Recenzje

Mp
16/10/16

Póki nie runę, będę zawsze zielony

MOSKWA-PIETUSZKI OŚRODEK TEATRALNY KANA Szczecin Reżyseria: Zygmunt Duczyński Obsada: Jacek Zawadzki Najbliższy spektakl: brak

Pośród alkoholowych opowieści „Moskwa-Pietuszki” zajmuje miejsce szczególne. Nie jest bowiem ani tragedią, jak „Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego, ani pijacką sielanką, jak „Pod Mocnym Aniołem” Jerzego Pilcha. Chociaż tło minipowieści Wieniedikta Jerofiejewa jest realistyczne, a źródła fabuły można szukać w biografii pisarza, to daje się to dzieło odczytywać także metaforycznie. O ile taki odbiór nie jest oczywisty, gdy poznajemy tekst bezpośrednio z kart książki, to już odpowiednia adaptacja może go ułatwić. Tak właśnie stało się w przypadku tej zaproponowanej przez nieżyjącego już Zygmunta Duczyńskiego na deski Teatru Kana w Szczecinie. Wydobyte zostały fragmenty nie tylko najlepsze literacko, lecz mające walor uniwersalności, wykraczający poza analizę choroby alkoholowej.

Tytułowy cel podróży stanowi ziemię obiecaną lub utracony raj, w zależności od perspektywy czasowej. Tam to właśnie „nie milknie śpiew ptaków, jaśmin nigdy nie przekwita”, a i „grzech pierworodny na nikim nie ciąży”. „Jedź do Pietuszek”, słyszy Wieniczka wewnętrzny głos, lecz podróż okazuje się nieskończenie długa. Gdy serce doradza: „Wypij sobie”, rozum nakazuje „Nigdzie nie wychodź”. Kiedy głosy te przestają brzmieć odrębnie i giną w alkoholowym zamroczeniu, pozostaje ten jedyny, ratujący życie: „Najważniejsze to odejść od szyn”.

Alkoholizm nie musi być odczytywany jako nieuleczalna choroba związana ze specyficzną substancją, lecz szerzej, metaforycznie – jako metafora zapełniania egzystencjalnej pustki. Dla jednych znieczulające będzie przyjmowanie substancji chemicznych, dla innych – hazard, Internet, gry komputerowe czy co tam jeszcze oferuje współczesność, a dla tych szczęśliwców, którzy nauczyli się konstruktywnych sposobów radzenia sobie z trwogą – wychowanie dzieci, praca zawodowa czy kariera naukowa. Zawsze wtedy, gdy doświadczamy przymusu i podejmujemy kompulsywnie wciąż te same czynności, zamykając swoje życie w ciasnych ramach, możemy za bohaterem Jerofiejewa uznać życie za „stan zamroczenia czy podchmielenia duszy”. Jeżeli podobnie jak on doświadczymy przebłysków samoświadomości zapytamy: „Czy ja tego potrzebuję? Czy to za tym tęskni dusza moja?” I być może odpowiemy z rezygnacją: „To, że jestem, jaki jestem wcale mi na dobre nie wychodzi. Zmarnowałem młodość...”, a nawet zgodzimy się, że „wszystko na tym świecie powinno dziać się powoli i nieprawidłowo, aby człowiek nie wpadł w pychę”.

Pesymizm tekstu został w spektaklu podkreślony przez surowość scenografii. Nieliczne rekwizyty wydawały się stare i zniszczone, a w przestrzeni odnowionej wprawdzie, lecz wciąż jednak barki, dawały ponury efekt. Walizka, krzesło, piecyk, a na nim lustro, butelka, kieliszek i przybory do golenia – wszystko to sugerowało jakąś tymczasowość i materialną skromność. W pierwszej i ostatniej scenie ważną rolę odegrała żarówka, pomysłowo skojarzona z oddechem. Ponoć „jeśli czterdzieści razy pod rząd głęboko westchniesz, to wtedy na pewno wyzioniesz ducha”. Próba taka nie została wykonana na scenie, ale i bez niej spektakl wyjątkowo był poruszający.

Jacek Zawadzki grał bardzo ekspresyjnie, nie zostawiając ani chwili na bezruch czy ciszę. Warunki do tego, by nawiązać kontakt z publicznością ma znakomite i z tego korzysta. Ciepłe spojrzenie i uśmiech przypominające trochę te, które wielokrotnie podziwialiśmy u Roberta de Niro, sprawiają, że widzowie mogą poczuć natychmiastową sympatię. Pewnie nawet gdyby grał postać o wiele mniej pozytywną, niż doświadczający wewnętrznych rozterek alkoholik, to i tak widownia stanęłaby po jego stronie. Choć miało ono miejsce bardzo dawno temu, należy pogratulować reżyserowi obsadzenia tego aktora.

Wbrew temu, czego można było się spodziewać od bohatera nieustannie pozostającego „pod wpływem”, nie było w spektaklu tego charakterystycznego pijackiego bełkotu, jaki znamy z życia i ze scen, a artykulacja zawsze była wyraźna. Dialogowanie z różnymi rzeczywistymi, a częściej – wyimaginowanymi postaciami, przebiegało wyraziście dzięki jednoczesnemu użyciu charakterystycznej postawy ciała, gestykulacji i sposobu mówienia. Szybkie przełączanie się między tymi trybami stanowiło prawdziwy popis umiejętności warsztatowych, a odpowiednie uchwycenie tego, co mogło definiować Sfinksa (brawo za sposób wykorzystania maski!), starszego konduktora Siemionycza czy Aniołów Pańskich, stanowiło dodatkową zaletę.

Eli zabrakło słynnych alkoholowych receptur o zapadających w pamięć nazwach („Łzy komsomołki”) i nietypowych składnikach (politura). Rzeczywiście, w adaptacji tekstu siłą rzeczy wiele absurdalnych czy humorystycznych fragmentów się nie zmieściło, jednak mieliśmy na przykład: trzy zagadki sfinksa (o potrzebach wydalniczych Stachanowa, o ofiarach gwałtów amerykańskich marynarzy, o biegających prosiakach), krytykę kolendrówki, co to w odróżnieniu od innych wódek „osłabia duszę”, konduktora w trunku pobierającego opłaty za przejazd pociągiem, no i słynne wykresy spożytego alkoholu, które szybko położyły kres karierze zawodowej Wieniczki (tylko „miesiąc od mojego Tulonu do mojej Heleny”). Tak więc – choć większa część monodramu miała poważny charakter – dostaliśmy także pewną dawkę absurdalnego humoru.

Premiera spektaklu miała miejsce u progu przemian ustrojowych. Swoją drogą ciekawe, jak ewoluuje rola, a jeszcze ciekawsze – stosunek do niej w czasie dwudziestu siedmiu lat grania. Jak relacja aktora z postacią zmienia się przez te pół życia? Czy zaczyna on nadawać poszczególnym kwestiom nowe znaczenie? A może, jak to bywa i w innych przypadkach, z czasem ta powtarzalność odbiera wydarzeniu ostrość, sprawia, że blaknie ono i staje się coraz mniej istotne? Nie wiem, jak tej tak długiej przygody z „Moskwą-Pietuszki” doświadcza Jacek Zawadzki, jednak na scenie nie było widać ani rutyny, ani obojętności. Wręcz przeciwnie. Parujący z twarzy pot był autentyczny, słowa też brzmiały autentycznie.

Spektakl grany 15 X 2016 roku na barce zacumowanej przy bulwarze nadrzecznym osiedla Olimpia Port we Wrocławiu.

Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

autor tekstu: Jarosław Klebaniuk

Zobacz także

Zapolska

Zapiski z Talii 2017 (7)

Autor: Inka Dowlasz
23/09/2017
**Zapiski z Talii 2017** **Jan Czapliński** **ZAPOLSKA SUPERSTAR** **czyli jak przegrywać, żeby wygrać** **re…
Cyrano 1600 1 eae67eb483

Samotny wśród tłumu

Autor: Cezary Orłowski
22/09/2017
**Mawia się, że najsmutniejsi ludzie z całych sił próbują uszczęśliwić innych, gdyż wiedzą, jak to jest, gdy czujesz się …
Hum

Zapiski z Talii 2017 (6)

Autor: Inka Dowlasz
22/09/2017
**Zapiski z Talii 2017** Jarosław Murawski **HUMANKA** **reżyseria Agata Puszcz** Teatr Polski Bielsko Biała …
Dsc06363 zm

(nie)Winny?

Autor: Urszula Motyka
21/09/2017
**Monodram jest dla aktora wybawieniem. Jest chwilą, w czasie której aktor może wypowiedzieć siebie, a widz może go pozna…

Add comment btn