!

KSENIA No już dobrze, dobrze. Wiesz, że nie wolno ci się denerwować…

RUKOSUJEW Pani Kseniu Nikołajewno, powiem pani tak, jeśli rzeczywiście coś jest na rzeczy, niech pani zawierzy swej intuicji i czujności, którą dyktuje pani patriotyzm.

KSENIA Pasza też mi powiedział: przygotuj decyzję.

RUKOSUJEW Ksiusza, przygotujemy odpowiednie pismo, wszystko jak się należy, urzędowo, bądź o to spokojna!

KSENIA Odważny jesteś, Jegorze Sawiczu, nie ma co… Ale z takimi jak on trzeba bardzo ostrożnie, już oni wiedzą co robią. Wystarczy popatrzeć, co z całym krajem zrobili!

RUKOSUJEW Powtarzam: każdy, kto podnosi rękę… (ponownie podnosi rękę, aby uderzyć w stolik)

KSENIA Dobrze, już dobrze, uspokój się, mój drogi… Nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany! (wyciąga spinkę z koka i rozpuszcza długie, piękne włosy) Podzieliłam się z tobą swymi obawami i od razu lżej mi na sercu. Weź gitarę!

RUKOSUJEW Zaśpiewaj to… „Gdzie są chłopcy z tamtych lat, dzielne chwaty…”.

Ksenia kiwa głową, wstaje, uśmiecha się i śpiewa naśladując piosenkarkę Ałłę Pugaczową. „Gdzie są chłopcy z tamtych lat / Na żołnierski poszli szlak. / Kto wie czy było tak / Kto wie czy było tak?”. Rukosujew jej akompaniuje. Pomijając kilka zwrotek, Ksenia kończy piosenkę: „Gdzie mogiły z dawnych lat / Tam gdzie kwiaty posiał wiatr. / Kto wie czy było tak / Kto wie czy było tak?”. Rukosujew szarpie struny, udziela mu się smutny nastrój.

RUKOSUJEW Wiesz, Ksiusza, ja też już o śmierci zacząłem myśleć… Dziś rankiem wpadły mi przez okno do pokoju dwa żółte ptaszki. To niedobry znak, świerkiem powoli czuć. Wypuściłem je… Boję się…

KSENIA Żółte, mówisz? To dobrze, to na pieniądze.

RUKOSUJEW Ty wierzysz w Boga, więc ci łatwiej… (Ksenia głaszcze go po ręce) Mnie jakoś do cerkwi… nie ciągnie. Pamiętasz, co nam kładli do głowy? Że po śmierci niczego nie ma! Nie było tak? A teraz – najpierwsi przywódcy w państwie na każdym kroku… żegnają się krzyżem świętym… Mało co pokłonów nie biją…

KSENIA Tego by jeszcze brakowało!

RUKOSUJEW No, a ty, na ten przykład, o co Boga prosisz?

KSENIA (odsuwa się od sędziego) Przy koniaku o takich rzeczach się nie mówi. Proszę o to, co mi leży na sercu. Tak jak świątobliwi… mnisi.

RUKOSUJEW Załóżmy, że Bóg rzeczywiście istnieje. O co byś go poprosiła?

KSENIA (zastanawia się) Wieroczki nikt mi już nie wróci… Dawnego kraju też… Pewnie bym go poprosiła, aby mi ujął ze dwadzieścia, a nawet i trzydzieści lat. Dość tego, napijmy się za wszystko, co dobre.

Piją.

RUKOSUJEW (wyciąga z portfela zapisaną karteczkę) Noszę tu wiersz. Mój ulubiony. Też mówi o tym, co w życiu najważniejsze, ale tak po męsku. ( podaje Kseni kartkę, a sam mówi z pamięci) „Tak, wszyscy jesteśmy śmiertelni, chociaż ta myśl nas przeraża. / Gdy przyjdzie pora, ja też położę głowę, / I niepotrzebne mi będzie błogosławieństwo ołtarza…”. (przenikliwie) „ Życie to jedynie chwila, a niebyt ogarnia bez granic / tam ta ta tam jakoś tak dalej / Żyją, a potem przepadają w otchłani”. Towarzysz dobrze to ujął.

KSENIA (próbuje wstać) Ale żeś mi w głowie namieszał, mój drogi. Czyje to? Ty to napisałeś?

RUKOSUJEW Ale skąd. Nigdy nie zgadniesz. No dobrze już, to napisał Andropow. Tak, Jurij Władimirowicz Andropow. We własnej osobie. Nie mam więcej ulubionych wierszy.

Ksenia z Rukosujewem próbują zaśpiewać tekst wiersza Andropowa na melodię ledwo co śpiewanej piosenki. Niestety, wychodzi im to nienadzwyczajnie: „Lecz nowe istoty wciąż się rodzą we mgle / I nowe pokolenia coraz bardziej zapełniają ziemię…”.

KSENIA (płacze) No właśnie, nowe pokolenia… Ty Jegor masz dzieci, wnuki… A ja jestem sama, samiuteńka na tym bożym świecie! ( cała we łzach, macha ręką) Tak się zawsze kończy picie w czasie postu.

4. NW czyli Nadzwyczajne Wydarzenie

Słychać stukanie do drzwi. Nie doczekawszy się odpowiedzi do pokoju wpada Żidkow.

RUKOSUJEW Scena niczym z obrazu Repina „Nieoczekiwany gość”!

Ksenia szybko ociera z oczu łzy.

KSENIA A ty, Żidkow, co tu robisz? Nie rozumiem!

ŻIDKOW (dostrzega resztki łez na jej twarzy) Czyżbyś już wiedziała?

KSENIA Niby o czym? Kto cię w ogóle tu wypuścił? Gadaj!

ŻIDKOW NW, Ksiusza, NW. Trupa do szpitala przywieźli. Morderstwo. Zamordowali Cycyna! W twoim barze z pierogami!

RUKOSUJEW (prawie, że z radością) Widzisz, a mówiłaś: ptaszki – to na pieniądze!

KSENIA (oszołomiona) Co ty mówisz? Czyś ty aby nie pijany?

ŻIDKOW Ty tylko jedno, pijany! Jaki ja pijany? To jest akt terrorystyczny, Ksiusza! Taki sam, jakie pokazują w telewizji. W twoim barze dokonano aktu terrorystycznego!!!

Koniec aktu pierwszego.

Akt II

Scena 10

ŚLEDZTWO

1. Żart

Komisariat milicji. Młody funkcjonariusz Sajewiec słucha przez radio muzyki rozrywkowej, nudzi mu się. Wchodzi Roksana z wielką paczką.

ROKSANA Chciałam złożyć doniesienie. Proszę o długopis i papier.

SAJEWIEC (nie odwracając nawet głowy) Tu nie sklep papierniczy.

ROKSANA Proszę mi dać długopis i papier.

GŁOS ZZA DRZWI Idziemy złożyć życzenia naszym kobitkom.

SAJEWIEC Idę z wami… taka okazja. (do Roksany) A może by pani przyszła jutro?!

ROKSANA Jutro?

SAJEWIEC Prawda, jutro nie mam dyżuru. ( na siłę wyciąga spod jakichś papierów jedną zapisaną kartkę, przekreśla ją, odwraca na drugą, czystą stronę i podaje Roksanie razem z długopisem) Niech pani pisze.

ROKSANA (zaczyna pisać, jednak po chwili przerywa) Nie mógłby pan wyłączyć radia?

Sajewiec po raz pierwszy spogląda na Roksanę, przycisza odbiornik.

Proszę je całkiem wyłączyć.

SAJEWIEC (wyłącza radio, sam zaczyna nucić) „Mój jest ten kawałek podłogi…” [6].

Roksana oddaje gotowe doniesienie. W czasie, gdy Sajewiec je czyta, dziewczyna wyjmuje owinięty w gazetę nóż. Kładzie go na stole.

Napisane przeze mnie taką to, a taką… kiedy i gdzie… tak, tak, dobrze… w miejskim barze… Co-o-o? Został zabity kuchennym nożem nieznany mi mężczyzna w średnim wieku, który usiłował mnie zgwałcić. Niech pani poczeka. (wybiega z pokoju, wraca z powrotem) Niech pani jeszcze poczeka. Proszę się nie denerwować. Proszę zachować spokój (znów wybiega)

Na komisariacie wybucha panika. Ze schodów zbiegają w popłochu milicjanci, słychać jak spod komisariatu gwałtownie odjeżdża samochód. Sajewiec wraca. W drzwiach pojawia się milicjantka Pachomowa.

SAJEWIEC (bierze kartkę papieru i przygotowuje się do pisania) Musimy się lepiej poznać. Moje nazwisko Sajewiec, funkcjonariusz tutejszego Wydziału Spraw Wewnętrznych. Może pani zaprosić do rozmowy swojego adwokata.

ROKSANA Na razie go nie mam.

SAJEWIEC Żartowałem.

PACHOMOWA Trzeba się będzie nad tym zastanowić.

2. Wydział Filologiczny

SAJEWIEC Nazwisko?

ROKSANA Roksana Ibrahimowa, urodzona w 1971 roku.

SAJEWIEC Miejsce urodzenia.

ROKSANA Leninabad, obecnie Khujand.

SAJEWIEC Wykształcenie.

ROKSANA Wyższe.

SAJEWIEC (do Pachomowej) Ja pierdolę! (do Roksany) Co pani ukończyła?

ROKSANA Wydział Filologiczny Uniwersytetu Moskiewskiego.

SAJEWIEC Jestem zobowiązany wyjaśnić pani zapis artykułu pięćdziesiątego pierwszego Konstytucji.

ROKSANA Znam ten artykuł.

SAJEWIEC Była już pani karana?

ROKSANA Nie, ale czytałam.

SAJEWIEC Całą Konstytucję?! (zachęcającym gestem) To jak tam napisali…

ROKSANA (przymyka oczy) „Nikt nie jest obowiązany świadczyć przeciwko samemu sobie, swojemu małżonkowi i bliskim krewnym, krąg których określa prawo federalne. Paragraf drugi. Prawo federalne…”.

SAJEWIEC Wystarczy. Sama tak?... Co za pamięć!... Widziała pani wcześniej tego mężczyznę?

ROKSANA Nie widziałam, nie wiem nawet jak ma na imię. Przyszedł jakieś dwie godziny temu. Zamówił piwo.

SAJEWIEC Czy poza wami był jeszcze ktoś w barze?

ROKSANA Nie. Wypił piwo i zaproponował mi… seks.

Sajewiec niecierpliwie macha ręką.

Dostał odprawę.

SAJEWIEC Ostrą.

ROKSANA Ostrą.

SAJEWIEC Czasem kobieta mówi nie, ale to „nie” nie jest aż takie… kategoryczne… Powiem inaczej… Rozumie pani, o co mi chodzi? Kobiety lubią brutali… ( Roksana przygląda mu się uważnie) Przynajmniej niektóre.

ROKSANA Też lubię silnych mężczyzn. Tutaj jednak nie o to chodziło.

SAJEWIEC Dobrze, już dobrze, nie ciągnijmy tego wątku.

ROKSANA Facet wstał i zaczął iść w moim kierunku, wycofałam się do kuchni.

SAJEWIEC Dlaczego?

ROKSANA Zrobiłam to instynktownie. Zupełnie bezmyślnie.

SAJEWIEC Pamięta pani, gdzie leżał nóż? Ile ciosów mu pani zadała i gdzie?

ROKSANA Gdzie leżał nóż, pamiętam, ale ile ciosów zadałam – już nie.

SAJEWIEC Gdzie się podziała pani doskonała pamięć?

ROKSANA Jest doskonała, ale w innych sytuacjach.

SAJEWIEC Chciała go pani zabić?

ROKSANA Chciałam, żeby zniknął. Niech pan to rozumie, jak pan chce.

SAJEWIEC Dobrze. Co było potem?

ROKSANA Umyłam się nad umywalką, w pomieszczeniu służbowym, gdzie nocuję.

SAJEWIEC Niepotrzebnie się pani myła.

ROKSANA To był odruch, trudno było mi się powstrzymać.

SAJEWIEC Co jeszcze ma pani w tej paczce?

ROKSANA Podartą odzież i książki.

SAJEWIEC (uśmiechając się) Czyżby konstytucję? Co było dalej?

ROKSANA Zgasiłam światło i zamknęłam drzwi. (kładzie na stole klucz)

SAJEWIEC Jakoś tak… robiła pani to wszystko z zimną krwią. No nie, ja pani wierzę…

ROKSANA Dziękuję panu.

SAJEWIEC A dlaczego nie pracuje pani w swoim zawodzie?

ROKSANA Nie widzę, jaki ma to związek ze sprawą.

SAJEWIEC Wcześniej pani pracowała?

ROKSANA Na uniwersytecie w Khujand. Wykładałam rosyjską literaturę, ale niedługo.

SAJEWIEC A komu ona tam jest potrzebna? Przecież to oczywiste.

ROKSANA Nie jest potrzebna. Ma pan całkowitą rację. Ona w ogóle nikomu nie jest potrzebna.

SAJEWIEC To wszystko na temat pracy?

ROKSANA Pracowałam jeszcze u rodzin z dziećmi. Jeśli można to nazwać pracą w zawodzie.

SAJEWIEC Jak pani do nas trafiła?

ROKSANA Przyjechałam. Aby się opiekować dziećmi.

SAJEWIEC To dlaczego rzuciła pani to zajęcie?

ROKSANA Miałam swoje powody.

SAJEWIEC (uśmiecha się) Chciała pani żyć jak jej rosyjscy bracia?

ROKSANA Dokładnie. Jak rosyjscy bracia. I siostry.

SAJEWIEC Siostry… Zwłaszcza te po filologii... W zasadzie nie mam więcej pytań. Namnożyło się nam ostatnio różnej maści zboków… (kręci głową) Według mnie niepotrzebnie zniesiono karę śmierci. Jedną dziewczynę z naszego miasta, świeżo po szkole… także ten tego… w Petersburgu. Biedna… Po tym bestialstwie nabawiła się takiej traumy… (pokazuje znaczącym gestem, że zwariowała) Szkoda. Ładna z niej była dziewczyna.

3. Najnowsza historia

Na wymowny znak Sajewca milicjantka Pachomowa wychodzi, ten ze współczuciem spogląda na Roksanę.

SAJEWIEC Tak to już jest. A wszystko przez tę emigrację za chlebem.

ROKSANA Gdy w ojczyźnie głód, to nie jest już wyłącznie emigracja ekonomiczna.

SAJEWIEC Taki kraj rozpirzyli! Mój brat służył w Tadżykistanie, opowiadał co tam się działo. Byłem w szoku.

ROKSANA W dziewięćdziesiątym drugim zabitych zostało sto tysięcy.

SAJEWIEC Pani ojciec został w domu?

ROKSANA Nie, zginął. Zabili go na ulicy. Matkę niedawno zabrał brat. Do Chin.

SAJEWIEC Ma pani jeszcze brata? Czym się zajmuje?

ROKSANA Brat? Nie mam pojęcia. Handluje. Ogumieniem.

SAJEWIEC A ja słyszałem, że chińskie to badziewne.

ROKSANA Tak, tak… (zamyka oczy) Pewnie zna się pan na tym.

SAJEWIEC Chciałbym o coś spytać… Tam, u was byli jacyś „włodusie” czy jakoś tak…

ROKSANA (uśmiecha się) „Jurusie” [7]. Są do tej pory.

SAJEWIEC A te „włodusie” to co za jedni?

ROKSANA Pamirczycy albo Garmiacy. Ci ostatni od miasta Garm tak się nazywają

SAJEWIEC A dlaczego „włodusie”?

ROKSANA To wahabici. Prościej powiedzieć „włodusie”.

SAJEWIEC A nie – terroryści?...

ROKSANA Ależ skąd. To zwolennicy al-Wahhaba, żyjącego w latach tysiąc siedemset trzy – tysiąc siedemset dziewięćdziesiąt dwa.

SAJEWIEC Nieźle. Teraz się tak długo nie żyje. Wszystko przez tę ekologię. A ci jeszcze inni, to kto?

ROKSANA „Jurusie”? To komuniści. Choć według mnie byłoby logiczniej, gdyby nazwali się „włodusiami”? (Sajewiec nie zrozumiał żartu) No bo te „Jurusie” to niby wychodzi, że od Jurija Andropowa wzięli swą nazwę.

SAJEWIEC Od Andropowa? No niby tak… A diabli z nimi wszystkimi… Jurusie – włodusie… A pani za którymi się opowiada?

ROKSANA Ja za nikim. Ja jestem za prawem.

SAJEWIEC No tak… Stąd ta Konstytucja?

ROKSANA Nie. Myślę o zupełnie innym prawie. Nie ustanowionym przez ludzi.

SAJEWIEC No… to już mi pachnie filozofią.

ROKSANA A tak właściwie, to na co my czekamy?

SAJEWIEC No tak, racja. Zaraz skończymy. Podpisze mi pani jeszcze dokument o zakazie wyjazdu. A przede wszystkim, proszę się nie denerwować.

Słychać rozmaite odgłosy, trzaskanie drzwiami. Sajewiec wychodzi na korytarz.

4. Jeszcze jeden żart

Roksana rozgląda się, usiłując ustalić, po której stronie świata leży Mekka. Odsuwa krzesło, pochyla głowę, zamyka oczy i modli się w niemym skupieniu. Sajewiec wraca i zajmuje ponownie swoje miejsce. W drzwiach znowu pojawia się milicjantka Pachomowa.

SAJEWIEC . Roksano Ibrahimowo! Jestem zobowiązany oznajmić, że zabity przez panią obywatel to Paweł Andriejewicz Cycyn, przewodniczący tutejszej rady miejskiej.

ROKSANA To niczego nie zmienia.

SAJEWIEC To znaczy?

ROKSANA Dla mnie nadal pozostanie zwykłym gwałcicielem. Kim by nie był za życia. (wstaje)

SAJEWIEC Spokojnie, tylko spokojnie.

Roksana ponownie siada.

…Śledztwo w sprawie zabójstwa demokratycznie wybranego przewodniczącego lokalnego samorządu przeprowadzone zostanie zgodnie z obowiązującym prawem. Nie muszę chyba pani tłumaczyć, co to oznacza. Zna pani Konstytucję.

ROKSANA To co się stało było obroną, a nie zabójstwem.

SAJEWIEC (uśmiechając się, do Pachomowej) Ładna mi obrona. Sześć ciosów nożem: w brzuch, w twarz, w pachwinę, a u niej nawet najmniejszego zadrapania.

PACHOMOWA Całe święto wzięło w łeb przez taką…

SAJEWIEC (nie daje Pachomowej dokończyć) Czy żałuje pani swego czynu?

ROKSANA Niemądre pytanie. Nie miałam innego wyjścia.

Sajewiec obchodzi Roksanę dookoła, uważnie patrzy jej w oczy.

SAJEWIEC A nie mogła pani tego załatwić z nim jakoś polubownie?

Roksana lekko się podnosi, z jej gardła wydobywają się te same złowrogie, obce dźwięki, co rano w barze. Sajewiec odsuwa się, przenosi wzrok z Roksany na leżący na stole nóż, potem na Pachomową. Ta zabiera nóż.

Przede wszystkim musi pani trzymać nerwy na wodzy. (siada na swoje miejsce, uspokaja się) Już mi głowa od tego wszystkiego pęka. Niech się tym zajmą w województwie.

Stukanie do drzwi.

GŁOS Dalej, kończ z tą Ibrahimową i chodź tu do nas!

SAJEWIEC (pisze jak dziecko, starannie) Z powodu wy-nik–łych na–gle nie–przy–jaz–nych relacji. (nie patrząc na Roksanę, podsuwa jej protokół) Jest to wierny zapis mych słów, przeczytałam dokładnie, nie mam żadnych uwag.

ROKSANA Nie mogę tego podpisać. (podnosi wzrok na Sajewca) Czy mam poprawić wszystkie błędy ortograficzne? (po chwili) Żartowałam.

Scena 11

WYCZYN

1. Pasza się doigrał

W barze z pierogami panuje cisza. Kilku milicjantów pali przy oknie papierosy. Pachomowa, kierowniczka baru, zmywa zakrwawioną posadzkę. Nagle do baru wpadają Ksenia i Rukosujew.

KSENIA Jezus Maria! Jak to się mogło stać?! Boże jedyny!

RUKOSUJEW Niby wszystko całe. Nikogo nie ma. Co to za akt terrorystyczny? W telewizji pokazują zupełnie inne…

KSENIA Skaranie boskie! (do Sajewca) Czym niby go?... (ten czyni gest ciosu nożem) Matko Święta, nożem… ( po chwili dochodzi do siebie, stara się przejąć nad wszystkim kontrolę) Pachomowa, czemuś mnie o tym od razu nie powiadomiła?

Pachomowa coś jej szepcze.

Do synowej poszłaś z życzeniami? Jeszcze sobie pogadamy, kierowniczko! (do milicjantów) Jezu, ile tu dymu! Udusić się można! Wynocha mi stąd na ulicę!

Milicjanci pokornie kierują sie do wyjścia.

Sajewiec, poczekaj. Powiedz mi, gdzie… Gdzie to wszystko się odbyło?

SAJEWIEC W kuchni, pani Kseniu Nikołajewno.

KSENIA W kuchni? A co Pasza mógł robić w kuchni? (przez pewien czas rozgląda się chaotycznie, aż nagle sobie przypomina) A gdzie Roksana? Gdzie moja Roksanka?!

SAJEWIEC Kto? Ta Ibrahimowa? A gdzie ma być? Siedzi w więziennej izolatce.

KSENIA W więzieniu?

SAJEWIEC Jutro ją zabiorą do województwa.

KSENIA Co-o-o? To ona? Boże Przenajświętszy! (zaczyna lamentować, ale po chwili przestaje) Teraz wszystko jasne. Paszy się dziewuchy zachciało. A ta… Że też na nią musiał trafić! Gdzie ona jest?

SAJEWIEC Przecież już mówiłem, Ibrahimowa spędzi noc u nas w areszcie, a jutro odstawią ją do województwa.

RUKOSUJEW Ksiusza, a twoi Tadżycy dzisiaj pracowali jak nigdy. (przeciąga się)

KSENIA (ze złością) Jeszcze tylko ziewać zacznij! (nagle przymilnie) Kochany Jegorze, zaraz tam województwo, w ogóle po co ją tam oddają?

RUKOSUJEW Przewodniczący rady miejskiej to nie jakaś tam hetka z pętelką. Głodne taniej sensacji media zaraz się zlecą, szumu narobią. Po co mi się w to pchać.

KSENIA Paragraf sto piąty, część pierwsza – tyś ją tu, na miejscu, powinien sądzić.

RUKOSUJEW Tutaj ma zastosowanie akurat paragraf sto piąty, część druga. (wylicza na palcach) Ze szczególnym okrucieństwem – raz. Na tle nienawiści rasowej – bo kto to może wiedzieć – dwa. Teraz się z takimi nie cackają.

KSENIA Dodaj jeszcze, że podczas pełnienia obowiązków służbowych!

RUKOSUJEW Tu będzie miała zastosowanie część druga: od ośmiu do dwudziestu lat… Obowiązkowo do województwa… Dwadzieścia jej nie dadzą, ale dziesięć lat ma jak w banku.

KSENIA (z początku mówi normalnie, ale już po chwili zaczyna krzyczeć) Wybacz mi Jegorze, ale za naszego Paszkę, wybacz, za Pawełka Cycyna, tego drania i chama – aż dziesięć lat. Ty chyba się Boga nie boisz, że takie brednie wygadujesz. Ja jeszcze dzisiaj mogę ci choćby stu takich Pawełków przyprowadzić. Wybacz, byliście obaj wielkimi kolegami, ale nerwy mi puszczają i muszę ci parę słów prawdy o tym łajdaku wygarnąć. Powiedz mi, gdzie nasz Pawełek miał sumienie, chyba w rozporku! Gdzie jest ten zasrany śledczy? (do Sajewca) Pokaż no, coś ty tam nabazgrał! (wyrywa mu papiery z ręki) Jegor, nie przeszkadzaj mi teraz! Co to znaczy „kłótnia z powodu wyniku…” – Tfu! – „wynikłych nagle nieprzyjaznych relacji”? Czy ty w ogóle cokolwiek zrozumiałeś, durniu jeden?! W jej stanie na pewno mówiła od rzeczy! Pisz mi tu natychmiast: „przy próbie gwałtu”. A gdzie jest jej podpis? Nie ma?! Wiesz co, ty sobie całą tę bazgraninę możesz w dupę wsadzić!

Ksenia prawie traci przytomność, osuwa się na podłogę, przenoszą ją bliżej drzwi. Pachomowa podaje jej do wąchania roztwór amoniaku.

RUKOSUJEW (do telefonu) Kobieta nam zasłabła! Nie, głowy mi w takiej chwili nie zawracaj… Biegiem mi tu, kurwa, pogotowie przysyłaj!

SAJEWIEC Nieciekawie, a wszystko przez stres.

RUKOSUJEW (do milicjantów) Ile tu krwi… Był który z was przy świniobiciu?... Żeby aż tyle krwi i to od ciosów nożem. Pierwszy raz z czymś takim się spotykam w mej praktyce… Jakby toporem zadawała te ciosy… Nożem nie łatwo zabić… Musiała być bardzo zdeterminowana… To ci dopiero tygrysica!?

SAJEWIEC Panie Jegorze Sawiczu, zaraz tam tygrysica! Chuligan w spódnicy i tyle.

RUKOSUJEW I na co temu Paszce Andriejewiczowi przyszło? A myślał, że pana Boga za nogi złapał, kariera mu się kroiła, do województwa miał awansować.

SAJEWIEC Tak, nogami do przodu.

RUKOSUJEW Nie tak miało być. Doigrał się nasz Pasza, nie ma co… Żonę powiadomiono?

2. Nie potrzebny nam tu żaden Macedoński

Bar opustoszał. Czynności śledcze zakończone, podłoga wymyta. Wszyscy już wyszli, tylko przy jednym ze stolików drzemie sędzia.

KSENIA Już mi lepiej… Jakoś dochodzę do siebie… Idźcie wszyscy, idźcie już . Ty, Jegor, też, po co masz tracić czas po próżnicy. ( przez pewien czas siedzi w milczeniu, zbiera myśli) Nigdy bym nie uwierzyła, że ta Roksana! Kto by pomyślał… Jaki duch w tej dziewczynie… Porwała się na taki czyn. Jakby nie spojrzeć? – podjęła męską decyzję. Czy to nie jest wyczyn?! A człowiek przez całe życie usiłuje się dogadać, gdera, narzeka, miota się, szarpie z takimi… (z pogardą patrzy na drzemiącego sędziego) A ta – raz-z-z! (czyni gest jakby z rozmachem uderzała nożem) I nie cackała się z nim, nie straszyła minami… Po prostu, dziabnęła go raz i po krzyku! ( uderza krótko w powietrzu) Raz-z-z i sprawa załatwiona. Sama jedna się na to porwała… Toż to osłupieć można z wrażenia… Co za tajemnica siedzi w tej dziewczynie. Wszystko się powinno tak właśnie załatwiać. Każdy istotny, życiowy problem. Ale co ludzie powiedzą? Tak, tak, o tobie co powiedzą, Roksano Ibrahimowo… (zamyślona) Roksana, Ksanka – jesteśmy prawie że imienniczkami! Ale ja cóż… stale tylko buźka w ciup – tiu tiu tiu, drobię małymi kroczkami… A ta… tylko raz-z-z. Gdzie tam do niej Aleksandrowi Macedońskiemu?... Chociaż, już sama nie wiem… A może to rzeczywiście jakiś Macedoński?

Otrząsa się z rozmyślań, zaczyna biegać z baru do domu i z powrotem. Przynosi wielką torbę, wrzuca do niej wyjmowane z lodówki jedzenie, odzież, bieliznę, buty.

Wszystko, co mi zostało po Wieroczce… Trzeba lecieć… teraz, zaraz! Powinna skosztować jabłek, kiełbasy, jogurtu, pasztetu, wędzonej rybki… Ciekawe, za czym ona przepada najbardziej? (wyjmując jedzenie z lodówki, obwąchuje każdą rzecz, część odrzuca na bok) Biedactwo! Pewnie ją tam głodzą… ( patrząc nieprzyjaźnie na śpiącego sędziego) A ci wszyscy jacy mali się nagle porobili! Czy można tak postępować z ludźmi? Dziecko moje, już ,już, zaraz. Jeszcze to ci wezmę. (zatrzymuje się, omiata bar niewidzącym spojrzeniem) Macedoński… Jaki znowu Macedoński? Nie potrzebny nam tu żaden Macedoński!

Scena 12

KAMIEŃ

1. Śmierć

Więzienna cela z niskim sufitem, kilkoma pustymi pryczami, cieknącym kranem nad zlewem w kącie i radiem na ściennej półce. Uwięziona Roksana kończy właśnie modlitwę, wstaje z kolan.

ROKSANA Dlaczego akurat mi przyszło ukarać to zło?... Właśnie mi… Najwidoczniej tak było trzeba. ( zamknąwszy oczy, kiwa jednostajnie głową w rytm padających z kranu kropli) Szczerze mówiąc – bardzo mi żal samej siebie. Dlaczego to właśnie mnie musiało spotkać? Na pewno się dowiem. Już wkrótce się dowiem. Albo się jednak – nie dowiem. Nic się nie dzieje bez Jego woli. Powinnam być wdzięczna. Przyjąć Jego wolę w pokorze. Być posłuszną, zawsze posłuszną…

RADIO (głos spikera) Po przerwie na reklamę rozpoczniemy nadawanie muzyki kompozytorów rosyjskich i zagranicznych. (inny głos) Dla pięknych, mocnych włosów i zdrowych paznokci…

ROKSANA „Pozbawiłem się miejsca przy stole mych ojców / i radości, i czci mojej nawet…” [8]. (milczy ) „Wiek, jak brytan wilkowi, do gardła mi skacze…” [9]. Jakże trudno mi to wszystko odtrącić. Całą tę poezję i literaturę… A przecież to tylko martwe, napuszone słowa. Dokąd mnie zaprowadziły? Po co sobie nimi na próżno zaprzątałam głowę?! Tymi wszystkimi rosyjskimi poetami! Posłuchajcie – moi dalecy, niekochani już krewni… Nawet nie wiecie, jacy wy wszyscy jesteście biedni! Prawdziwe życie potoczyło się całkiem nie w tę stronę, która wam się marzyła. Lepiej przyjrzyjcie się waszym dorosłym już dzieciom. ( w radiu reklamują czekoladowe batoniki) Toż to same kolorowe okładki – niestety, puste w środku, takie słodziutkie smoczusie, barwne, szeleszczące papierki po czekoladkach. A wszyscy przeraźliwie puści, zupełnie pozbawieni wnętrza czyli duszy… Wciąż tylko żądają: „Chcemy jeszcze więcej słodyczy, smakowitych czekoladowych jajeczek z niespodzianką w środku…”. (w stronę drzwi) Jeden tu starał mi się nawet współczuć… „z zasady”. Ale niech sobie nie myśli, że jest lepszy od tamtego, jak mu tam?... Tamtemu też słodkości się zachciało. Patrzcie go, pan i władca się znalazł. Rozkazywać chciał, rządzić… Zapomniał biedak, że życie ma tylko jedno! I wcale nie jest jego panem. Prędzej już rezydentem. (w stronę radia) No co tam, nie ociągaj się, pleć dalej te bzdury o czekoladowych wspaniałościach.

W radiu zaczęli nadawać kwartet Szostakiewicza.

Modlitwy, trudu, milczenia… Oto czego szukałam. Samotności… Pracy bez słów… Aby mnie wreszcie pozostawili samą…

Aż tyle lat jako głupia, roztrzepana dziewczyna zachwycałam się Płatonowem, świetlistymi zamkami na lodzie utkanymi z mirażu! Nie rozumiem, jak mi się to mogło podobać? Choćby ten Płatonow i jego szczenięcy zachwyt na widok parowozu!... Boże, jaka ja byłam głupia. Wierzyłam w zwycięstwo nad śmiercią… Sama śmierć wydawała mi się czymś prawie, że przez nas samych wymyślonym.

A tymczasem jest tylko On – Odwieczny, Nieskończony, Niepoznawalny. On – Dający życie i Uśmiercający… i jesteśmy my – marni nędznicy. Wielu z nas zdolnych jest wyłącznie do podłości. Marny proch i pył, który rozwieje wiatr. Nie potrzeba, nikogo mi nie potrzeba…

Bo wszędzie… w nas samych i wszędzie dookoła… króluje Śmierć… I nie ma przed nią ucieczki… Jest Nieunikniona i wszystkim nam przyrodzona. Nie sposób jej pokonać. Nie wolno nawet starać się jej pokonać.

Zapada ciemność.

2. Dziecinka

Ksenia z wielką torbą stoi przed drzwiami do celi. Towarzyszy jej milicjantka Pachomowa.

PACHOMOWA Wejdzie pani, wejdzie, spokojnie. Pani Kseniu Nikołajewno, jakże moglibyśmy pani odmówić?! Najpierw jednak zajrzymy przez judasza… ( zagląda, pozwala także zajrzeć Kseni) Śpi cholera, jak ona może po czymś takim!

KSENIA (z zachwytem) Śpi… Chyba coś jej się śni, bo tak jakoś…

PACHOMOWA (wpuszcza Ksenię do celi i wychodzi) Gdy będę potrzebna – proszę zastukać.

Roksana podnosi się z pryczy, Ksenia podaje jej torbę, upada na kolana, chwyta ją za ręce, próbuje objąć.

ROKSANA Pani Kseniu Nikołajewno, niech pani wstanie, obejdzie się bez tej dostojewszczyzny. (mówi łagodnym tonem) Nigdy nie lubiłam Dostojewskiego, nawet wówczas, gdy… innych pisarzy kochałam. Proszę wstać, no co pani wyprawia, piła pani czy co?

KSENIA (wstaje, nieco się chwiejąc) Boże Wszechmogący, chyba się jakiś cud zdarzył, przemówiła! Toż to szok. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Mów, mów córeczko, przyniosłam ci trochę jedzenia! No patrz, nie spodziewałam się, że ty tak ładnie mówisz po rosyjsku!

ROKSANA (przegląda co jest w torbie) Dziękuję pani za wszystko… Rosyjski to mój ojczysty język. Kiełbasę niech pani zabierze, nie jem wieprzowiny. Przyda się pani.

KSENIA A nas obowiązuje akurat Wielki Post.

ROKSANA To niech ją pani odda robotnikom.

KSENIA Zdaje mi się, że oni też nie jedzą kiełbasy.

ROKSANA Jedzą, jedzą. Tacy wszystko… zjedzą. Ich nakazy pisma nie dotyczą.

KSENIA Roksanko, jakie nakazy, jakiego pisma? Możesz mi jaśniej wytłumaczyć? A najlepiej jak zaczniesz mi mówić na „ty”. Przecież chyba już nie jesteśmy sobie obce? Ty wiesz, coś ty zrobiła, dziewczyno!

ROKSANA Mówi pani o tym waszym… przewodniczącym…

KSENIA O Cycynie. No tak, o nim mówię! Na coś ty się dziewczyno ważyła. I to sama jedna! Ty chyba masz w sobie jakąś nieludzką moc. Tak ciężkie brzemię wzięłaś na siebie! Wszystkie sądy i całą karę!

ROKSANA On mnie będzie sądził (spogląda w górę)

KSENIA Niby tak! Ale ja dotąd jakoś nie zauważyłam, żeby On… (także podnosi wzrok do góry, tyle że z ironią) jakoś szczególnie się nami interesował. Zresztą o czym my tu?… Każdy ma swoją wiarę, ty wierzysz w swojego Boga, my w swojego, wiesz, porozmawiajmy lepiej o prawdziwym życiu.

ROKSANA (nieżyczliwie, wręcz wrogo) Swoją wiarę?

KSENIA No tak. Naszą wiarą jest prawosławie, to nasza narodowa religia. Czcimy świętych, błogosławionych… obchodzimy rozliczne święta…

ROKSANA Religia narodowa! A może ludowa? (z gniewem) I komu bijecie te swoje pokłony, w co tak naprawdę wierzycie? W świętego Mikołaja? W cara – Odkupiciela? Czy może w Dzień Kobiet? Wszystko to jedno wielkie pogaństwo i bluźnierstwo!

KSENIA Dziecko, czemu tak myślisz? Nie można tak… nie trzeba. Nie tylko ja tak wierzę… Zawsze proszę Boga o błogosławieństwo we wszystkim, co robię.

ROKSANA Tak, wiem, dobrze znam to wszystko… cały ten wasz rytuał. I co, każda twoja prośba jest spełniana? (znowu ze złością) „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko pożyteczno” [10]. Jak w ogóle możesz żyć i funkcjonować z tak niejasną instrukcją?! I potem biega jeden z drugim za własną matką, goły, po ulicy, z siekierą w ręku. A na szyi, na łańcuszku, dynda mu krzyżyk. Na własne oczy widziałam taki obrazek.

KSENIA To prawda… i tak bywa.

ROKSANA (siada na skraju pryczy, kołysze się rytmicznie) „I poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” [11]. Pytam się, od czego? Wolność – a cóż to takiego? Samowola? Sobiepaństwo? A może ta cała wolność to… uchwały twojej rady miejskiej? Otóż, nie ma żadnej wolności, jest tylko misja do wypełnienia czyli przeznaczenie. Naszym zadaniem jest – dobrze je odczytać i wypełnić.

KSENIA (bez przekonania) A ty swoje dobrze odczytałaś?

ROKSANA (po chwili) Dobrze. Wiem, po co przyszłam na świat i co mnie czeka po śmierci. Dla mnie nie ma, że „Jak trwoga, to do Boga” czyli któregoś z bożych przybytków. Są tylko dwa: piekło i raj.

Pauza. Roksana wyjmuje jedzenie z torby. Wymownym gestem zachęca Ksenię, aby też jadła. Ta jednak odmawia. Widać, że słowa Roksany dały jej dużo do myślenia.

KSENIA Cóż, nie ma nawet co porównywać z ojcem Aleksandrem. Twoje odpowiedzi na ważne pytania o Boga są niczym… jakaś filozofia.

Podchodzi do Roksany, ta odkłada jedzenie.

Zgłodniałaś… Widzę, że zgłodniałaś, moja kochana. (po chwili) Teraz ty mnie posłuchaj. Miałam córkę, Wieroczka miała na imię. Jaka to była dobra dziewczyna! Ciągle użalała się nad moimi robotnikami…

ROKSANA Nie jesteśmy psami, ani kotami, żeby się nad nami użalać. Robotnikom trzeba po prostu uczciwie płacić. I co ta twoja Wieroczka? Pewnie przepadała za książkami?

KSENIA Owszem, książki lubiła, ale matki słuchać nie chciała. Piękna z niej była dziewczyna. Szkołę ukończyła z wyróżnieniem, świadectwo ze złotym paskiem dostała. Chciałam, aby miała porządny zawód. Ale ona naczytała się tej całej literatury, nasłuchała rad różnych… mędrców, no i opuściła biedną matkę. Chciała zostać pisarzem czy Bóg sam wie kim… uczoną, wziętą rusycystką... Jednym słowem wyjechała, zostawiła mnie… I zmarnowali ją tam… Nikomu krzywdy nie zrobiła. Więc za co ją ten drań?... Za co ją… zabił?

Ksenia nie płacze, patrzy na Roksanę uważnie. Ta odwraca wzrok, po chwili jednak spogląda na Ksenię.

ROKSANA (prawie szeptem) Za samowolę. Zwykły grzech Bóg wybaczy, ale samowoli i nieposłuszeństwa nigdy. Za to karą jest tylko – śmierć. I piekło!

Pauza.

KSENIA (płacze) To pierwsza cała prawda o Wieroczce. I zarazem ostatnia.

WIEROCZKA Czy jest takie słowo „niechcesię”? (słychać jej śmiech)

KSENIA …Mimo wszystko bardzo mi jej żal. Strasznie żal…

ROKSANA Tak, po ludzku żal. Ale z boskiej perspektywy to wygląda inaczej… Nieposłuszeństwo wywołuje gniew Boga i odwet. To tak jakby włożyć palce do gniazdka elektrycznego – pewna śmierć.

KSENIA A modlitwa, modlitwa nic tu nie może pomóc?

ROKSANA (kręci głową) Nic. Z piekła nikogo nie wymodlisz. (wstaje i zaczyna chodzić po celi) Ja też pisałam w szkole porywające rozprawki. Też dostałam świadectwo ze złotym paskiem. Potem ukończyłam studia na wydziale filologicznym. Pracę magisterską pisałam z Płatonowa.

KSENIA Nie słyszałam o nim.

ROKSANA I dobrze. Na co on komu?... A później… Później przyszli ci puści ludzie…

KSENIA Chyba podli?

ROKSANA Puści, o ochwaconych duszach. I cały kraj się rozpadł jak bańka mydlana. Pojawiły się za to – czekoladki.

KSENIA Po co, dlaczego?

ROKSANA Co „dlaczego”?

KSENIA Dlaczego rozpadł się taki kraj?

ROKSANA Zbyt mocno się na Zachód zapatrzyli, dlatego… Na ten obłudny Zachód. Sprzeniewierzyli się przeznaczeniu. Jak ci to wytłumaczyć? A może jednak przeczytam wiersz…

KSENIA Czemu nie? Dalej, czytaj. Nigdy żadnego nie potrafiłam zapamiętać.

ROKSANA A ja bym je chętnie wszystkie zapomniała… (czyta z przymusem) „Ów co poruszał, sznur trzymając, / Marionetkami krajów licznych, / Wiedział, co czyni, nasyłając / Opary mgły humanistycznej: / Tam pod tumanem szarym, zgniłym, / Przywiędło ciało i duch zgasł” [12]. Teraz rozumiesz, dlaczego wszystko się rozleciało?

KSENIA Kto to napisał, Andropow?

ROKSANA To Andropow pisał wiersze? (uśmiecha się) Nie, to z poematu „Odwet” Błoka.

3. Pokora

Ksenia z Roksaną siedzą na pryczach, przy nich rozłożone jest jedzenie. Zachowują się jak gdyby wybierały się w podróż koleją.

ROKSANA Mimo wszystko wróciłam do Tadżykistanu, choć wiedziałam, że tam wojna…

KSENIA I niebezpiecznie…

ROKSANA Nie bałam się. Nigdy niczego się nie bałam… Zaczęłam się uczyć arabskiego, poznałam nowych ludzi. Tyle, że tam prawie nikt nie żyje zgodnie z zasadami wyznawanej wiary. A to jest konieczne, aby żyć według tych wszystkich niepisanych zasad, a nie tylko zgodnie z tradycją!

KSENIA (przeżuwając jedzenie) Upomniałaś ich?

ROKSANA (uśmiecha się) Kto by tam zechciał słuchać kobiety? I to jeszcze w czasie wojny… Wojna zwalnia z zasad. Wróciłam do Moskwy, do tych moich dzieci… I tak mi zeszło, niech no policzę… Ile to? Już dziesięć lat. Przez te dziesięć lat na coś czekałam. Z wielką pokorą czekałam. Bo moja wiara to inaczej mówiąc „całkowita pokora”.

KSENIA A tutaj do nas, jak trafiłaś – z letnikami?

Roksana kiwa głową.

Sama widzisz, że tu, u nas, bardzo pięknie…

ROKSANA Pięknie… Zobaczyłam błękitne niebo, leniwie płynącą rzekę… I nagle zrozumiałam, że życie… Życie – to prosta i surowa rzecz. I wszystkie próby omotania go przędzą literatury, sztuki czy muzyki są całkowicie niepotrzebne. Sztuka niby niesie w sobie jakąś tam część prawdy o życiu… Ale sama najistotniejsza prawda zwie się krótko… (prawie szepcze) Islam.

KSENIA (także cicho, niby echo) Islam. (po długiej przerwie) A łatwo zostać tą, no…

ROKSANA Muzułmanką? Trudno. Ale jest to możliwe. Trzeba się modlić pięć razy w ciągu dnia, a przez jeden miesiąc w roku pościć.

KSENIA Tylko przez miesiąc!

ROKSANA …Trzeba też dawać jałmużnę ubogim, niewielką, dwa i pół procenta własnych dochodów albo inaczej czterdziestą część. I raz w życiu należy się udać na pielgrzymkę. To wszystko. Nie trzeba rozdawać majątku, nadstawiać policzków.

KSENIA A trzeba kochać sąsiada?

ROKSANA Można, jeśli się go naprawdę kocha. Prorok powiedział – z własnej woli.

KSENIA (kiwa głową) A jeśli sąsiad to twój wróg?

ROKSANA Wrogów nie trzeba kochać, bo to nienaturalne. No, kto kocha swego wroga? Wiadomo, że nikt.

KSENIA (nieco filuternie) A jak można zostać taką muzułmanką? W ogóle… jak ludzie stają się muzułmanami?

ROKSANA (spokojnie) Boga nie oszukasz… Przy dwóch świadkach należy wyrzec: „Nie ma bóstwa oprócz Boga jedynego, a Mahomet jest Jego prorokiem” – to wszystko! A to symbol naszej wiary – szachada. (znowu siada na skraju pryczy i czyta śpiewnie zawodząc) Lā ilāha illa-llāh…

KSENIA Pięknie i tak niezwyczajnie!... (wstaje i kieruje się w stronę drzwi)

ROKSANA A ty dokąd? W poszukiwaniu świadka? (po raz pierwszy się śmieje, nie oczekiwała aż tak szybkiego efektu swej nauki o islamie) Nie tak szybko! Najpierw musisz ochłonąć z pierwszego wrażenia! (mówi tonem lekkiego obrzydzenia) Od tej chwili nie wolno ci pić alkoholu. I wieprzowiny też nie możesz jeść. Nasz Pan brzydzi się nimi.

KSENIA (posłusznie kiwa głową) Nie będę.

ROKSANA Będziesz uczciwie płaciła robotnikom.

KSENIA Wstyd mi, że tak z nimi postępowałam. Co jeszcze mam robić?

ROKSANA Jeszcze… (zastanawia się) Prawda, ty przecież masz władzę! A to nie takie proste… (wymawia każde słowo z pewną lubieżnością) Władza!... Nie tak łatwo ją dostać… Tego, kto wywalczy sobie władzę i jest ją w stanie utrzymać, Bóg wyróżnia i odznacza. Musisz zacząć działać – samodzielnie! A nie poprzez tych wszystkich gryzipiórków! To ty masz mieć całą władzę.

KSENIA Nie wiesz jak to działa? Po prostu ludzie muszą cię wybrać…

ROKSANA (surowo) Znów mi wyjeżdżasz z miejskim samorządem? Ludźmi powinien rządzić Bóg – poprzez ciebie, Kseniu!

KSENIA (odzyskuje pewność siebie) A co? Jeszcze wiele zrobię dla tego miasta! Meczetu jeszcze nie mamy.

ROKSANA (oschle) Meczet nie jest najważniejszy. Ja bym od meczetu nie zaczynała.

KSENIA A dlaczegoż by nie? Na tym akurat, kochaniutka, to ja się znam lepiej od ciebie. Oczywiście, że pobudujemy meczet, i to w samym centrum miasta. Wierni zaczną przychodzić, przecież tych z Kaukazu jest u nas coraz więcej. Jest ziemia pod meczet, jest plan. A jak nie ma planu, to go sporządzimy. Ty też będziesz miała gdzie pójść się pomodlić… kiedy już wyjdziesz z więzienia. (nagle zatrzymuje się w swoich planach) Kiedy już wyjdziesz, to… wrócisz tu do mnie? (znów zaczyna mówić, szybciej niż poprzednio) Bo wiesz, od tego właściwie wszystko zależy. Rozumiesz to? No, powiedz, rozumiesz? Zamieszkasz u mnie – zrobię cię moją gospodynią. Na co mi samej taki duży dom?

ROKSANA (wzrusza ramionami) Czy ja tu wrócę po tym, co się dzisiaj stało?... Myślę, że po wyjściu z więzienia, dostanę nakaz opuszczenia kraju.

KSENIA Nie, nigdy! Adoptuję cię i będziesz moją córką, kochanie ty moje!

ROKSANA Czy to możliwe? Przecież jestem pełnoletnia? (przecząco kręci głową)

KSENIA Wezmę adwokata, najlepszego w mieście! Tylko wróć do mnie! Wróć, proszę! Oddam ci wszystko, co mam! Kochana moja, no bo jak ty sobie wyobrażasz dalsze życie?

ROKSANA (uśmiecha się zmęczona) Wyobrażam sobie, że… będę nawracała nieszczęśliwe kobiety na prawdziwą wiarę. Tam, dokąd niebawem… trafię. ( nagle, jakby odzyskawszy wzrok, mówi, nie zauważając w ogóle Kseni) Może dlatego to wszystko się stało… Abym mogła grzeszne, skazane kobiety… przywracać na łono prawdziwego Boga. (do Kseni, surowo) Nie potrzebny mi żaden, nawet najlepszy, adwokat. Może się da przeprowadzić całą sprawę bez niego. Po co masz tracić pieniądze na adwokatów.

KSENIA Dlaczego tak chcesz to załatwić?

ROKSANA To nie ja tak chcę. W swoim czasie to zrozumiesz. A teraz już idź, jestem zmęczona.

Ksenia przytula Roksanę do siebie, kładzie jej głowę na ramię i zastyga w tej pozie.

KSENIA Nie oddam cię, moje dziecko… Powiedz coś… cokolwiek.

ROKSANA (wyswobadza się w końcu z objęć Kseni) Zobaczymy się jeszcze. Allah jest miłosierny. (odprowadza Ksenię do drzwi celi) Allah jest miłosierny. (dwa razy głośno stuka w drzwi) Idź już. Idź!

Scena 13

NOŻYCE

Ksenia wraca do swego baru. Otwiera jej kierowniczka Pachomowa.

PACHOMOWA Pani Kseniu Nikołajewno, wszystkiego najlepszego z okazji Święta Kobiet!

Ksenia patrzy nieprzytomnym wzrokiem, nie odpowiada. Pachomowa odchodzi. Ksenia rozgląda się po pomieszczeniu, bierze do ręki książkę, której zapomniała zabrać Roksana. Uśmiecha się, zaczyna czytać nic nie rozumiejąc.

KSENIA „On jest pełen miłości dla wszelkiego stworzenia i dla wiernych sług swoich w Dzień Sądu”[13]. ( z zachwytem) Dzień Sądu… Jak to brzmi! Ach…

Swój ostatni monolog Ksenia wypowiada coraz głośniej, na końcu krzyczy.

Kochanie moje, córeczko, nie będzie żadnego nakazu opuszczenia kraju. Zostaniesz ze mną. (przyciska do piersi książkę) Znajdziemy dobrych adwokatów… To nic, że będą sporo kosztować… Wszystko da się załatwić – w województwie też pracują ludzie. Pozbędziemy się wszystkich tutejszych łajdaków… co do jednego. O, tak mocno w garści będziemy trzymały całe miasto. Tutejsi ludzie… teraz to wiem: ci ludzie mi ufają. ( od tej chwili mówi już bardzo głośno) Ja dobrze wiem – dzięki komu mi ufają i dlaczego. Zaczniemy żyć po nowemu, w zgodzie z prawem bożym! Wszystko zaczniemy od nowa! Będziemy pracować! Wszyscy razem! Od dzieciństwa, od szesnastu lat, no nie! – od trzynastu! Polikwidujemy starsze klasy w szkole, już dawno to powinno nastąpić! Wszystkich inteligentów, popów, wszelakiej maści chuderlaków i inne łamagi wyślemy – do wszystkich diabłów! I zaczniemy żyć po nowemu! Pić? Pić będziemy tylko z okazji świąt! Prawdziwych, wielkich świąt!

Ksenia wykonuje jakiś niecodzienny, dziwny taniec. Na miejscu domu nauczyciela wyrastają wysokie, czerwone minarety, podobne do wież projektowanych przez najmodniejszych obecnie rosyjskich architektów. Solo na trąbce stanowi zapowiedź nowej idei, która zawładnęła Ksenią: nie nazbyt głębokiej, ale ogarniającej szerokie spektrum życia. Nagle wszystko cichnie. Stawiając ostrożnie kroki wchodzi Pachomowa.

PACHOMOWA Pani Kseniu Nikołajewno, czy wszystko w porządku?

Ksenia odpowiada spokojnie i łagodnie, jak nigdy dotąd.

KSENIA Tak… Wszystko w porządku.

PACHOMOWA No bo, przyszła pani – i tak cicho wszędzie…

KSENIA Wszystko jest dobrze. Po prostu… miałam ciężki dzień.

Scena 14

LITERATURA

1. Świat się nie zawali

Nauczyciel błądzi po wieczornym mieście, zatrzymuje się przed salonem fryzjerskim. Przez szybę widzi swoją byłą uczennicę.

FRYZJERKA Panie Siergieju Siergiejewiczu! Proszę wejść!

NAUCZYCIEL (poprawiając sobie włosy, zmieszany) Można? Już nie pamiętam, kiedy się strzygłem. (wchodzi do salonu)

RADIO Po przerwie na reklamę będziemy nadawać muzykę kompozytorów rosyjskich i zagranicznych… …dla pięknych i mocnych włosów…

Fryzjerka wyłącza radioodbiornik, ostrożnie sadza nauczyciela na fotelu i zaczyna mu myć głowę.

FRYZJERKA Panie Siergieju Siergiejewiczu, chyba mnie pan nie poznaje!

NAUCZYCIEL No co też pani mówi! Jakże ciebie nie poznaję! (widać jednak wyraźnie, że nie poznaje)

FRYZJERKA Pamięta pan, pisał mi pan razem z Wieroczką pracę wstępną na uczelnię. Biedna dziewczyna… ( jest jej wesoło, wizyta nauczyciela jeszcze bardziej ją cieszy, więc nie potrafi się nagle zasmucić) Rzuciłam tę głupią szkołę – urodziłam dwójkę dzieci! O, proszę spojrzeć! (chce wyjąć zdjęcia, ale wstrzymuje się nagle) Pan, pamiętam, nie lubi oglądać zdjęć!

Nauczyciel czyni gest mający oznaczać, że jego niechęć do fotografii nie dotyczy zdjęć jej dzieci.

Pamiętam dobrze. Nie lubi pan zdjęć i kawałów.

NAUCZYCIEL . Co do kawałów to prawda, nie lubię.

FRYZJERKA . I jeszcze – opowiadać snów…

NAUCZYCIEL No bo jak się pozwoli uczennicom opowiadać sny, to już z lekcji nici… Jak ty wszystko pamiętasz!

FRYZJERKA A pan zapomniał, wszystko pan zapomniał!

Fryzjerka jednak bardzo chce pochwalić się swoimi dziećmi, więc wyjmuje ich zdjęcia.

NAUCZYCIEL No, całkiem, całkiem… (chciałby zapytać ją o męża, ale w porę się powstrzymuje)

FRYZJERKA A pamięta pan Dimkę Czubkina? Byliśmy w jednej klasie, teraz jestem panią Czubkinową! Czyżby zupełnie wszystko pan pozapominał?

Nie przestając się śmiać, Fryzjerka zręcznie operuje nożycami. Zachwyca się włosami Nauczyciela, a ten jej dziećmi.

NAUCZYCIEL Powiedz mi, dobrze pamiętasz Wieroczkę?

FRYZJERKA Proszę pana, jakże mogłabym jej nie pamiętać? Wszystkie dziewczyny zazdrościły jej panu… (jąka się speszona) …jej – pana…

NAUCZYCIEL (uśmiecha się) To znaczy jak: mnie jej? Czy jej mnie?

FRYZJERKA Teraz to wszystko jedno. Potem przestałyśmy zazdrościć. Było w niej coś takiego… Wszystkiego miała w nadmiarze! My wszystkie… no, nie potrafię tego wyrazić… Wybaczy pan, że plotę tyle bez sensu. Ona była jakaś taka… jakby to powiedzieć… nietutejsza. Po prostu, wszyscy mieliśmy wielkie szczęście, że była z nami. To wszystko, co mogę o niej powiedzieć. Przepraszam pana.

NAUCZYCIEL Tak.. Ładnie to ujęłaś. Dokładnie taka była.

FRYZJERKA (kończąc strzyżenie) W pierwszą rocznicę śmierci ja i inne dziewczyny z klasy, które pozostały w mieście, poszłyśmy na jej grób. Jaki paskudny pomnik jej postawili…

NAUCZYCIEL (potakuje) Zgadzam się, jest wyjątkowo nieudany.

FRYZJERKA A potem, tak jak kiedyś, poszłyśmy nad rzekę i zaczęłyśmy czytać…

NAUCZYCIEL Tak? I co czytałyście?

FRYZJERKA A różnie… (na chybcika, nie deklamując) „Kiedy poszczują cię, pognębią…”. Właśnie to.

NAUCZYCIEL „Kiedy zaszczują cię, pognębią / Ludzie, zgryzoty i strapienia, / Gdy śpi pod darnią, w czarnej głębi / Wszystko, coś darzył uwielbieniem…”.

FRYZJERKA (już z właściwą intonacją) Gdy po pustyni miejskiej, chory, / Złamany, nocą się wałęsasz,/ Kiedy do domu wracać pora / I ciąży biały włos…”.

NAUCZYCIEL „I ciąży siwy szron…”.

FRYZJERKA „…Na rzęsach, / Wówczas – zaczekaj, stań bez ruchu / I tylko słuchaj nocnej ciszy: / A pojmiesz inne życie uchem, / To, czego za dnia nie dosłyszysz…” ( znowu zapomina) „Znowu odnajdziesz w pustce duszy / Oblicze matki. Fala wzruszeń / Płynącym ciepłem serce sięga. / Zimowy kwiat na szkle latarni, / Mróz, który krew wystudza w żyłach, / Twoją ostygłą dawno miłość…”. Panie Siergieju Siergiejewiczu, uczył nas pan, że nie wolno rymować: „żyłach” – „miłość”.

NAUCZYCIEL (uśmiecha się) Widzisz, myliłem się. „Powitasz wszystko sercem wdzięcznym, / Zrozumiesz to, że więcej znaczy / Życie, niż Branda quantum satis…”.

FRYZJERKA (cicho) „A świat – jest tak jak zawsze – piękny.” [14]

NAUCZYCIEL (zamyśla się) Tak, świat się nie zawali… Cokolwiek by się nie wydarzyło. Trochę to smutne, prawda?

Fryzjerka zmiata z podłogi ścinki ostrzyżonych włosów. Nauczyciel spogląda to na podłogę, to na nią. Zbiera się do wyjścia.

FRYZJERKA Bardzo panu dziękuję, panie Siergieju Siergiejewiczu, że zajrzał pan do mnie! I tak w ogóle dziękuję… (za wychodzącym) Pańskie czwartki literackie wspominam jako coś najpiękniejszego w życiu.

NAUCZYCIEL (już sam) Quantum satis – to na pewno z Ibsena. Aleksander Błok nie wyobrażał sobie, aby wykształcony człowiek mógł nie czytać „Branda”. A ja jestem nauczycielem literatury – i nie czytałem. Co ja w ogóle znam z Ibsena? Że młodość – to zwykle odwet? Na kim? Na rodzicach? A może na nas samych?

2. Odezwij się

Scena pustoszeje. Nauczyciel pozostaje na niej sam, ostrzyżony i odświeżony. Nie wiadomo do końca czy znajduje się on w swoim domu czy na ulicy, bo pianino i książki sąsiadują z drzewami i niebem. Słychać jakiś szum – to resztki ostatniego monologu Ksenii, dźwięk trąbki. Nauczyciel zatyka uszy rękami i szum znika.

NAUCZYCIEL Pora się zastanowić skąd się bierze moja pogoda ducha, z jakiej to przyczyny, bez względu na wszystko, bywam nieprawdopodobnie czy wręcz dziko szczęśliwy. Dlaczego budzę się od czasu do czasu w specyficznym nastroju, takim samym jak w dzieciństwie, kiedy zdawało mi się nieraz, że mieszkam w raju? Pod nogami mam ziemię, nad głową niebo, a wszystko takie poręczne i proporcjonalne, jakby skrojone dokładnie na moją miarę – rzeka, drzewa, rzeźbione okiennice, wiosenne roztopy, pianie kogutów – a tuż obok tego – Lermontow, Błok. Zastanawiam się, bywa, czy ja wierzę w Boga?

Główną przeszkodą w porozumieniu pomiędzy Nim, a mną jest niewątpliwie – Wieroczka. Śmierć tej dziewczyny nie była nikomu potrzebna, śmierci w ogóle nie powinno być. Czekać na nią jak się czeka na pożądaną narzeczoną?... (zamyśla się) Nie… Nigdy. To może szukać nadziei i radości w życiu wiecznym? A na co mi życie wieczne, skoro nigdy nie spotkam w nim Wieroczki?

Ukorzyć się, robić wrażenie, że się człowiek pogodził?... Gódź się, gódź, mały okruszku… Przecież i tak reguły rządzące światem są nazbyt twarde: masz tutaj, podpisuj kapitulację. Mówią, że Bóg nie stworzył śmierci, że to sprawka człowieka… Tej podłej zakały. Mówią też, że śmierć jest częścią bożego planu, że gdyby jej nawet nie było i tak rządziłby nami… szatan. Czyżby to za jego przyczyną Wieroczka umarła? Nie zastanawiam się nad tym, nie wiem… Niedawno przyszła do mnie we śnie…

WIEROCZKA Weź się w garść, spróbuj być szczęśliwy beze mnie…

NAUCZYCIEL Słyszę tylko jej głos. Dlaczego mi mówi na „ty”? Czy to była aby Wieroczka? Same pytania cisną się na usta…

Są jednaki i odpowiedzi. Wierzę, że z prawidłowo postawionego przecinka wyniknie dla moich uczniów wiele dobrego... Jakim cudem? Nie pytajcie – nie odpowiem wam na to pytanie. Wierzę jednak, że ze znajomości takich reguł jak pisownia „razem czy osobno”, z geometrii, ze znajomości kontynentów i cieśnin, dat dotyczących kampanii włoskiej Suworowa, z miłości do Szopena i Błoka – rodzi się aktywne i pełne harmonii życie.

Praca… No ile jeszcze: dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat? A potem… odpoczynek na emeryturze, pociecha w modlitwie i prawdziwa starość…

Wtedy dopiero nastąpi całkowita wolność. „Niech się radują wasze serca pełne prostoty, ufne i mądre” – powtarzam po wielekroć moim uczniom. Sam wprawdzie nie wymyśliłem tych słów, ale powtarzając je po stokroć, uznałem za swoje. Tak jak zaspane czasem dzieci w klasie, rosyjską literaturę i cały ten boży świat.

Pauza.

Wieroczka, odezwij się!

Koniec.



[1] Maryna Cwietajewa, „Już tylu ich porwała tamta otchłań” (przełożyła Joanna Salamon).

[2] Fragment wiersza A. Puszkina (przekład Leopolda Lewina).

[3] Fragment wiersza A. Achmatowej (przekład Adama Pomorskiego).

[4] Wszystkie cytaty z poematu A. Puszkina pt. „Eugeniusz Oniegin” pochodzą z polskiego przekładu dokonanego przez Adama Ważyka.

[5] Aleksander Błok, „Odwet” (przekład Adama Galisa).

[6] Polska piosenka pt. „Mój jest ten kawałek podłogi” w wykonaniu Mr Zoob.

[7] „Włodusie” i „Jurasie” – dwie przeciwległe siły, które brały udział w wojnie domowej w Tadżykistanie (1992-1997). Pierwsi to „wahabici”, a drudzy – zwolennicy istniejącej władzy.

[8] Fragment wiersza Osipa Mandelsztama (przekład Kazimierza Andrzeja Jaworskiego).

[9] Fragment wiersza Osipa Mandelsztama (przekład Marii Leśniewskiej).

[10] Cytat z 1 listu do Koryntian (za Biblią Brzeską).

[11] Słowa z Ewangelii wg św. Jana 8, 32.

[12] Fragment poematu A. Błoka pt. „Odwet” (przekład Adama Galisa).

[13] Cytat z Koranu.

[14] Wszystkie fragmenty poematu Aleksandra Błoka pt. „Odwet” w polskim przekładzie Adama Galisa.