Recenzje

Historiab pio wro pl
02/03/16

Waga jako źródło cierpień

Historia brzydoty Wrocławski Teatr Pantomimy Wrocław Reżyseria: Anna Piotrowska Obsada: Izabela Cześniewicz, Maria Grzegorowska, Monika Rostecka, Agnieszka Kulińska, Agnieszka Dziewa Premiera: 07/02/2014 Najbliższy spektakl: brak

Wydawałoby się, że problemy z cielesnością i dążenie do niedościgłego ideału lansowanego przez media stanowią już temat mocno wyeksploatowany. Jednak jego społeczna waga wciąż nie słabnie. W bogatych krajach z jednej strony panuje epidemia otyłości wynikająca z niezdrowej diety, z drugiej zaś – zaburzenia odżywiania się, które mają rzadsze przejawy, lecz jeszcze bardziej spektakularne. Wrocławski Teatr Pantomimy zaproponował oryginalne przetworzenie zjawisk pospolitych i codziennych – spojrzenie z nowej perspektywy na anoreksję i bulimię.

„Historia brzydoty” to tytuł dzieła Umberto Eco, z którego inspirację czerpała Anna (Ana?) Piotrowska, autorka koncepcji, choreografii, scenografii, świateł i reżyserii. Tytuł okazał się zwodniczy, ponieważ widowisko było piękne, lecz pozbawione radości i nieprzynoszące ulgi, choćby na samym końcu. Oglądało się je z niepokojem, który raz po raz tłamsił zachwyt, wyłaniający się z półmroku. Sprawność aktorek okazała się niezaprzeczalna. Reżyserka nakłoniła je do sięgnięcia po wiele rejestrów pantomimy: od gry jeden na jeden w scenach z jedzeniem i kanibalizmem, poprzez symultaniczny taniec baletowy, akrobacje (ze staniem na głowie włącznie), aż po ekspresywne minikatastrofy z nieuchronnymi chyba siniakami pod trykotem, cichy skowyt, szczękanie zębami niczym wabiąca ptaszyna, „odliczanie do zera” i – co w takim teatrze zupełnie nieoczywiste – śpiew. Wyborne aktorstwo stanowiło mocną stronę przedstawienia.

Oszczędna, ascetyczna wręcz scenografia – z wagą lekarską, szafką pielęgniarską i krzesłami, stylizowanymi na epokę wstecz – z pewnością pozwoliła dobrze wyeksponować cztery kobiety, jednakowo na czarno ubrane, trochę w tiule, trochę w materiał sztywny niczym gabardyna. Ta unifikacja stroju podkreślała ideologiczną jedność czterech wyznawczyń kultu Any, która „umierając z głodu, dała im szansę na szczęście, idealną sylwetkę, ogólne spełnienie i znaczący wzrost poczucia własnej wartości”. Kostiumy mogły podkreślać wyraźne, jednolite wzorce piękna ludzkiego ciała. Zgodne byłoby to z badaniami psychologicznymi, które wskazują na uniwersalność kryteriów fizycznej atrakcyjności (choć nie – brzydoty). Stroje te mogły też symbolizować dążenie do tego samego celu – redukcji wagi do zera. Tożsamość celu nie pociągała jednak za sobą jednakich postępów w fizycznym zanikaniu. Anaza, Anasza, Anagi i Anakha, uwikłane w rywalizację i – jak można domniemywać – doświadczające zawiści, różnie reagowały na ciężkie chwile. W pewnym momencie dwie bohaterki toczyły wewnętrzną walkę, widoczną w tanecznych krokach, trzecia popadła w rozpacz, czwarta zaś w stupor obojętności.

Przedstawienie, mroczne i pełne napięcia, chwilami wystawiało widza na próbę nie tylko z powodu emocji, które wywoływało wczuwanie się w cierpienie bohaterek. Język pantomimy bywał bowiem dosyć hermetyczny. Indywidualnie dobrane sekwencje gestów i kroków nie miały znaczenia łatwego do odczytania. Brakowało jakiegoś oczywistego i wspólnego kodu kulturowego, nadanie zaś własnego znaczenia nie było łatwe, zwłaszcza bez dobrej znajomości opowiadanej historii, a właściwie jej werbalnej wersji. Owszem, nie można odmówić tym scenom oryginalności, jednak same doznania estetyczne pozostawiały niedosyt znaczenia. Ela uznała po spektaklu, że nie poruszył jej, a ta niezrozumiałość przekazu jej przeszkadzała. Uznaliśmy szybko, z korzyścią dla twórczyń, że przenosimy ciężar sprawnej komunikacji na tych, którzy wiedzą i umieją więcej – niczym pijaczki spod budki z piwem z dowcipu, w którym obcokrajowiec zadawał pytania w obcych językach, a i tak się nie dogadał.

Nie zawsze jednak było z nami aż tak przeciętnie. W scenach, w których upadki i podnoszenie się z nich tworzyły powtarzalne ciągi, a zachowania zdawały się podlegać rytualizacji czy wręcz automatyzacji, widoczny był metaforyczny zamysł, czytelny i łaskawy nawet dla plebejskich oczu. Podobnie rzecz się miała z eksponowaniem bohaterek na krzesłach w pozycji stojącej. Przepychanki związane z „odliczaniem do zera” obrazowały rywalizację i wzajemną nieprzychylność, natomiast odrywanie, wyrywanie i zjadanie kolejnych części i cząstek ciała jednej z żywych An… było wieloznaczne, lecz jak dla mnie mogłoby nic nie znaczyć, wybiło się bowiem jako najbardziej poruszająca scena spektaklu.

Drobiazgów zapadających w pamięć było jeszcze kilka. Zdeformowany głos mówiący: „A teraz znikam, znikam z każdym dniem”; chórki z pełnym cierpienia zawodzeniem; jednakowe czarne buty, ustawione w rządku niczym w kolejce do kaźni; upiorne, fioletowe, lateksowe rękawiczki udające skrzydła motylków; rzucanie się na wagę niczym na sznur lub na siatkę ogradzającą obóz śmierci; piórka sfruwające na samym końcu przedstawienia – wszystko to uznać można za przyczynki do realizacyjnego kunsztu. Do ewentualnych niedoróbek zaliczyłbym zbyt silne żaróweczki świateł, które wyznaczały wielokąt sceny. W połączeniu z ciemnymi kostiumami i oszczędnym operowaniem światłem stanowiły one drażniący zgrzyt. Nawet jeśli tak miało być, to trudno odgadnąć, po co. Także waga, ów centralny rekwizyt umieszczony z przodu sceny, mogła być wykorzystana w bardziej subtelny sposób. Sceny ważenia, niedoważania, oszukiwania dało się rozegrać z wykorzystaniem, że sparafrazuję pewnego modnego francuskiego powieściopisarza, możliwości wagi. Sprawna pozwala przecież dokonać autentycznego aktu pomiaru, ewentualnie aktu bardziej finezyjnego samooszukania się, niż to, którego byliśmy świadkami. Są to jednak zasadniczo drobiazgi, które – nawet jeśli nie zostałyby odparte w polemicznej odpowiedzi – nie przeważyłyby szali pozytywów.

W trakcie przedstawienia oczywiście nie zabrakło skojarzeń z osobami, które same odchudzały się niegdyś lub po prostu interesowały tą problematyką. Z tych bardziej uniwersalnych warto wspomnieć choćby o badaniach samokontroli z użyciem kuszącego jedzenia. Zapoczątkował je Walter Mischel, a najbardziej znanym kontynuatorem jest Roy Baumeister. Warto przywołać też systematykę źródeł emocji Carolla Izarda, zgodnie z którą ból czy głód same w sobie są przyczyną negatywnych emocji, w tym złości. Warto wspomnieć artykuł Janet Polivy i C. Petera Harmana o fałszywej nadziei na zmianę siebie. Właściwie w całości został poświęcony on analizie przyczyn porażek, których doświadczają osoby poddające się różnym dietom, przybierające ponownie na wadze, znów podejmujących dietę itd. Nie wdając się w szczegóły, zasygnalizuję tutaj jedynie, że przedstawione przez psychologów z Uniwersytetu w Toronto przyczyny niepowodzeń były bardzo przyziemne: związane z atrybucją przyczyn początkowych sukcesów i ostatecznych porażek. Religijny kult Any, żadna też mniej literacka jego odmiana, w ogóle nie były przedmiotem Ana-liz.

Powyższe skojarzenia mają charakter idiosynkratyczny, jednak wydaje się, że próba podniesienia samooceny przez schudnięcie nie jest skuteczną drogą do szczęścia. Nie chodzi nawet o to, że zawsze znajdzie się punkt odniesienia, chciałoby się rzec, ciało nie do zniesienia, które będzie szczuplejsze i bardziej jeszcze nieznaczne niż to, które wygłodziła sobie anorektyczka. Kluczem do szczęścia, jak do znudzenia podkreślał to Albert Ellis, mój ulubiony psychoterapeuta, jest bowiem samoakceptacja, a nie – wysoka samoocena. Dodam przewrotnie, że choć jego zdaniem dotyczyć ona miała czegoś bardziej centralnego dla naszego człowieczeństwa niż powierzchowność, to mogłaby przecież objąć kilogramy zarówno te zbędne, jak i niesłusznie nieobecne.

Spektakl Anny Piotrowskiej, artystycznie udany, choć chwilami nieco hermetyczny, jeśli chodzi o użyte środki, z pewnością poruszył ważny problem – ukazał intencję dobrej zmiany we własnym życiu jako poddającą się poważnym błądzeniom. Dlatego mógł on skłonić odbiorców do autorefleksji. A jak dla mnie, choć w teatrze forma jest ważniejsza od treści, spektakl, który próbuje opowiedzieć o czymś istotnym, zasługuje na większe uznanie niż taki, który ogranicza się do warsztatowych popisów.

Jarosław Klebaniuk - Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

autor tekstu: Jarosław Klebaniuk

Zobacz także

Zapolska

Zapiski z Talii 2017 (7)

Autor: Inka Dowlasz
23/09/2017
**Zapiski z Talii 2017** **Jan Czapliński** **ZAPOLSKA SUPERSTAR** **czyli jak przegrywać, żeby wygrać** **re…
Cyrano 1600 1 eae67eb483

Samotny wśród tłumu

Autor: Cezary Orłowski
22/09/2017
**Mawia się, że najsmutniejsi ludzie z całych sił próbują uszczęśliwić innych, gdyż wiedzą, jak to jest, gdy czujesz się …
Hum

Zapiski z Talii 2017 (6)

Autor: Inka Dowlasz
22/09/2017
**Zapiski z Talii 2017** Jarosław Murawski **HUMANKA** **reżyseria Agata Puszcz** Teatr Polski Bielsko Biała …
Dsc06363 zm

(nie)Winny?

Autor: Urszula Motyka
21/09/2017
**Monodram jest dla aktora wybawieniem. Jest chwilą, w czasie której aktor może wypowiedzieć siebie, a widz może go pozna…

Add comment btn