Recenzje

Big miraze plakat e0hab
15/09/15

Nieudane bajanie…

MIRAŻE. Baśnie Ludów Wschodu Wrocławski Teatr Lalek Wrocław Reżyseria: Ewelina Marciniak Obsada: Helena Sujecka, Radek Kasiukiewicz, Grzegorz Mazoń, Tomasz Maśląkowski, Marta Kwiek, Agata Kucińska Premiera: 12/09/2015 Najbliższy spektakl: brak

Ewelinę Marciniak należy bezsprzecznie zaliczyć do grona utalentowanych reżyserów młodego pokolenia. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że już wkrótce będzie można określać ją mianem wybitnej twórczyni teatru. O jej potencjale świadczą już zresztą prestiżowe nagrody, które otrzymała za swoją artystyczną działalność. Walorem przedstawień Marciniak jest jasność myśli (w żadnym razie prostota). Reżyserka bardzo umiejętnie planuje spektakle. Są one spójne, logiczne i sensowne. Ogromną wagę przywiązuje ona do tego, aby były zrozumiałe dla widzów. Nie chce wywoływać w nich poczucia intelektualnej bezradności. Trzeba jednak zaznaczyć, że jej widowiska wcale nie należą do najprostszych i nie są przeznaczone dla ignorantów wiedzy, która w jej realizacjach odgrywa bardzo ważną rolę i podawana jest pod różną postacią.

Ukochała sobie Marciniak psychologię. To może właśnie dlatego jej spektakle są głęboko metafizyczne. Taka chyba właściwie jest ona sama – metafizyczna, mocno oderwana od rzeczywistości, czerpiąca z ogromnych pokładów wyobraźni, magiczna i co najważniejsze – osobna. To właśnie silny indywidualizm, skrywany za pozorną nieśmiałością, pozwala jej na tworzenie przedstawień, które intrygują, zachwycają i skłaniają do refleksji, choć trudno uznać ją za jawną moralizatorkę.

Od Marciniak, która sprawnie porusza się w teatralnej przestrzeni, należy dzisiaj wymagać wiele. Jej nazwisko, nie przesadzam, stało się w pewnym sensie symbolem profesjonalizmu i gwarantuje jakość. Ale i najlepszym zdarzają się niepowodzenia. Za klęskę reżyserki uznałbym jej najnowsze przedstawienie „Miraże. Baśnie Ludów Wschodu”, którego premiera dokonała się w minioną sobotę we Wrocławskim Teatrze Lalek. „Nie każdy spektakl musi kończyć się spektakularnym sukcesem” – powiedziała jedna z bohaterek jej inscenizacji. Czy była to próba wytłumaczenia się przed publicznością? Nie sądzę. Reżyserzy zdają się triumfować nawet wtedy, kiedy efekt ich pracy jest po prostu zły i nie spotyka się z aprobatą publiczności. Trudno mi wypowiadać się o odczuciach Marciniak i jej zespołu, bo nie miałem okazji ich poznać. Jeśli idzie o mnie – zawiodłem się. Nie było to przedstawienie najwyższych lotów, co martwi nie tylko ze względu na to, że to dzieło Marciniak, lecz także dlatego, że to już druga w ostatnim czasie słaba realizacja we Wrocławskim Teatrze Lalek.

Zgodnie z informacją zamieszczoną na afiszu, ze zrozumieniem spektaklu nie powinny mieć problemu sześcioletnie dzieci. Nie wiem, kto we Wrocławskim Teatrze Lalek ustala granice wiekowe, ale warto, by przyjrzał się psychologii rozwojowej i spróbował przeniknąć umysł tak małego odbiorcy. Trudno jednak złe rozpoznanie grupy wiekowej uznać za mankament spektaklu. Będzie miało to jedynie wpływ na trudności, przed jakimi staną odtwórcy poszczególnych ról. Myślę tutaj przede wszystkim o problemie dotarcia do najmłodszej części publiczności ze słowem, z przekazem o braku możliwości nawiązania zapowiadanych w notatkach prasowych relacji. Poległ absolutnie zamysł interaktywności. Dzieci miały stać się w pewnym sensie bohaterami przedsięwzięcia, a były intruzami, z którymi artyści nie potrafili nawiązać właściwego kontaktu. Chyba że łącznikiem między widownią a sceną miał być gigantyczny ogórek, przekazywany z rąk do rąk, i inne bazarowe produkty. Aktorzy chyba sami nie do końca dobrze czuli się w sytuacji, w jakiej postawiła ich Marciniak. Myślę, że Tomasz Maśląkowski naprawdę ucieszyłby się, gdyby publiczność na jego żądanie opuściła teatralną salę…

Przedstawienie oparte na tekście Szczepana Orłowskiego miało przenieść małych widzów do Iramu – tajemniczego Miasta Kolumn, w którym miały rozegrać się niezwykłe wydarzenia w duchu baśni tysiąca i jednej nocy. Baśniowa okazała się tylko scenografia Natalii Mleczak i momentami muzyka Joanny Halszki Sokołowskiej. Motywem przewodnim opowieści stała się niemożliwa miłość królewny Budur i królewicza Kamara. Bohaterowie spotykają się we śnie i zakochują w sobie, choć kiedyś twierdzili, że nigdy nikogo nie pokochają. Ich los stał się przedmiotem zakładu pomiędzy Dżinem i Dżiniją. Ale to nie sceny miłosne są u Marciniak najpiękniejsze. Najbardziej wiarygodne i przeszywające są te, w których zwierzęta rozprawiają o złej naturze człowieka…

Aby wprowadzić publiczność w nastrój, spektakl rozpoczął się już przed wejściem na widownię – w holu i szatni. Wnętrza Wrocławskiego Teatru Lalek imitowały pałac. Nie było to najlepsze rozwiązanie. Zła akustyka uniemożliwiła zrozumienie kwestii wypowiadanych przez aktorów. W dodatku artyści nie poradzili sobie z ujarzmieniem rozkrzyczanych dzieci, czekających z niecierpliwością na początek przedstawienia. Wdarł się organizacyjny chaos. Zdezorientowani widzowie nie do końca wiedzieli, w którą stronę mają pójść. Sceną, którą twórcy mieli przenieść publiczność do świata magii, udało się co najwyżej wywołać negatywne emocje. Po raz kolejny wprzęgnięto widzów w niepożądaną i nieprzemyślaną interakcję. Helena Sujecka, krzycząca do megafonu, nie była ani zabawna, ani poważna, ani intrygująca. Urządzenie służyło jej jedynie do przebicia się przez rozkrzyczany tłum. Sujecka zapomniała, że to nie „Radio Armageddon”… A może i nie, bo nie różniła się niczym od bohaterki, którą wykreowała w spektaklu Hynka. Brak osobowości scenicznej będzie pokutował do momentu, kiedy aktorka nie wypracuje właściwego warsztatu i nie zacznie odróżniać teatru od cyrku. W tym miejscu warto zaznaczyć, że w przedstawieniu Marciniak nie ma dobrych ról. Wszyscy grają nienaturalnie, jakby trochę od niechcenia, jakby nie identyfikowali się z granymi przez siebie postaciami. A co najgorsze, nie przeżywają opowieści, co powoduje, że nie są w stanie zaciekawić nią odbiorców. Tomasz Maśląkowski posunął się do przesadnej błazenady, którą niemalże błagał o litość u widzów. Grzegorz Mazoń bardzo chciał być zabawny, ale nie udało mu wywołać salw śmiechu. Wyróżniała się jedynie Agata Kucińska (jako Budur), ale nie była to kreacja, która zapierałaby dech w piersiach.

Nie dostrzegłem w przedstawieniu zapowiadanej zabawy formą, ciałem czy ekspresją. Twórcy postawili w tym przypadku na poetykę krzyku. Wrzask obecny był od sceny w holu do samego końca. Zakrzyczeć, wywołać rumor, trochę pobiegać po teatralnych deskach, wtrącić trochę modnych słów, by przypodobać się niewyrobionym widzom, coś fałszywie zaśpiewać – oto recepta na nieudany spektakl, z której – mam nadzieję – Ewelina Marciniak nigdy więcej nie skorzysta.

autor tekstu: Grzegorz Ćwiertniewicz

Zobacz także

 box9593

„Boxality” – wyjście z pudełka w tanecznym show

Autor: Wojciech Giczkowski
22/11/2017
**„Życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co ci się trafi” – powiedział Winston Groom w książce „Forrest Gu…
304a956d53eedced65dfaf996d54510b

BalletOFFFestival – wieczory pełne premier

Autor: Judyta Pogonowicz
22/11/2017
**Krakowskie Centrum Choreograficzne od wielu lat wspiera realizację spektakli tanecznych oraz promocję teatru tańca, w b…
Irena jarocka nie wroca te lata

Gorycz

Autor: Izabela Mikrut
21/11/2017
**Irena Jarocka na rynku wydawniczym – tym książkowym – istnieje wciąż dzięki swoim zapiskom i zestawowi wspomnień. Teraz…
9788381230575

Pożegnanie z rajem

Autor: Izabela Mikrut
21/11/2017
**Magda z cyklu Stajnia w Pieńkach to ta bohaterka, która musi zostać nagrodzona za odważne decyzje i Izabella Frączyk pr…

Add comment btn