Recenzje

C910db2cadeb7dd44121f01e6d7b155d m
27/02/17

W środku życia przemyka śmierć

W środku słońca gromadzi się popiół Wrocławski Teatr Lalek Wrocław Reżyseria: Agata Kucińska Obsada: Tomasz Maśląkowski, Agata Kucińska, Radosław Kasiukiewicz, Anna Makowska-Kowalczyk Premiera: 29/01/2015 Najbliższy spektakl: brak

godzina dwunasta słońce w zenicie gdzieś pomiędzy wschodem i zachodem pomiędzy słońcem historie ludzi ludzi pomiędzy życiem i śmiercią lucy na balkonie piękna lalka nie piękna przerażająca rusza oczami przewraca ze strachu wokół pomiędzy ogień nie straszny ogień pluszowy ogień z filcu pod balkonem mały świat blokowiska w blokowiskach dziewczyna sprzedaje jabłka kobiety rozmawiają pomiędzy tym rodzice patrzą na śmierć na śmierć patrzy dziennikarka i dziennikarz na śmierć córka patrzy na matkę mamę mamusię proch to jej mama mamusia karetki straże pożarne iju iju iju iju iju iju iju iju iju iju robią nic nie pomoże pomoże lucy nikt nie

Dramat Artura Pałygi „W środku słońca gromadzi się popiół" zdobył Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną. Tekst jest afabularny, brakuje ciągu przyczynowo-skutkowego, chronologii. Słowa, wyrwane spod praw interpunkcji, układają się w coś na kształt ludzkiej myśli – strumienia świadomości. Całego sensu dramatu nie można było umieścić w szczelnie zamkniętym zdaniu, poprzecinanym przecinkami, skończonym kropką, rozpoczętym dużą literą. Pytania, na które nigdy nie uzyskamy odpowiedzi, muszą przechodzić cicho między słowami, cofać się i łączyć, przepływać płynnie. Muszą stwarzać pozory chaosu, na kształt czegoś, czego nie da się opanować, nad czym nie mamy kontroli. Nie można dwa razy przeczytać tego tak samo. Między głoskami przelewają się pytania o istotę człowieczeństwa, sens cierpienia i śmierci, o moment przed i po, gdzieś pomiędzy. Nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania w tekście, nie znajdziemy ich także w przedstawieniu. To dobrze. Może mamy nie wiedzieć. Na pewno mamy nie wiedzieć. Mamy się tylko zastanowić. Mottem dramatu stały się słowa Sławomira Mrożka: „Jedno jest pewne: ból jest”. Nie wiadomo, skąd przychodzi, nie wiadomo, po co, nie wiadomo, kiedy i do kogo – wiadomo tylko, że jest, że każdy prędzej czy później będzie mógł go skosztować, będzie musiał.

Spektakl się zaczyna. Powoli wchodzimy w świat dramatu. Najpierw muzyka. Aktorzy w szarych uniformach podchodzą do mikrofonu. Jedna osoba łamie ryżowy chlebek, druga dmucha, trzecia uruchamia zabawkową straż pożarną. I mamy pożar. Mamy wichurę. Kiedy światło gaśnie, dźwięki stają się bardziej donośne. Zaczynam się bać, bo czuję się jakbym znalazła się w centrum tego piekła. Już na początku widzimy, że muzyka jest wyjątkowa, składa się w dużej mierze z naturalnych odgłosów, szelestów, szumów, głosów. Sambor Dudziński zdecydował się na proste, codzienne dźwięki, połączył je w niecodzienne, iluzoryczne kompozycje. Muzyka współgra ze spektaklem, tworzy jego integralną część i klimat, ale nie dominuje.

W spektaklu możemy dostrzec dwie płaszczyzny: metafizyczną i realistyczną. Aby podkreślić tę odrealnioną, metafizyczną część, Agata Kucińska (reżyserka) zdecydowała się na wykorzystanie estetyki teatru lalek. Rozmowy Lucy z ognikami, Płomykiem i Iskierką, są oniryczne, odbywają się w jakimś momencie poza czasem. Odnosi się wrażenie, jakby krótka chwila umierania została podzielona na milion sytuacji, rozciągnięta, w jakiś sposób zatrzymana, by mogła odbyć się rozmowa o drzewach, o snach, o niepewności i chaosie, o spokoju. Każda z lalek jest podobna do lalkarza, który ją animuje. Mają one ruchome oczy – dzięki temu panuje złudzenie, że przemawiają, że naprawdę żyją, nie zauważamy aktorów. Postać Lucy jest blada, ma kasztanowo rude włosy, pojedyncze kosmyki wychodzą z małego koczka, otulając jej twarz. Jej ciało przypomina ciało lalki – dzidziusia. Jest nieproporcjonalnie małe w stosunku do głowy. Nagie, ale bez jakichkolwiek znamion seksualności. Płomyk i Iskierka mają ludzkie twarze, które wyłaniają się spośród kawałków filcu, imitującego ogień. Użycie w tych scenach lalek pozwala bohaterom wymknąć się prawom fizyki, pokazać ogień – zmieniający się, formujący w różne kształty, a zarazem spersonifikowany, symboliczny. Ciekawy jest zabieg przedstawienia ognia, który trawi, parzy, zabija – właśnie w taki sposób: pluszowe, filcowe, miękkie, kolorowe kawałki materiału, skrywające postacie nazywające się: Płomyk i Iskierka – tak pieszczotliwie, czule, dziecinnie.

Pod spalonym mieszkaniem Lucy, pod balkonem, na którym zakończyła swoje życie, tętni miasto. Szare blokowiska, kobieta sprzedająca jabłka, dziewczyna rzucająca kurwami, rozkapryszony chłopiec, wszystkowiedząca nauczycielka i wozy strażackie. Ten mały świat jest stworzony z kilku minibloków otoczonych zabawkowymi samochodzikami i lalkami. Zabawki stają się lalkami teatralnymi. Animacja ich przypomina dziecięcą zabawę. Być może ktoś gdzieś daleko bawi się tak samo nami – potrząsa, rzuca, krzyczy, wali o ścianę. A może bawimy się sami. Bez względu na to, jak jest naprawdę – scenografia Mirka Kaczmarka jest wspaniała.

Nad tym miniświatem znajduje się jeszcze jeden poziom – już duży. Dwa pokoje, otaczające balkon Lucy. To w nich toczy się główna akcja realistycznej płaszczyzny spektaklu. Rozgrywają się tu dramatyczne historie ludzi. Każdy z bohaterów stoi w jakimś momencie „pomiędzy”. Każdy przeżywa swoją własną mikrotragedię. Bezbronni wobec śmierci, zagubieni, pozbawieni panowania, zawieszeni w momencie najgorszym – kiedy wiadomo, że już nie ma nadziei, ale jeszcze jest świadomość, która nie pozwala ostatecznie się poddać. Ich tragedie często urastają do rangi absurdu, stają się groteskowe. Lucy nie mogła zostać uratowana, bo strażacka drabina była za krótka, bo tylko obok jej balkonu była blacha rozżarzona do czerwoności i dlatego nie udało się przejść; kobieta chora na raka słyszy pytanie: „Co pani widzi, jako osoba jakby już trochę z zewnątrz życia, spoza”, „Co widzę z zewnątrz, ale ja się nie czuję na zewnątrz”; ojciec rozpaczliwie próbuje przeczytać wiadomość z winylowej płyty od sparaliżowanego syna, a matka zdrowego dziecka płacze, że przecież zawsze coś złego może się stać.

Twórcy przedstawienia umiejętnie stąpają między tragizmem i komizmem. Są momenty, w których zasycha nam w gardle, do oczu napływają łzy, wnętrzności ściskają się pod wpływem niepokoju, ale sytuacja szybko zostaje rozluźniona przez jakiś tekst czy działanie, które pozwala na wszystko spojrzeć z dystansu, z przymrużeniem oka. Jesteśmy w gabinecie psychologa, pacjentka nie odzywa się, w jej oczach widać tylko małe, nieruchome łzy. Psycholożka podsuwa jej słoik z prochami matki. W głowie rozbrzmiewa przerażające, biblijne: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Jest mi niedobrze z przerażenia. I nagle pada prośba o zidentyfikowanie zwłok na podstawie kupki proszku. Nie da się w tym momencie zachować powagi, cały lęk na chwilę ulatuje, aby ustąpić miejsca grotesce.

Te powiązane ze sobą historie mieszkańców blokowiska rozgrywają się w planie żywym, aktorskim. W przedstawieniu widzimy tylko czworo aktorów (Agata Kucińska, Anna Makowska-Kowalczyk, Tomasz Maśląkowski, Radosław Kasiukiewicz), ale wiele postaci. Przed artystami zostało postawione trudne zadanie – musieli grać jednocześnie kilka postaci zróżnicowanych charakterologicznie. Mimo to każda kreacja była wyjątkowa, perfekcyjnie zagrana. Aktorzy z wdziękiem przeobrażali się w kolejnych bohaterów dramatu, każdemu nadawali głębię, nie traktowali postaci powierzchownie. Najbardziej poruszyła mnie rola Tomasza Maśląkowskiego jako ojca sparaliżowanego chłopaka. Wszystko, co przeżywał, było prawdziwe, ogromna bezradność, wmawiana sobie nadzieja, wiara, syzyfowe próby porozumienia się z synem, rozpacz, pot spływający z czoła, krzyk. Nie można było tego zrobić lepiej.

W przedstawieniu pojawia się postać, której nie ma w dramacie – Słońce (Radosław Kasiukiewicz). Nie do końca wiadomo, jaką funkcję pełni niby narrator, bierny obserwator wydarzeń. Może to śmierć – gruby, nadmuchany jak balon, w złotym ubranku – przyjazna śmierć. Nie zimna, trupia kostucha z obrazów Hansa Baldunga, nie rozkładająca się, groteskowo bezpośrednia śmierć, rozmawiająca z mistrzem Polikarpem; nie cicha, piękna niewiasta z wiersza Stanisława Koraba-Brzozowskiego. Zupełnie inny – śmieszny, niezdarny, słoneczny – pan śmierć.

W całym spektaklu przewija się motyw jasności i ciepła. Nie zwiastują one jednak niczego dobrego. Bo przecież w środku słońca gromadzi się popiół. W środku życia przemyka śmierć. PS: Warto przyjść do Wrocławskiego Teatru Lalek, warto nawet przyjechać z bardzo daleka, żeby zobaczyć wspaniały teatr lalek dla dorosłych! W powszechnym przekonaniu lalki należą do świata dzieci, omijamy szerokim łukiem teatr lalek, myśląc, że nie znajdziemy tam nic dla siebie. Zupełnie niesłusznie. Oto jest: "W środku słońca gromadzi się popiół". Premiera na scenie dla dorosłych. Teatr piękny, plastyczny, urzekający formą, zniewalający treścią.

autor tekstu: Karolina Okurowska

Zobacz także

 box9593

„Boxality” – wyjście z pudełka w tanecznym show

Autor: Wojciech Giczkowski
22/11/2017
**„Życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co ci się trafi” – powiedział Winston Groom w książce „Forrest Gu…
304a956d53eedced65dfaf996d54510b

BalletOFFFestival – wieczory pełne premier

Autor: Judyta Pogonowicz
22/11/2017
**Krakowskie Centrum Choreograficzne od wielu lat wspiera realizację spektakli tanecznych oraz promocję teatru tańca, w b…
Irena jarocka nie wroca te lata

Gorycz

Autor: Izabela Mikrut
21/11/2017
**Irena Jarocka na rynku wydawniczym – tym książkowym – istnieje wciąż dzięki swoim zapiskom i zestawowi wspomnień. Teraz…
9788381230575

Pożegnanie z rajem

Autor: Izabela Mikrut
21/11/2017
**Magda z cyklu Stajnia w Pieńkach to ta bohaterka, która musi zostać nagrodzona za odważne decyzje i Izabella Frączyk pr…

Add comment btn