Recenzje

Mndj plakat
30/09/14

Między Palahniukiem a Koterskim. Współczesny dramat narodowy

Między nami dobrze jest TR Warszawa  Warszawa  Reżyseria: Grzegorz Jarzyna Obsada: Adam Woronowicz, Rafał Maćkowiak, Lech Łotocki, Roma Gąsiorowska, Agnieszka Podsiadlik, Maria Maj, Magdalena Kuta, Katarzyna Warnke, Danuta Szaflarska, Aleksandra Popławska Premiera: 26/03/2009 Najbliższy spektakl: brak

W oczekiwaniu na wejście do powszechnego kinowego obiegu filmu „Między nami dobrze jest” warto raz jeszcze skonfrontować się z teatralnym pierwowzorem. Sprawdzić aktualność, zmierzyć temperaturę, poobserwować reakcje publiczności. Głośny spektakl Grzegorza Jarzyny to w moim przekonaniu jedna z najważniejszych w ostatnich latach wypowiedzi na temat naszego kraju. Umiejętne wyciśnięcie z drugiego dramatu Doroty Masłowskiej maksimum treści pozwoliło spojrzeć na polskie społeczeństwo z różnych punktów widzenia. To jest też pewnie dla niektórych problem z tym przedstawieniem (i z samą sztuką Masłowskiej) – że przygląda się wszystkiemu, co gnieździ się w naszych głowach, że rozkręca na części składowe prawie każdą grupę społeczną. Bo dostaje się tutaj wszystkim, przez co ciężko wpisać ten tekst w krzykliwy dyskurs, trudno wykorzystać go w politycznej ustawce.

Pamiętam ten publicystyczny szok, kiedy sztuka wyszła w wersji książkowej, pamiętam to niedowierzanie. Bezrefleksyjnie z pisarki „postępowej”, „lewicowej” (daję cudzysłów, bo sam już nie do końca wiem, co te słowa znaczą) wielu przemianowało ją na – analogicznie – „konserwatywną” i „prawicową”. Podczas gdy to wcale nie musi tak wyglądać, prawdziwa sztuka zna odcienie, które są poza zasięgiem szczekających publicystów. Nie możemy się do tego przyzwyczaić, a przecież sytuacja powtarza się przy wielu artystach związanych z teatrem – jak niby przyporządkować Mrożka, gdzie zapisać Gombrowicza, do jakiego światopoglądowego worka wrzucić Różewicza? Niestety, jałowość tych ideologicznych przepychanek często przysłania to, co najbardziej wartościowe.

Wróćmy jednak do samego przedstawienia. Dramat Masłowskiej jest spojrzeniem nie tyle w głąb polskiego społeczeństwa, ile – w poprzek; jako się rzekło, dostaje się zasadniczo wszystkim, ale dostaje im się w sposób, powiedzmy, nierównomierny. To chyba główna przyczyna rabanu sprzed kilku lat. A do tego – to tekst zdradliwy. Bo na początku mamy do czynienia jedynie z tą „niższą”, „gorszą” Polską; z babcią rozmawiającą w kółko tylko o wybuchu II wojny światowej, z mamusią pracującą w hipermarkecie po 34 godziny na dobę, z córką, której ogólna życiowa świadomość (czasu, w którym żyje, miejsca, w którym się urodziła, historii, która była przed nią) nie mogłaby już, zdaje się, być bardziej żałosna.

Ten sztampowy pomysł, by pokazać na scenie trzy różne pokolenia za pomocą trzech blisko spokrewnionych ze sobą kobiet, jest jednak tylko punktem wyjścia. Żałosna komedia, z której – owszem – wszyscy się śmieją (bo jak tu się nie śmiać, skoro my, widzowie, widzimy coś tak od nas gorszego, wręcz rozbrajająco życiowo beznadziejnego), przechodzi z czasem w głośne oskarżenie. W oskarżenie powierzchownej kultury, jej pasożytnictwa i miałkości; w oskarżenie mediów, które wciskają ludziom mózgowe zapychacze, traktując ich jak półdebili; i w końcu – w oskarżenie tych wszystkich, którzy uważają się za lepszych, którzy patrząc na kasjerkę w Tesco myślą, że „przecież wystarczyłoby tylko parę drobnych zmian, dobry fryzjer, dyskretny makijaż i przynajmniej pięć godzin snu zamiast dwóch, i wyglądałaby zupełnie jak normalny człowiek”.

Jarzyna tę przewrotność zrozumiał i ją podkreślił. Sterylność i – powiedzmy – elegancja scenografii, na początku przedstawienia w ogóle przecież nie pasuje do bohaterów przebywających na scenie. Powinno być zupełnie inaczej. Zamiast prawie pustej sceny z jakąś małą udawaną kuchenką – powinno być brudno, powinno być mnóstwo gratów, telewizor powinien stać na samym środku (a w nim powinniśmy oglądać koniecznie „Samych swoich”). Zamiast tego mamy drzwi od łazienki wciśnięte po lewej stronie, drzwi wejściowe i – w końcu – mały telewizor (stanowczo zbyt słabo wyeksponowany) po prawej. I tyle. Jakby to wszystko było jedynie dekoracją, jakbyśmy obserwowali eksperyment społeczny w sztucznych warunkach. Ale zaraz wszystko zaczyna składać się w sensowną całość. Przecież za parę minut na miejsce kuchenki ze śmierdzącymi garnkami wjedzie ekskluzywna kanapa, spychając wcześniejsze dekoracje pod samą ścianę. A na tej kanapie odbędzie się dyskusja z twórcami filmu ukazującego grozę życia w całej okazałości pod tytułem „Koń który jeździł konno”. Aktor, grający w nim główną rolę, opowie o swoim bogatym życiu wewnętrznym, reżyser z ukontentowaniem pokiwa głową. A jeszcze później przyjdzie ponętna Monika – nieistniejącą gwiazda, ucieleśnienie ideału – deklarująca z zaangażowaniem: „A ja nie jadam nic, bo nawet nic tuczy i powoduje pępek”. Nasze bohaterki na to wszystko patrzą, chłoną, przytakują, przeżywają. I są coraz bardziej pewne swej zbędności, nijakości. Na różne sposoby można na ten spektakl patrzeć, ja widzę to w ten sposób.

Trzeba jeszcze dorzucić kilka słów o świetnych aktorach. Najważniejsze w graniu Masłowskiej jest zrozumienie jej języka, podkreślenie jego sensu – bo to język pełen znaczeń. Łatwo wpaść w pułapkę doraźnego żartu, prostego komizmu – i w efekcie spłycić przekaz. Aktorzy radzą sobie jednak z tym zadaniem znakomicie (chyba najlepszy jest Adam Woronowicz w roli reżysera „Konia który jeździł konno” – znakomita, bardzo świadoma, inteligentna rola). Aleksandra Popławska, grająca najmłodszą reprezentantkę polskiej rodziny, zachowuje się momentami prawie jak robot – pozbawiona zdolności do głębszej refleksji, mówi używając popkulturowych klisz i pseudointeligenckich (postinteligenckich?) schematów; Magdalena Kuta, która wciela się w Halinę, środkowe ogniwo tej niby-rodziny, jest jak gdyby esencją wyciągniętą ze spracowanej kobiety, niemającej na nic innego czasu; i oczywiście Danuta Szaflarska, nestorka rodu, zagrzebana we wspomnieniach, wciąż i wciąż przepracowująca w swojej wyobraźni traumę okupacji – to również rola, o której ciężko zapomnieć. To nie wszyscy, reszta aktorów też wykonała świetną pracę, w zasadzie każdy w swojej grze umieścił element, o którym warto by było napisać, każdy umie skupić na sobie absolutną uwagę widzów. Chociaż „Między nami dobrze jest” to raczej dramat idei niż charakterów, kreacje są prawdziwie soczyste.

Pamiętam jak Krzysztof Varga – chyba przy okazji jubileuszowej inscenizacji „Irydiona” w Teatrze Polskim – narzekał na brak wielkiego współczesnego dramatu o Polsce, o Polakach. W moim przekonaniu takim „narodowym” dziełem, które pokazuje nam nas samych, które dociera do istoty rzeczy, jest właśnie utwór Doroty Masłowskiej. Estetycznie bliżej mu do „Fight Clubu” i „Dnia świra” niż do Krasińskiego czy Słowackiego, ale to wielka zaleta. Zamiast przebranego, kolorowego eskapizmu – mamy dzieło, które nie boi się ubrudzić rzeczywistością.

autor tekstu: Karol Płatek

Zobacz także

Zapolska

Zapiski z Talii 2017 (7)

Autor: Inka Dowlasz
23/09/2017
**Zapiski z Talii 2017** **Jan Czapliński** **ZAPOLSKA SUPERSTAR** **czyli jak przegrywać, żeby wygrać** **re…
Cyrano 1600 1 eae67eb483

Samotny wśród tłumu

Autor: Cezary Orłowski
22/09/2017
**Mawia się, że najsmutniejsi ludzie z całych sił próbują uszczęśliwić innych, gdyż wiedzą, jak to jest, gdy czujesz się …
Hum

Zapiski z Talii 2017 (6)

Autor: Inka Dowlasz
22/09/2017
**Zapiski z Talii 2017** Jarosław Murawski **HUMANKA** **reżyseria Agata Puszcz** Teatr Polski Bielsko Biała …
Dsc06363 zm

(nie)Winny?

Autor: Urszula Motyka
21/09/2017
**Monodram jest dla aktora wybawieniem. Jest chwilą, w czasie której aktor może wypowiedzieć siebie, a widz może go pozna…

Add comment btn