Recenzje

Untitled 1 190113
11/02/18

Ciemności bez jądra

CIEMNOŚCI Teatr IMKA  Warszawa  Reżyseria: Monika Strzępka Obsada: Magda Grąziowska, Jacek Mąka, Tomasz Schimscheiner, Anna Kłos-Kleszczewska, Joanna Kasperek, Andrzej Konopka Premiera: 02/02/2017 Najbliższy spektakl: brak

Ponura twarz kolonializmu. O tym jest, jak się okazuje, wciąż aktualne „Jądro ciemności” Josepha Conrada. W szkołach uczymy się o wspaniałych odkryciach geograficznych, odważnych białych Europejczykach, którzy nie tylko z ciekawości, ale i z dobroci serca przybijają na swych potężnych statkach do nieznanych ziem. A dzikich ludzi „nawracają”, wskazują im jedynie słuszną europejską perspektywę, bo tylko taka jest im znana. W tej części opowieści pomija się wątki okupione ludzką krwią i cierpieniem, a także dalekie od europejskiego kanonu brutalne i bezwzględne zachowania wobec nowych kolegów z nowej ziemi. Ci, którzy współcześnie nurkują głębiej w prawdę o tym, czym w rzeczywistości były wspaniałe podróżnicze osiągnięcia, raczej łapią się za głowę, niż dumnie ją unoszą.

Krytykujemy, pytamy bezradnie, „jak oni mogli”, a potem już spokojnie wracamy do wieszczenia, że przecież żyjemy w najlepszym z możliwych czasów. Paweł Demirski swoim tekstem przypomina, że niekoniecznie to prawda. Że wbrew pozorom kolonizacja wciąż trwa i jest równie brutalna. Chociaż może mniej istotna i zauważalna, bo ukryta bardzo zgrabnie i estetycznie pod płaszczem tego wszystkiego, czego dostarcza nam rozbuchana produkcja, osadzona w różnych punktach globu w postaci fabryk, zakładów, a często zwykłych obozów pracy.

Reżyserująca przedstawienie Monika Strzępka osadza tę wizję w dwóch czasach (albo raczej w nieczasie), stąd na scenie pojawiają się podwojone postaci. Mamy dwóch Marlowów: korporacyjną damę, w którą wciela się Joanna Kasperek, i nieświadomego, bezradnego kolonizatora, którego prowadzi Tomasz Schimscheiner. Mamy również dwóch Kurtzów: wybitnego biznesmena w golfie (Andrzej Konopka) i jego kompana, ubranego w obszerne szaty (Jacek Mąka). Podobieństwa wyrządzonych i nadal wyrządzanych krzywd kumuluje w sobie postać Innej, Obcego (Magdalena Grąziowska). Przyjmuje na siebie baty i poniżenia przeznaczone dla Murzynów, kuli się w sobie jako azjatyckie dziecko, które dostarcza ubrań do europejskich sieciówek. Anna Kłos-Kleszczewska wcieliła się natomiast w Ciotkę, która – może słusznie, może niesłusznie – skojarzyła mi się z internetowym trollem. Trochę irytuje, trochę wciąż gada to samo, zawsze wyraźnie sugeruje, że jedynie jej racja jest słuszna, wbija szpile, krzyknie i pociągnie za włosy, kiedy zajdzie potrzeba. Jest bezkompromisowa i prowokacyjna.

Głównym wnioskiem, który płynie ze sceny w warszawskiej IMCE, jest właściwie to, że ludzie są hipokrytami. Chowamy się w naszych bańkach nieświadomości, wmawiając sobie, że podpisaniem petycji czy wegetariańską dietą zmieniamy świat. Na to ostatnie może jeszcze niektórzy dają się łapać, ale smutną konkluzją jest to, że „Ciemności” w tym potoku słów, w lawinie ironii, w kilku bezpośrednich ciosach nie niosą nic nowego, nic ożywczego. Jako widz czułam się trochę jak na nagraniu programu telewizyjnego, który spokojnie mógłby nosić tytuł „Gorzkie żale”. Trochę rozumiem, bo wybrzmiało wiele zarzutów, które chyba wszyscy chcielibyśmy wykrzyczeć, trochę się buntuję, bo nie wpłynęło to jakkolwiek na moje postrzeganie rzeczywistości. A nie ukrywam, że cenię tak ugryzione tematy, że po spektaklu krztuszę się jego fragmentami jeszcze przez kilka dni.

I wtedy przypomniała mi się jedna z moich ulubionych teorii, którą wygłosił niemiecki filozof i socjolog Georg Simmel. Twierdził on bowiem, że najzwyczajniej na świecie człowiek głupieje od nadmiaru form, a ów natłok pojęciowy powoduje między innymi dynamiczny postęp cywilizacyjny, rozwój techniki, za którymi nie nadążamy. Jednostka zaczyna czuć się zagubiona wśród tego, co dla niej niezrozumiałe. Simmel robi krok dalej i mówi: „Jest na to rozwiązanie”. Wojna. Wojna naturalnie wpisana w ludzką historię. Wojna, która pomaga oczyścić kulturę z nadmiaru form. Pomaga człowiekowi uzmysłowić sobie, co tak naprawdę jest ważne. I historia niejako zaczyna się od nowa. Przywołanie tej teorii nie ma jednak sugerować, że wojna jest super i na pewno nas wyzwoli. Spektakl nakreśla raczej nasze pogubienie się w czymś, co jest nasze i przez tyle lat powinno pomagać nam w rozumieniu rzeczywistości – pogubiliśmy się we własnym człowieczeństwie i każdego dnia udowadniamy, że ktoś, kto wymyślił powiedzenie o „uczeniu się na błędach”, pisał chyba prozę z dziedziny fantasy, a nie non-fiction. My się nie uczymy, my potrzebujemy mocnych uderzeń. Zanim one nastąpią, działamy spokojnie w myśl schematów, ram i ról, których się bezkrytycznie wyuczyliśmy na pamięć.

To oczywiście raczej luźne skojarzenie, które zdaje mi się współgrać z pewnym rozrzutem przykładów i argumentów w spektaklu. Demirski jest sprawnym żonglerem, jednak nie wychodzi poza dosłowności i aluzje. Trzeba przyznać, że choć momentami wpadamy w dziurę czyjegoś bełkotliwego marudzenia, to jest to jednak marudzenie opakowane w zgrabną formę: dosyć poetyckie, nienudne w swoim kształcie, niejednokrotnie żartobliwe, pozwalające sobie na emocjonalność wyrażoną mięsistym wulgaryzmem.

Ci, których zachęci reklamowanie spektaklu tytułami „Jądro ciemności” czy „Czas Apokalipsy”, mogą czuć się zawiedzeni. Z tych wciąż aktualnych i hipnotyzujących kolejno powieści i filmu na scenie zostaje niewiele. Żeby nie powiedzieć, że jedynie temat niejako może wydać się tożsamy. Jednak ci, którzy pomimo wszystko zdecydują się, do czego zachęcam, na osobistą lekturę „Ciemności”, na pewno docenią zmagania aktorów, którzy wyraźnie budują charaktery swoich postaci, od początku twardo osadzają się w swoich stanowiskach, co odrobinę przeraża, bo trochę nie pozostawia złudzeń – zmian nie będzie. Wspomniałam kilka zdań wyżej, że potrzebujemy mocnych uderzeń. Wydaje mi się, niestety, że „Ciemności” nimi nie są, nie udało im się wypełnić braku, bo raczej trudno jakiekolwiek niedostatki wypełnić jedynie oskarżeniami. Zwróciło jednak moją uwagę, że jedyną postacią, która na scenie wyciąga ręce po świecące listwy, układając je pod ścianą, robiąc z nich ognisko, to znowu wymachując nimi ponad głową niezrozumiały kod, jest Inna/Obcy (Magdalena Grąziowska). Skojarzyło mi się to odrobinę z nadawaniem sygnału. Jaki to był sygnał? Czy może oznaczał, że właśnie w tym źródle, tym Innym, powinniśmy zacząć szukać?

autor tekstu: Alicja Cembrowska

Zobacz także

32893893 2003113866428015 3422654168257527808 n

NAJ… NAJ… NAJ.. 58. KALISKICH SPOTKAŃ TEATRALNYCH

Autor: Wiesław Kowalski
20/05/2018
**LVIII Kaliskie Spotkania Teatralne - Festiwal Sztuki Aktorskiej** **NAJLEPSZA ZESPOŁOWA KREACJA AKTORSKA** Domin…
743442556o

Z wyobraźni

Autor: Izabela Mikrut
18/05/2018
**A jeśli kiedyś sztuczna inteligencja zwróci się przeciwko człowiekowi, który powołał ją do istnienia? A jeśli roboty op…
Straszkapospokitafotdagmara sowa

Czego się boimy?

Autor: Wojciech Giczkowski
18/05/2018
**„E, to tylko pająk – ja to znam”, krzyczały dzieci na przedstawieniu Teatru Grupa Coincidentia z Białegostoku. Sztuka o…
738427914o

Nowe podejście

Autor: Izabela Mikrut
17/05/2018
**Paweł Fortuna doskonale wie o tym, że ludzie mają dość nachalności sprzedawców, unikają wszechobecnej reklamy, zbywają …

Add comment btn