Recenzje

Inscenizowanie „Kupca weneckiego” przy mocnym akcentowaniu antysemityzmu zaczyna być interpretacyjną stałą w polskim teatrze. Lublin, jako miasto budujące swój wizerunek w oparciu o wielokulturowość i współpracę ze wschodnimi sąsiadami (vide: wciąż rozwijający się w tym kierunku profil Konfrontacji Teatralnych), powinien zadbać o głębokie spenetrowanie tematu – szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę, jak wielkie znaczenie dla miasta miała społeczność żydowska. Bydgoszcz wystawiła swoje „Historie bydgoskie”, Poznań „Jeżyce story”. Tymczasem w Teatrze im. Juliusza Osterwy sprawa Żydów nie służy budowaniu wielostronnego dialogu. A co pojawia się w zamian? Szczucie spod znaku kijów, kamieni i kanistrów z benzyną. Słowem, chrześcijańska (polska…?) tłuszcza w natarciu. W spektaklu nie brakuje też i innych uproszczeń.

W trakcie oglądania przedstawienia czasem nachodziła mnie myśl, że twórcy zwyczajnie chcieli wystrychnąć widzów na dudka. Nagromadzenie nośnych tematów w spektaklach nie stanowi novum. Czasem można było jednak odnieść wrażenie, że owa sceniczna hiperbola jest prztyczkiem w nos współczesnego teatru z jego kanonem (kanonadą?) chwytliwych, podbarwionych ideologicznie tematów. Mamy tu więc zaszczucie mniejszości semickiej przez chrześcijan, relacje międzyludzkie jako transakcje, patriarchalną opresję reprezentowaną przez Shylocka, wyemancypowaną do granic i znudzoną Porcję (choć w przypadku tej postaci też może wchodzić w grę patriarchalny terror, w końcu spełnia wymagania nieżyjącego ojca; taka interpretacja by mnie nie zdziwiła),. Dodajmy do tego opar dekadencji i ogólne wyjałowienie emocjonalne. Wszystkie te wątki są skomasowaną energią, która zapada się do wewnątrz. Tworzy się wielki kolaps; czarna dziura, która wchłania mnogość motywów, lecz nie wynika z tego nic konkretnego.

„Kupiec wenecki” ukazuje postępujący rozkład relacji międzyludzkich, stających się transakcjami (co ciekawe, wyłącznie w dosłownym sensie – a co z bardziej aktualnymi gratyfikacjami – prestiżem, awansem społecznym?). Wszyscy wiedzą, że „wartość Porcji nie jest tajemnicą”. Jessica jako Żydówka stanowi mniej atrakcyjną partię, lecz jej pochodzenie traci na znaczeniu, gdy w pakiecie z wybranką otrzymuje się pieniądze. Czy też na odwrót – w końcu waluta jest na pierwszym miejscu. Istnieją jednak pewne różnice między postaciami kobiecymi. Porcja (Marta Ledwoń) i Neryssa (Halszka Lehman) urządzają maskaradę, w czasie której mają wybrać partnerów. To one są stroną (pozornie?) aktywną. Jessica (Marta Sroka), zamykana w domu przez ojca ze szmacianą lalką pod pachą, może z kolei reprezentować stłumioną seksualność. To ofiara opresji, zaklęta w swej niedojrzałości, wzorem postaci z twórczości Elfriede Jelinek.

Bassanio (Wojciech Rusin) nie ukrywa swojego hedonistycznego stosunku do życia. Jego „zaloty” do Porcji są w pewnym sensie steatralizowane – bynajmniej nie w celu zabłyśnięcia jako najlepszy kandydat w tańcu godowym. Tu „teatralizacja” to beznamiętne odegranie pustej konwencji. Przyjaciel Antonia wybiera od niechcenia szkatułkę z obrazem dziedziczki. Przypomina się tu rozwiązanie z „Opowieści afrykańskich” Krzysztofa Warlikowskiego. W zmediatyzowanym, sterylnym świecie Warlikowskiego analogiczna decyzja determinowana była przez kult wizerunku. W „Kupcu weneckim” zachowały się jakieś relikty przeszłości – rzeźbione skrzynki, czaszki i menora odkryte w zwałach piachu przez Shylocka (Janusz Łagodziński). Tu nie uprawia się jednak rewizji kultury; królują puste symbole wyjałowione z realnych znaczeń. Znajdujemy się więc na rozdrożu, gdzie „stare” jeszcze egzystuje”, ale władza należy już do „nowego”. Twórcy nie wskazują jednak przyczyn ani skutków owego rozkładu. Uwspółcześnianie klasyki powinno polegać na redefinicji kontekstów, nie tylko na kosmetycznych poprawkach, jak choćby zmianie profesji Antonia, inwestującego teraz w okręty pasażerskie.

Tematem centralnym pozostaje jednak zakład Antonia (Jerzy Rogalski) i Shylocka. Klauzula o wycięciu funta ciała w zasadzie pada w charakterze żartu. Wygrana Żyda kończy się sądem, a ten – symbolicznym pręgierzem. Wenecjanie pojawiają się odziani w czarne płaszcze i ciemne maski z wydłużonymi, zakrzywionymi nosami. Kostiumy przywodzą na myśl te przywdziewane przez lekarzy w czasie dżumy (a więc Żydzi są morowym powietrzem dla chrześcijańskiej społeczności…?). Stroje mieszkańców przypominają również o postaci z commedii dell’arte – egoistycznym krezusie Pantalone (polecam zasięgnąć informacji o jego profesji tym, którzy jeszcze jej nie znają…). Tu należą się szczególne brawa dla scenografki i kostiumografki Justyny Łagowskiej. Zresztą, cała scena rozwija się interesująco. Shylock rozpacza z powodu porwania jego córki. Żąda więc ciała Antonia za ciało Jessiki, krwi za krew. Warto zwrócić uwagę na wymieszanie pojęć abstrakcyjnych i konkretnych. „Oskarżony” kontynuuje swój wywód. W jego opinii, porządek społeczny budowany jest na prawie własności – a więc również na należnym funcie mięsa. Tworzy się tu pewien zastanawiający sylogizm. Powszechny ład ufundowany jest na prawie własności, w tym do części ciała wroga… czyli de facto przemocy i nienawiści. Zresztą, nienawiści obopólnej.

Udająca sędziego Porcja wysłuchuje Żyda, przyznaje mu rację, by po gwałtownej wolcie zwrócić się przeciwko niemu i upokorzyć. Ofiara zostaje przyrównana do psa i zmuszona do deklaracji woli chrztu. Proces nie mógł mieć innego finału. Szczucie Shylocka trwało przez cały spektakl, włącznie z publicznym oczernianiem, sprayowaniem powieszonej gwiazdy Dawida na budzie i podpaleniem tejże przez jego własną córkę. Właściwie tylko Antonio, choć również ubliża lichwiarzowi, wydaje się być dość oddalony od epicentrum nienawiści. Reszta nosi katowskie kaptury.

Ostatecznie okazuje się, że „harmonia sfer” (takie określenie pada z ust kochanków; raczej trudno tu upatrywać odniesień do pitagorejczyków) może zostać osiągnięta tylko poprzez cielesność. Wartości cementujące związek zostają odrzucone. Odstąpienie pierścienia obcym stanowi pretekst do zaledwie krótkiej utarczki. Zwietrzały wszystkie etosy. Zostaje tylko ekstatyczny taniec. Odurzająca opiumowa woń. Młodzież wenecka odchodzi w ciemności, by „robić miłość”.

autor tekstu: Agata Tomasiewicz

Zobacz także

Z22350971v angels in america part one  millennium approaches

Jak kończą Anioły?

Autor: Judyta Pogonowicz
20/11/2017
**National Theatre Live narodził się w 2009 roku. Od tamtej pory londyński teatr transmituje swoje inscenizacje do kin na…
Dzika biblioteka

Zaglądanie do książek

Autor: Izabela Mikrut
20/11/2017
**Kiedy Paweł Dunin-Wąsowicz czyta, to choćby sięgnął po koszmarny grafomański tom zalegający w najdalszym kącie bibliote…
Ranny ptaszek plakat rawicz 1000

Zostało nam niewiele czasu

Autor: Grzegorz Ćwiertniewicz
20/11/2017
**Dariusz Taraszkiewicz jest reżyserem bardzo refleksyjno-filozoficznym. Pisałem o tym w recenzjach wielokrotnie. Między …
7c1a5e2e31 large

Jak oni śpiewają!!!

Autor: Katarzyna Szatko
19/11/2017
**Mistrzostwo wokalne studentów Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie sprawia, że chcemy bisu, nawet jeśli śpiewają o ra…

Add comment btn