Recenzje

Ruszyła wielka machina teatralna, zasilana porządną akcją promocyjną. Po raz kolejny (vide: „Napis”) lubelski Teatr im. Osterwy rozszerza pole gry i wykracza poza przestrzeń sceny. W dniu premiery budynek opleciono wielokolorowymi chorągiewkami. Sala teatralna wygląda niby wnętrze wielkiej barwnej frygi, z doszczętnie przemontowanym układem siedzeń i balkonami włączonymi w pole gry. Oczekiwania są wysokie. „Mistrz i Małgorzata” nie jest samograjem (w końcu jest powieścią, nie piece bien faite), niemniej mam wrażenie, że powieść Bułhakowa stała się biblią ludzi czytających trochę więcej niż statystyczny Polak, zarówno grup intelektualistów, jak i doń aspirujących (swoje robi umieszczenie „Mistrza…” na liście licealnych lektur).

Być może nie powinno się dokonywać syntezy wrażeń na samym początku, tym razem warto rozebrać spektakl od ogółu do szczegółu. „Mistrz i Małgorzata” należy do widowisk, w których wszystko tkwi na swoim miejscu i generalny efekt jest pozytywny. I trudno ów rezultat przypisać wyłącznie powieściowemu efektowi halo, gdzie sława i wartość literacka powieści zapewnia przychylny odbiór czy wręcz murowany sukces inscenizacji. Cały zespół (warto podkreślić zasługi wszystkich twórców, nie tylko reżysera) wykonał dobrą robotę. Przebija się jednak mglista świadomość, że w rozpędzonym teatralnym mechanizmie jest jakaś usterka. Ktoś może powiedzieć, że znów dochodzi do sytuacji, w której sfrustrowany krytyk daje upust swojemu malkontenctwu i bajdurzy bez konkretnej argumentacji.

A jednak coś tu nie gra. Dostajemy przede wszystkim zło, które szkli się, mieni, błyska, jazgocze, zjawia się prawie w chmurze confetti, zło paradujące w dekoracjach teatru variétés i zakładowych ośrodków wypoczynkowych z cowieczornymi dansingami. Można zbić owo spostrzeżenie – zło w „Mistrzu i Małgorzacie” właśnie tak wygląda – musi uwodzić i stanowić żywą, równorzędną przeciwwagę dla arcynudności życia, degrengolady i wygodnictwa. Lecz wydaje mi się, że problem spektaklu Tyszkiewicza tkwi właśnie w planie „realistycznym” – cały entourage Moskwy został powołany do życia ze względu na zło, przykrawany pod zło, jest pretekstem dla zobrazowania zła – ten świat został pozbawiony częściowej choćby autonomii, funkcjonuje wyłącznie jako tło świty Wolanda. Ergo: jest makietą z martwymi figurynkami.

Inscenizacja Tyszkiewicza bałamuci widza własną widowiskowością. Patrząc na niektóre brawurowe rozwiązania aż żal wyrażać jakikolwiek głos sprzeciwu. Niestety, konieczny jest krótki wyciąg z życia mieszkańców Moskwy. Mistrz Janusza Łagodzińskiego to styrany życiem człowiek. Można by powiedzieć, że tak właśnie powinien zostać sportretowany pisarz, którego przerosła suma doświadczeń życiowych – lecz nawet apatię i pasywizm można zagrać, wydobywając mnogość walorów. Małgorzata Marty Ledwoń jest cyniczna i zimna i w tym wszystkim, niestety, dość bezbarwna. Bohaterce bliżej do małostkowej pseudoarystokratki niż dumnej kobiety. Poczet istotniejszych postaci uzupełnia Iwan Bezdomny (Paweł Kos) z jego naiwnym profetyzmem i uduchowieniem. Bezdomny jest tutaj tylko figurą utrzymującą jako taką spoistość narracji.

Być może moja krytyka stanowi jedynie reakcję na rozpieszczenie percepcji widowiskowym charakterem większości spektaklu. Składają się nań sceny wydłużone, poniekąd chełpiące się własną efektownością, m.in. scena balu u Wolanda rozegrana na modłę klubową czy partia „żywych szachów” (choć swoistej symboliki odmówić jej nie można). Po „jasnej stronie mocy” mamy nudnawe monologi i rozwodnione dialogi, które, oczywiście, utrzymują pożądany kształt narracji, ale które mogłyby zostać opracowane na inny sposób. Tyszkiewicz wszak nie raz pokazuje, że potrafi subtelnie rozgrywać sytuacje, jak choćby w scenie dysputy Berlioza i Wolanda. Reżyser szczędzi makabry, nie ukazując dekapitacji pisarza pod rozpędzonym tramwajem. Głowa Berlioza spoczywa na srebrnym półmisku niczym łeb tucznej świni, najwidoczniej nieświadoma swojego żałosnego położenia, wynikającego również z intelektualnej wyższości swojego oponenta. Michaił Aleksandrowicz może perorować o braku dowodów na istnienie Boga i zła – Woland ucina deliberacje, pojąc rozmówcę czy wsadzając do ust papierosa. Zachowuje przy tym pozory zainteresowania i uprzejmości, w istocie kpi z zatwardziałych dogmatów i ortodoksji nie mniejszej niż u religijnego fundamentalisty.

Duży plus należy się Justynie Elminowskiej za zharmonizowanie oprawy wizualnej z motywami pojawiającymi się w powieści Bułhakowa. Przestrzeń gry stanowi skrzyżowanie lunaparku z teatrem variétés. Scenom rozgrywającym się w szpitalu psychiatrycznym towarzyszą noszące turkusowe peruczki pielęgniarki (odwzorowanie fantazji rodem z filmów anime?) oraz błazny. Świat staje się histrioniczną hecą, walką masek, gdzie być może to zakład dla obłąkanych pozostał, paradoksalnie, jedynym przyczółkiem ludzi zdrowych. Wizerunek bandy Wolanda nawiązuje m.in. do tradycji commedia dell’arte. Rzadkie to sytuacje, ale wydaje mi się, że nawet rewelacyjne kreacje Daniela Dobosza (Korowiow) czy Przemysława Stippy (Woland) straciłyby dużo, gdyby pozbawić je image’u. Elminowska dużo ryzykuje, tworząc propozycje nieoczywiste, będące melanżami różnych stylistyk, jak i te zaczerpnięte z konkretnej ikonografii – choćby strój Wolanda w czasie balu, kiedy wdziewa czarny lateksowy kostium i głowę kozła z poskręcanymi rogami – skojarzenia powinny być raczej oczywiste (notabene, Małgorzata opuszcza bal naga, z ciałem wymalowanym złotą farbą niczym Jill Masterson z „Goldinger”, z doczepionymi anielskimi skrzydłami i promienistą konstrukcją przypominającą monstrancję. Będziemy oprotestowywać bluźnierstwo czy tym razem odpuścimy?).

Dominantą pozostaje jednak cyrk. Konwencja variétés jest obecna w najbardziej oczywisty sposób w pierwszej części spektaklu, gdzie stworzono osobny program z numerami iluzjonistycznymi, łącznie z bezpośrednimi zwrotami do publiki. Zabiegi służące aktywizowaniu widzów postrzegam jako coś więcej niż szmuglowanie taniego kuglarstwa pod osłoną sztuki na wyższym poziomie. I nie ważne, czy będzie to wrażenie realnego uczestnictwa w pokazie sztukmistrzów czy faktyczne włączanie się widzów w korowód tańczących. Parafrazując Kennedy’ego, można by rzec: „Dziś wszyscy jesteśmy Moskwianami!”.

Zło jest nieodłączną częścią dobrego, ale w tym przypadku żywioł manichejski nie zasadza się na wyraźnym antagonizmie. O ile świtę Wolanda można jeszcze podejrzewać o dualizm duszy, o tyle plan rzeczywisty grzęźnie w płaskim wymiarze. Ludzie mogą być portretowani jako indywidualiści w pasiastych piżamach, dyskutujący o twórczości czy biegający w samej bieliźnie po komisariatach – i tak pozostaną bardziej przewidywalni niż emisariusze zła. Uczciwie powiem – nie mam pojęcia, czy istnieje w ogóle możliwość kongenialnego przełożenia „Mistrza i Małgorzaty” na język sceny. Można zawyrokować, że widowiskowość i kaskada efektów zagarnęła wszystko. Z drugiej strony, jeśli założyć, że z przepastnego uniwersum nie można ocalić wszystkiego i należy wykrawać z tekstu jeden, góra dwa aspekty groteskowej Moskwy, to z całą pewnością mogę powiedzieć, że reżyser odniósł sukces. Twórcom udało się wypreparować żywioł gry, z karnawałowym zintegrowaniem „niskiego” z „wysokim” (tak, drodzy widzowie, przyjmijmy na klatę fakt, że obcujemy przede wszystkim z hucpiarską swawolą – co nie umniejsza wartości spektaklu). Głowa intelektualisty, gdyby jeszcze mogła, mrugnęłaby porozumiewawczo zza stosu frykasów.

autor tekstu: Agata Tomasiewicz

Zobacz także

 box9593

„Boxality” – wyjście z pudełka w tanecznym show

Autor: Wojciech Giczkowski
22/11/2017
**„Życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co ci się trafi” – powiedział Winston Groom w książce „Forrest Gu…
304a956d53eedced65dfaf996d54510b

BalletOFFFestival – wieczory pełne premier

Autor: Judyta Pogonowicz
22/11/2017
**Krakowskie Centrum Choreograficzne od wielu lat wspiera realizację spektakli tanecznych oraz promocję teatru tańca, w b…
Irena jarocka nie wroca te lata

Gorycz

Autor: Izabela Mikrut
21/11/2017
**Irena Jarocka na rynku wydawniczym – tym książkowym – istnieje wciąż dzięki swoim zapiskom i zestawowi wspomnień. Teraz…
9788381230575

Pożegnanie z rajem

Autor: Izabela Mikrut
21/11/2017
**Magda z cyklu Stajnia w Pieńkach to ta bohaterka, która musi zostać nagrodzona za odważne decyzje i Izabella Frączyk pr…

Add comment btn